16 sierpnia 2021

Afganistan. Tłumy próbują uciekać, na lotnisku panika. Zagraniczne media rozliczają USA

Twitter jest zalewany nagraniami z lotniska w Kabulu. Po płycie biegają tłumy ludzi, którzy chcą wydostać się z zajętego przez talibów Afganistanu. Przepychają się, krzyczą, wskakują na koła ruszającego samolotu. Media na całym świecie piszą: tę tragedię można było przewidzieć

„Boję się, bo nie wiem, co się stanie i co zrobią. Musimy się do nich uśmiechać, bo się boimy. Ale tak naprawdę jesteśmy głęboko nieszczęśliwi” - powiedział w "New York Times" jeden z mieszkańców Kunduz, afgańskiego miasta zajętego przez talibów 8 sierpnia. Walka o Kunduz trwała zaledwie 48 godzin. Wtedy, ponad tydzień temu, mówiło się, że stolica Afganistanu, Kabul, będzie bronić się dłużej.

Amerykańskie siły wywiadowcze - jak podaje NYT - przewidywały, że nawet jeśli talibowie będą zajmować kolejne prowincje, to Kabul będzie bezpieczny nawet przez kolejne półtora roku. "Siły afgańskie mają przewagę w postaci większej liczebności i siły powietrznej"- cytuje magazyn. Już w sierpniu wyliczenia były mniej optymistyczne - Reuters przytoczył wypowiedź przedstawiciela wywiadu USA, który mówił, że stolica może się bronić afgańskimi siłami przez 90 dni.

Tymczasem zajęcie Kabulu trwało zaledwie kilka godzin. W niedzielę (15.08) rano media donosiły o wejściu talibów na przedmieścia Kabulu. Po południu zajęli już pałac prezydencki. Sam prezydent Ashraf Ghani i jego bliscy współpracownicy zdążyli uciec - najprawdopodobniej do Tadżykistanu. "Wojna w Afganistanie się skończyła" - ogłosili talibowie.

Co się dzieje w Afganistanie?

2 lipca 2021. Po niemal 20 latach wojska amerykańskie opuszczają bazę lotniczą Bagram w Afganistanie. To symboliczny koniec ich działań w tym kraju, które rozpoczęły się po atakach 11 września 2001. Ostateczne wycofywanie się ma potrwać kilka dni.

Od 2014 roku Stany Zjednoczone nie prowadziły już działań bojowych. Od tego czasu w kraju tym pozostawało 20 tysięcy żołnierzy z państw NATO, w tym większość z USA. Mieli szkolić i wspierać armię afgańską w walce z talibami.

O wycofaniu wojsk amerykańskich z Afganistanu zdecydował poprzedni prezydent USA, Donald Trump. W ubiegłym roku zapowiadał nawet, że żołnierze wrócą do Stanów do Bożego Narodzenia. Finalnie utrzymano jednak datę 1 maja 2021, którą wyznaczało porozumienie z talibami z lutego 2020.

"Po tym, jak Joe Biden objął urząd, najwyżsi urzędnicy Departamentu Obrony rozpoczęli kampanię lobbingową, aby utrzymać małe siły antyterrorystyczne w Afganistanie jeszcze przez kilka lat" - relacjonuje NYT. Bezskutecznie. W kwietniu Biden ogłosił, że do 11 września 2021 wojsk amerykańskich w Afganistanie już nie będzie.

Eksperci od początku debaty na temat opuszczenia Afganistanu podkreślali, że to tylko zwiększy ryzyko wojny domowej, kryzysu humanitarnego i uchodźczego. Ich przewidywania sprawdziły się szybciej, niż można było przypuszczać.

Talibowie zajmują kraj

Już dwa dni po opuszczeniu bazy Bagram, talibowie ogłosili zajęcie dzielnicy Panjwai w Kandaharze. 9 lipca zdobyli Islam Qala, największe przejście graniczne Afganistanu z Iranem. 14 lipca przejęli kontrolę nad Spin Boldak, czyli przejście graniczne z Pakistanem.

