Miliony stron dokumentów, tysiące nazwisk, kolejne dymisje. Sprawa Jeffreya Epsteina wraca nie jako kronika skandalu obyczajowego, lecz jako test dla globalnych elit
W opublikowanych aktach pojawiają się nazwiska ze ścisłego szczytu polityki, biznesu i kultury – od Elona Muska i Billa Gatesa, przez Donalda Trumpa i Billa Clintona, po byłych premierów, ministrów, bankierów, miliarderów i intelektualistów.
Oczywiście samo pojawienie się w dokumentach nie oznacza winy. Ale skala powiązań pokazuje coś innego: jak bardzo świat władzy potrafił przez lata tolerować bliskość z człowiekiem skazanym za wykorzystywanie nieletnich.
Przez Jeffreya Epsteina kończy się kolejne kariery. W lutym 2026 roku z funkcji szefa sztabu brytyjskiego premiera Keira Starmera zrezygnował Morgan McSweeney, który wziął odpowiedzialność za kontrowersyjną nominację powiązanego z Epsteinem Petera Mandelsona, co było bezpośrednim skutkiem politycznego nacisku i medialnej presji. Przez chwilę i przyszłość samego szefa rządu wydawała się zagrożona.
Tymczasem 12 lutego ze stanowiska ustąpiła Kathryn Ruemmler, główna prawniczka Goldman Sachs, wcześniej doradczyni Baracka Obamy w Białym Domu. Podjęła decyzję po publikacji przez amerykańskie ministerstwo sprawiedliwości tysięcy e-maili, wiadomości i zdjęć dokumentujących jej wieloletnią, bliską relację z finansistą skazanym za przestępstwa seksualne wobec nieletnich.
Ruemmler przez lata utrzymywała, że jej kontakt z Epsteinem miał charakter zawodowy i ograniczał się do relacji towarzysko-biznesowych. Ujawnione materiały pokazują jednak coś więcej: przyjacielskie zwroty („sweetie”, „Uncle Jeffrey”), porady, jak podważać wiarygodność oskarżycielek, konsultacje dotyczące różnic prawnych między prostytucją a wykorzystywaniem nieletnich, a także pomoc przy redagowaniu dokumentów broniących kontrowersyjnej ugody z 2008 roku.
Epstein doradzał jej z kolei w sprawach zawodowych, pomagał w kontaktach z wpływowymi osobami ze świata finansów i obsypywał prezentami.
W dokumentach opublikowanych przez resort sprawiedliwości nazwisko Ruemmler pojawia się ponad 10 tysięcy razy.
Goldman Sachs początkowo bronił swojej prawniczki, podkreślając, że jej relacja z Epsteinem poprzedzała zatrudnienie w banku. Jeszcze tydzień temu kierownictwo firmy publicznie okazywało jej wsparcie. Ostatecznie to ona sama złożyła rezygnację.
Kilka godzin po dymisji prawniczki Goldmana z funkcji odszedł także jeden z najpotężniejszych ludzi biznesu w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Sułtan Ahmed bin Sulayem, wieloletni szef i twórca potęgi logistycznego giganta DP World, ustąpił ze stanowiska po ujawnieniu jego korespondencji ze skompromitowanym amerykańskim miliarderem.
Opublikowane dokumenty dowodzą, że ich relacja trwała długo po tym, jak Epstein w 2008 roku odbył karę za nakłanianie nieletniej do prostytucji. Wiadomości dotyczyły nie tylko spraw towarzyskich, lecz także wymiany zdjęć, rozmów o doświadczeniach seksualnych i list usług seksualnych w różnych miastach świata. Według materiałów śledczych Sulayem pomagał także organizować szkolenia dla „masażystki” związanej z prywatnym zapleczem Epsteina.
W przypadku DP World reakcja była szybka, ale nie spontaniczna. Najpierw zareagowali partnerzy biznesowi. Kanadyjski fundusz emerytalny La Caisse oraz brytyjski fundusz rozwoju British International Investment ogłosiły wstrzymanie nowych transakcji z firmą. Dopiero wówczas ogłoszono zmianę kierownictwa.
To ważny szczegół. W przeciwieństwie do Goldmana, który jeszcze tydzień wcześniej publicznie wspierał swoją prawniczkę, DP World znalazł się pod presją nie moralną, lecz kapitałową. Dopiero zagrożenie dla reputacji i kontraktów państwowego czempiona zmusiło właścicieli do działania.