6 sierpnia ogłosili swoją kontrolę nad miastem Zaranj. W kolejnych dniach zajęli m.in. Kunduz, Sheberghan, Kandahar, Faizabad i Ghazni. Po upadku wschodniego miasta Jalalabad w niedzielny poranek (15 sierpnia), pozostał już tylko Kabul, stolica.

Jak pisaliśmy w OKO.press, delegacja talibów udała się do opuszczonego już pałacu prezydenckiego, aby przygotować „przekazanie władzy”. Talibowie obiecali amnestię dla osób pracujących dla rządu i dla żołnierzy afgańskiej armii. Twierdzą też, że wypuszczą z Afganistanu każdego, kto chciałby wyjechać.

Mieszkańcy jednak tym zapewnieniom nie ufają, pamiętając rządy talibów trwające w latach 1996-2001. Zresztą już pojawiają się informacje o talibach chodzących od drzwi do drzwi, szukając rządowych pracowników, żołnierzy i policjantów, a także Afgańczyków współpracujących z zagranicznymi rządami. Przeszukiwane mają być także mieszkania dziennikarzy.

W stolicy zapanowała panika, kabulczycy próbują uciec w jakiekolwiek bezpieczne miejsce. Obecnie możliwe jest jedynie wydostanie się drogą powietrzną. Loty komercyjne są zawieszone. Tymczasowo wstrzymano nawet loty wojskowe. Te mają jednak zostać szybko wznowione (stan na poniedziałek, 16 sierpnia, godz. 19:00)

Dramatyczne sceny na lotnisku

"Widzę płaczących ludzi, nie wiedzą, czy uda im się wylecieć. Sama nie wiem" - mówiła agencji Reutera Massouma Tajik, która próbuje uciec z kraju. W internecie roi się od dramatycznych nagrań z lotniska im. Hamida Karzaja, w którym tłoczą się przerażeni mieszkańcy. Wybiegają na płytę, otaczają samoloty, wdrapują się na schody do wejścia. Część z nich nie ma żadnego bagażu. Inni ciągną za sobą dobytek spakowany do małych walizek.

Media donoszą o przynajmniej pięciu osobach, które zginęły podczas wybuchu paniki. Kilkoro z nich próbowało wydostać się z Afganistanu na kołach samolotu. Nie zdołali się utrzymać. Zginęli, spadając z wysokości.

Pojawiają się także informacje o oddaniu strzałów przez amerykańskich żołnierzy, które miały uspokoić tłum. Dwie uzbrojone osoby zostały zabite.

Lotnisko jest ostatnim miejscem, którego nie zajęli talibowie.

Polska ewakuuje powoli

Do Kabulu samoloty wysłały m.in. Niemcy, Wielka Brytania, Stany Zjednoczone, Kanada, Szwecja, Francja, Czechy i Słowacja, ewakuując swoich dyplomatów i współpracowników. Polska do poniedziałkowego popołudnia wciąż tego nie zrobiła, pomimo wielu doniesień o niebezpieczeństwie, w jakim znaleźli się pracownicy ambasady RP, afgańscy pracownicy Polskiego Kontyngentu Wojskowego oraz członkowie polskich organizacji humanitarnych z rodzinami.

W niedzielę rząd nie odniósł się do apelu podpisanego przez Janinę Ochojską, Radosława Sikorskiego, Bogdana Klicha, Tomasza Siemoniaka i Piotra Łukasiewicza. "Apelujemy do Pana Ministra o udzielenie tym ludziom pomocy. O skierowanie na tamtejsze lotnisko samolotu, który wciąż jeszcze może ich wywieźć z oblężonego miasta" - pisali sygnatariusze.

Na stronie Ministerstwa Spraw Zagranicznych ukazał się jedynie krótki komunikat, według którego w Afganistanie przebywa pięciu obywateli RP. "W ubiegłym tygodniu ponowiliśmy apel o natychmiastowe opuszczenie kraju przez naszych rodaków, zarówno za pośrednictwem kanałów społecznościowych, jak i bezpośrednio w rozmowach z naszymi obywatelami" - czytamy w komunikacie.

Samolot jednak poleci?

Premier Mateusz Morawiecki zapowiedział także, że wyda 45 wiz humanitarnych. Były ambasador RP w Afganistanie Piotr Łukasiewicz komentował na Twitterze: "Afgańscy przyjaciele Polski, wciąż nie mają pojęcia, czy Polska o nich zadba. Jeden z nich dowiedział się, że powinien zgłosić się do Indii, do ambasady PL w New Delhi (!!!) po wizę »humanitarną«". New Dehli znajduje się 1200 km od Kabulu. Od 2014 roku, decyzją byłego szefa MSZ Radosława Sikorskiego, w stolicy Afganistanu nie ma polskiej ambasady.

Następnego dnia zaczęły pojawiać się sprzeczne informacje. Najpierw nieoficjalne, według których polski samolot do Kabulu nie poleci.

Później, podczas wizyty premiera Morawieckiego w centrum dystrybucji sieci supermarketów Dino, padła deklaracja, że pomoc jednak będzie. "Nasza misja przygotowywana również przez ministerstwo obrony narodowej, będzie wystarczająco wyposażona w sprzęt, aby sprowadzić do kraju wszystkich tych, którzy powinni zostać sprowadzeni, zarówno Polaków wraz z rodzinami, jak również tych ludzi z Afganistanu, którzy współpracowali razem z nami" - powiedział szef rządu. Dodał, że współpracownicy Polski z prowincji wcześniej zajętych przez talibów "rozpierzchli się", co może utrudnić ewakuację.

Jagoda Grondecka, dziennikarka i korespondentka z Afganistanu, mieszkająca w Kabulu, w mediach społecznościowych podała, że nikt się nie "rozpierzchł", a cała grupa Polaków i współpracowników Polski jest gotowa do wyjazdu.

"Jeśli tym ludziom stanie się krzywda, polski rząd będzie miał krew na rękach" - napisała na Twitterze.

Zagraniczne media: to można było przewidzieć

"W upokarzających dla administracji Bidena scenach widać, jak na miesiąc przed dwudziestą rocznicą 11 września z ambasady wydobywa się dym z palonych pospieszne dokumentów" - pisze brytyjski "The Guardian" w tekście zatytułowanym "Dwudziestoletnia misja upada w jeden dzień". Dziennikarze "Guardiana" podkreślają, że prędkość zajmowania przez talibów kolejnych miast była "oszałamiająca".

"Już w niedzielę rano było jasne, że zaczyna się druga era Talibanu. Przywódcy talibów zaczęli dzień tak pewni zwycięstwa, że kazali swoim wojownikom zostać na obrzeżach miasta i czekać" - pisze brytyjski dziennik. "Doradcy prezydenta Bidena byli zszokowani tak szybkim upadkiem afgańskiej armii, która musiała zmierzyć się z agresywną, dobrze zaplanowaną ofensywą talibów. Ostatnie 20 lat pokazuje jednak, że nie ma się czemu dziwić" - to z kolei "New York Times".

Niewyleczone choroby afgańskiej armii

Amerykański dziennik wylicza: Stany Zjednoczone wydały 83 miliardy dolarów na szkolenie i wyposażenie afgańskiej armii. Jednocześnie wywiad zbyt optymistycznie oszacował możliwości afgańskich żołnierzy i szansę na obronę Kabulu przez wspomniane już półtora roku. USA nie udało się też rozwiązać problemów szkolonej armii.

"Dowódcy wiedzieli, że »choroby« sił afgańskich nigdy nie zostały wyleczone: głęboka korupcja, nieopłacanie przez rząd wielu afgańskich żołnierzy i policjantów przez miesiące, dezercje, żołnierze wysłani na front bez odpowiedniego jedzenia i wody, nie mówiąc już o broni" - wymieniają David E. Sanger i Helene Cooper, korespondenci NYT. Jak czytamy, nierozwiązane problemy tylko utwierdziły prezydenta Bidena o słuszności wycofania się z Afganistanu. "Podczas wiosennych spotkań w Gabinecie Owalnym powiedział doradcom, że pozostanie na kolejny rok, a nawet pięć, nie zrobi znaczącej różnicy i nie jest warte ryzyka" - pisze NYT.

Dziennikarze zaznaczają, że finalnie w powodzenie misji nie wierzyła ani strona afgańska, ani amerykańska. "Stany Zjednoczone utrzymywały siły w Afganistanie znacznie dłużej niż Brytyjczycy w XIX wieku i dwa razy dłużej niż Sowieci – z mniej więcej takimi samymi wynikami".