Sultan Ahmed bin Sulayem jest jedną z ikon dubajskiego boomu gospodarczego. Przez cztery dekady zabiegał o uczynienie DP World globalnym operatorem portów od Kanady po Azję i Amerykę Łacińską. Jego upadek pokazuje, że sprawa Epsteina przestała być lokalnym skandalem obyczajowym. Stała się testem dla globalnych elit finansowych, prawniczych i politycznych.
Jeśli Goldman i DP World pokazują, że reputacyjne pęknięcia dotykają dziś globalne elity finansowe i państwowe, to tekst „Guardiana” stawia pytanie jeszcze bardziej fundamentalne: czy sprawa Epsteina może naruszyć legendę człowieka, który przez lata uchodził za moralny kompas Wall Street? Czyli Jamiego Dimona, wieloletniego prezesa JPMorgan Chase, największego banku w Stanach Zjednoczonych, symbolu finansowej stabilności po kryzysie 2008 roku.
Dimon pod przysięgą zeznał w 2023 roku, że „nie pamięta”, by wiedział cokolwiek o Epsteinie przed jego aresztowaniem w 2019 roku. Problem polega na tym, że zmarły miliarder był klientem JPMorgan przez 15 lat – przez osiem z nich już za kadencji Dimona jako prezesa. W dokumentach Ministerstwa Sprawiedliwości nazwisko Dimona pojawia się ponad 200 razy, a jego banku – ponad dziewięć tysięcy.
Bank z opóźnieniem zgłosił do władz około 4700 podejrzanych transakcji powiązanych z Epsteinem – o łącznej wartości 1,1 mld dolarów. Wśród nich były przelewy na konta kobiet z krajów postsowieckich i transfery setek milionów dolarów do rosyjskich banków. Dokumenty wskazują też, że najwyżsi menedżerowie banku wiedzieli o sądowo potwierdzonym statusie Epsteina jako przestępcy seksualnego wysokiego ryzyka.
„Guardian" nie przesądza winy. Zastrzega, że samo pojawienie się nazwiska w aktach nie oznacza odpowiedzialności karnej. Ale podważa wiarygodność człowieka, który przez lata był przedstawiany jako wzór zarządzania i instytucjonalnej kontroli. Dimon uchodził za bankiera, który „wie wszystko” – zagląda kilka szczebli w dół, kontroluje szczegóły, czyta raporty, reaguje na sygnały ostrzegawcze. Trudno pogodzić ten wizerunek z twierdzeniem, że przez ponad dekadę nie wiedział nic o jednym z najbardziej eksponowanych i ryzykownych klientów własnego banku.
Co więcej, sprawa Dimona nabiera wymiaru politycznego. Donald Trump – mistrz populistycznej narracji antyelit – domaga się śledztwa w sprawie relacji banku z Epsteinem, jednocześnie pozostając z Dimonem w osobistym i biznesowym konflikcie. Epsteina używa się więc nie tylko jako symbolu zepsucia elit, ale jako narzędzia bieżącej walki politycznej.
Guardian przypomina, że przez lata Dimon był przedstawiany jako „najmniej znienawidzony bankier Ameryki”, człowiek, który po kryzysie finansowym miał stać się moralnym i menedżerskim kompasem branży. Dziś pytanie nie brzmi już, czy JPMorgan złamał prawo. Brzmi raczej: czy system finansowy, który przez lata obsługiwał Epsteina jako klienta „white-glove”, może dalej rościć sobie pretensje do roli strażnika stabilności i etyki.
I tu właśnie historia Epsteina przestaje być opowieścią o jednym przestępcy. Staje się historią o tym, jak elity – finansowe, polityczne, prawnicze – przez lata umiały oddzielać publiczną retorykę od prywatnej praktyki.
Dosłownie dzień po dymisjach w świecie finansów norweska policja postawiła zarzuty „rażącej korupcji” byłemu premierowi Norwegii Thorbjørnowi Jaglandowi – politykowi, który przez lata był twarzą europejskiego establishmentu: premierem, ministrem spraw zagranicznych, przewodniczącym Norweskiego Komitetu Noblowskiego i sekretarzem generalnym Rady Europy.
Postawienie zarzutów stało się możliwe dopiero po uchyleniu immunitetu dyplomatycznego, który przysługiwał mu z racji funkcji w Radzie Europy. Norweska prokuratura bada, czy w związku z jego stanowiskami publicznymi przyjmował od Epsteina prezenty, finansowane podróże i pożyczki. Dokumenty opublikowane przez Ministerstwo Sprawiedliwości USA pokazują ciepłą, regularną korespondencję między oboma mężczyznami – w tym prośby o możliwość korzystania z apartamentu skompromitowanego finansisty w Paryżu oraz rozmowy o spotkaniach i kontaktach międzynarodowych.
W jednym z maili z 2018 roku Epstein sugerował Jaglandowi, że mógłby przekazać rosyjskiemu prezydentowi Władimirowi Putinowi, iż minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow „może uzyskać wgląd, rozmawiając ze mną”. Tego rodzaju korespondencja, nawet jeśli nie dowodzi bezpośredniego lobbingu, wywołała w Norwegii polityczne trzęsienie ziemi. Parlamentarna komisja nadzoru zapowiedziała publiczne wysłuchania i skierowała do rządu pytania dotyczące działań resortu spraw zagranicznych, bezpieczeństwa i ewentualnych powiązań rosyjskich wśród norweskich elit wymienianych w „Epstein files”.
Norwegia – kraj, który buduje swoją międzynarodową markę na przejrzystości, etyce i prawach człowieka – znalazła się nagle w centrum tej samej historii, która wcześniej wstrząsała Nowym Jorkiem i Londynem.
I znów chodzi nie tylko o relację z jednym przestępcą, ale o to, jak blisko niego znajdowali się ludzie stojący na straży instytucji mających symbolizować moralny autorytet Zachodu.
W Waszyngtonie afera Epsteina wraca dziś nie tylko jako kompromitacja elit, ale jako paliwo dla kolejnego sporu o władzę – tym razem między Kongresem a resortem sprawiedliwości.
Jak opisuje portal Axios, Ministerstwo udostępniło kongresmenom możliwość przeglądania nieocenzurowanych materiałów z dokumentów na terminalach w swojej siedzibie.
Sęk w tym, że wokół tej „przejrzystości” natychmiast narosło podejrzenie nadzoru: demokraci twierdzą, że urzędnicy Prokuratury Generalnej mieli obserwować, czego dokładnie szukają członkowie Kongresu, a nawet katalogować ich historię wyszukiwań. W centrum sporu znalazła się prokuratorka generalna Pam Bondi, sfotografowana podczas przesłuchania w Izbie z notatkami, na których miały widnieć zapisy dotyczące wyszukiwań konkretnych polityków w materiałach epsteinowskich.
Resort odpowiada, że logowanie wyszukiwań to standardowa praktyka bezpieczeństwa: ma chronić przed ujawnieniem danych ofiar. Ale w Kongresie, również po stronie republikańskiej, pojawia się nieufność: jeśli administracja zbiera informacje o tym, które dokumenty interesują konkretnych kongresmenów, to powstaje pytanie, po co – i czy nie chodzi o uprzedzanie pytań, kontrolę narracji albo tworzenie „teczek” na przeciwników. Część demokratów mówi wprost o możliwych działaniach prawnych.
Republikańska kongresmenka Nancy Mace, jedna z nielicznych w swojej partii, które wymusiły pełniejsze ujawnienie akt, po wyjściu z „czytelni” w Ministerstwie Sprawiedliwości mówi wprost: system nie budzi jej zaufania.
W rozmowie z radiem NPR opisuje mały, monitorowany pokój z czterema komputerami, w którym śledzona jest każda wyszukana fraza, a notatki można robić tylko na urzędowym papierze. Twierdzi, że kompletuje „listę nazwisk” osób do przesłuchania – nie tylko potencjalnych współsprawców, lecz także ludzi z otoczenia Epsteina, którzy „wiedzieli więcej, niż mówią”. Zapowiada wnioski do Komisji Nadzoru Izby Reprezentantów, list do CIA i presję na ujawnienie dokumentów z nowojorskiej prokuratury. Jej przekaz jest dwojaki: po pierwsze, że w aktach pojawiają się „bogaci i wpływowi”, których nazwiska są wciąż chronione; po drugie, że sprawa nie może zostać rozgrywana wyłącznie partyjnie. „Nie obchodzi mnie, z której strony jesteś – złe jest złe” – mówi, podkreślając, że stawką ma być sprawiedliwość dla ofiar, a nie kolejna odsłona wojny kulturowej.
Epstein w tej odsłonie przestaje być tylko sprawą kryminalną i obyczajową. Staje się sporem o to, kto kontroluje dostęp do „prawdy” zapisanej w plikach – i czy państwo, które obiecuje jawność, nie traktuje jej jak narzędzia, które można dozować, monitorować i wykorzystywać w rozgrywce między władzą wykonawczą a ustawodawczą.
Reasumując: istota tej historii nie polega dziś na kolejnym „kto był na wyspie”, lecz na czymś głębszym. Dokumenty – jak zauważa Robert Draper w „The New York Times” – odsłaniają nie tyle spisek, ile świat towarzyskiej bezkarności. Taki, w którym finansista skazany za wykorzystywanie nieletnich wciąż był mile widzianym gościem w domach byłych prezydentów, premierów, bankierów centralnych, rektorów uniwersytetów i miliarderów z Doliny Krzemowej.
Po pierwszym wyroku w 2008 roku nie nastąpiło odcięcie, lecz racjonalizacja: „nie znałem szczegółów”, „to były tylko kontakty biznesowe”, „to były dawne czasy”.
Tu właśnie pojawia się pęknięcie i odsłania się hipokryzja. Elity Zachodu – te same, które publicznie mówią o prawach kobiet, praworządności i standardach etycznych – przez lata funkcjonowały w obiegu towarzyskim, w którym reputacja była walutą, a moralność sprawą wtórną wobec dostępu do pieniędzy, kontaktów i prestiżu.
Epstein nie był potężny dlatego, że rządził polityką, ale dlatego, że był użyteczny.
Oferował prywatny samolot, odizolowaną od ludzi i mediów wyspę, ekskluzywne kolacje, dostęp do innych „ważnych ludzi”. W zamian dostawał coś cenniejszego niż pieniądze: społeczną osłonę.
Ta sieć nie miała barw partyjnych. Prowadziła przez rządy demokratyczne i republikańskie, przez Wall Street i Hollywood, przez brytyjską arystokrację i skandynawskie elity, przez think tanki, banki inwestycyjne i świat nowych technologii. W korespondencjach pojawiają się nazwiska związane z Trumpem i z Obamą, z liberałami i z konserwatystami, z europejskimi socjaldemokratami i z arabskimi potentatami. W tle przewijają się wątki rosyjskie – sugestie kontaktów z ludźmi z otoczenia Kremla, rozmowy o wpływach, o poradę albo przysługę w relacjach z Moskwą. To nie jest dowód centralnego sterowania. To raczej ilustracja świata, w którym wielki kapitał, geopolityka i osobiste relacje przenikają się ponad granicami państw i ideologii.
Najbardziej uderzające nie jest to, że wszyscy ci ludzie popełnili przestępstwa – wielu z nich niczego takiego nie udowodniono, tylko to, że przez lata nie uznawali za problem utrzymywania relacji z człowiekiem publicznie znanym z wykorzystywania nastolatek. To pokazuje mechanizm: jeśli jesteś wystarczająco bogaty, jeśli obracasz się w odpowiednim kręgu, jeśli bywasz na właściwych kolacjach, to twoja „toksyczność” zostaje zawieszona. Skandal staje się niedogodnością wizerunkową, a nie moralnym zerwaniem.
Epstein był więc mniej demiurgiem, a bardziej lustrem. Odbijał w nim się system wzajemnych przysług, miękkiej lojalności i klasowej solidarności ludzi, którzy – jak pisał jeden z bankierów w ujawnionej korespondencji – nie wierzyli, że kiedykolwiek dosięgnie ich populistyczny gniew. I właśnie dlatego ta historia tak mocno rezonuje dziś politycznie. W epoce rosnących nierówności i kryzysu zaufania do instytucji opinia publiczna widzi potwierdzenie intuicji: istnieje świat równoległy, w którym obowiązują inne standardy.
To opowieść o strukturze, w której reputacja krąży szybciej niż odpowiedzialność, a sieć kontaktów bywa silniejsza niż wyrok.
I dopóki ta struktura nie zostanie nazwana i rozbrojona, każde kolejne „ujawnienie” będzie tylko kolejną odsłoną tej samej historii – historii elit, które mówią językiem wartości, ale funkcjonują według logiki dostępu i wpływu.
Kiedy wiatr historii zaczął wiać w inną stronę i na scenie pojawił się Trump, niesławny pedofil postanowił na tym skorzystać. Szczególnie wymowny jest wątek Steve’a Bannona. Z ujawnionej korespondencji wynika, że w miesiącach poprzedzających aresztowanie Epstein był nie tylko jego rozmówcą, lecz aktywnym doradcą w budowie międzynarodowej sieci populistycznej. Wymieniali wiadomości o strategii, finansowaniu, kontaktach w Europie Środkowej i Izraelu, o wpływie na Parlament Europejski, a nawet o personaliach w NATO.
Epstein dopytywał o „flow of funds”, czyli przepływ środków, sugerował wykorzystanie kryptowalut, oferował pośrednictwo przy spotkaniach z europejskimi liderami. Jednocześnie ostrzegał Bannona, by „nie brał na siebie ciepła” w związku z jego – Epsteina – przeszłością. Relacja urywa się nagle 6 lipca 2019, gdy Epstein wysyła krótką wiadomość: „All canceled” – chwilę później zostaje zatrzymany.
Ten epizod pokazuje, że sieć Epsteina nie była wyłącznie salonowym klubem liberalnych finansistów i celebrytów. Sięgała także w stronę radykalnej prawicy i globalnego populizmu, splatając pieniądze, ambicje polityczne i osobiste zależności ponad partyjnymi podziałami.
Sprawa Epsteina ma jeszcze jeden, groźny wymiar. Jak zauważa „Washington Post”, publikacja milionów stron dokumentów stała się paliwem dla teorii spiskowych o charakterze antysemickim.
Część środowisk – zarówno skrajnej prawicy, jak i radykalnej lewicy – wykorzystuje nazwisko Epsteina jako pretekst do odświeżania narracji o „żydowskiej sieci wpływów” i ukrytej kontroli nad polityką czy finansami. To pokazuje, że afera, która miała obnażyć patologie elit, jednocześnie karmi najstarsze uprzedzenia. W świecie rosnącej nieufności wobec instytucji łatwo przesuwa się granica między uzasadnioną krytyką władzy a etniczną paranoją.
Jeszcze wątek polski. Po publikacji przez amerykańskie ministerstwo sprawiedliwości ok. 3 mln stron dokumentów premier Donald Tusk zapowiedział powołanie specjalnego zespołu do zbadania „polskich śladów” w aferze Epsteina – zarówno pod kątem ewentualnego handlu ludźmi czy przestępstw seksualnych, jak i możliwych powiązań międzynarodowych, w tym rosyjskich. Według sondażu SW Research dla Onetu 39,6 proc. badanych popiera ten ruch, 26,7 proc. nie widzi jego sensu, a 33,6 proc. nie ma zdania – co pokazuje, że sprawa w Polsce budzi raczej ostrożne zainteresowanie niż jednoznaczną mobilizację opinii publicznej. Rząd zapowiada współpracę z USA i analizę utajnionych dokumentów, a nazwiska prokuratorów mają pozostać niejawne ze względów bezpieczeństwa. Co istotne, amerykańscy kongresmeni – zarówno republikanie, jak i demokraci – publicznie przyjęli tę decyzję z aprobatą, sugerując, że inne państwa nie powinny czekać na pełną przejrzystość w Waszyngtonie, lecz prowadzić własne postępowania. W ten sposób afera, która zaczęła się jako historia o nowojorskiej elicie, coraz wyraźniej nabiera wymiaru międzynarodowego – także w Europie Środkowej.
Sprawa nie rozstrzyga się dziś wyrokami, ale w sferze zaufania. Jeśli opinia publiczna widzi, że przez lata elity potrafiły racjonalizować relacje z człowiekiem publicznie znanym z wykorzystywania nieletnich, to trudno oczekiwać, że uwierzy w ich deklaracje o przejrzystości i standardach etycznych. Każda kolejna publikacja dokumentów nie tyle zmienia fakty, ile pogłębia przekonanie, że istnieją dwa porządki: oficjalny – pełen wartości – i prywatny, oparty na dostępie, sieci i wzajemnej ochronie. W świecie rosnącej nieufności to właśnie to rozdwojenie może okazać się najbardziej kosztowne.
Komentarze