Francuski "Le Figaro" pisze z kolei: "Wielu ekspertów ostrzegało przed konsekwencjami jednostronnego wycofania wojsk oraz wskazywało na polityczną i militarną słabość afgańskiego rządu. Ale Joe Biden, podążając za polityką Donalda Trumpa, postanowił to zignorować, zdeterminowany, by szybko położyć kres amerykańskiej obecności w Afganistanie".

Czyja to wina?

Podczas gdy NYT przypomina całą historię rozmów z talibami i tweety Donalda Trumpa o możliwym powrocie żołnierzy do Bożego Narodzenia 2020, telewizja Fox News, znana z przychylności wobec byłego prezydenta, skupia się na działaniach Joe Bidena.

"Nawet mainstreamowe media miażdżą Bidena za serię poważanych błędów" - grzmi jeden z nagłówków. W tekście można znaleźć cytat z "New York Timesa": "Biden przejdzie do historii, sprawiedliwie lub niesprawiedliwie, jako prezydent, który przewodniczył długofalowemu, upokarzającemu aktowi końcowemu amerykańskiego eksperymentu w Afganistanie”.

Chad Wolf, były szef Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego i republikanin, mówił w Fox News, że to Biden jest bezpośrednio odpowiedzialny za kryzys. "Powinien mieć plan, jak wycofać żołnierzy USA i wciąż chronić obywateli Afganistanu. Tego planu i tego przywództwa dziś nie widzimy" - komentował.

Dziennikarze konserwatywnej telewizji zwracali w poniedziałkowy (16 sierpnia) poranek uwagę na to, że ani prezydent Biden, ani wiceprezydentka Kamala Harris, nie wystąpili przed kamerami po zajęciu Kabulu przez talibów.

Drugi Irak?

"Nawet jeśli amerykańską decyzję [o wycofaniu wojsk] można uznać za uzasadnioną, należy się obawiać powtórki z czasów, kiedy Biden był wiceprezydentem w administracji Obamy. Po wycofaniu się Amerykanów z Iraku w 2011 roku iracki ruch dżihadystyczny odzyskał taką siłę, że kilka lat później konieczne było ponowne zaangażowanie wojsk do walki z organizacją Państwa Islamskiego" - przypomina "Le Monde".

Francuska gazeta podkreśla, że sama obecność wojsk USA w Afganistanie przez tyle lat była błędem. "Po pierwsze, Zachód nie miał powodów, żeby zostawać w Afganistanie po 2002 roku. Nie okupuje się militarnie kraju, w którym nie ma już wroga do zwalczenia. Po drugie, sama ich obecność w kraju podsyciła chęć talibów do powrotu do walki" - czytamy w opublikowanej w "Le Monde" opinii.

Niemiecki minister: popełniliśmy błędy

„Nie ma co ukrywać: my wszyscy – rząd federalny, służby wywiadowcze, społeczność międzynarodowa – źle oceniliśmy sytuację” – powiedział niemiecki minister spraw zagranicznych Heiko Maas, cytowany przez "Der Spiegel". „Uczciwość wymaga przyznania się do tego we wszystkich formach” - dodał.

Jak podaje Al Jazeera, Niemcy pracują teraz nad szybkim wydostaniem jak największej liczby ludzi z Afganistanu. "Heiko Maas powiedział, że ludzie, którzy pracowali z niemieckimi siłami zbrojnymi, działacze na rzecz praw człowieka i osoby o afgańsko-niemieckim obywatelstwie, będą stanowić większość z około 10 tys. osób, które Niemcy chcą wywieźć z Afganistanu" - czytamy na portalu Al Jazeery.

Zupełnie inna narracja panuje w rosyjskich mediach. „Nasza ambasada pozostanie w kontakcie ze specjalnie wyznaczonymi przedstawicielami wyższego kierownictwa talibów, aby wypracować stały mechanizm zapewnienia bezpieczeństwa" - powiedział Reutersowi wysłannik Władimira Putina w Afganistanie Zamir Kabułow.

W rozmowie z agencją informacyjną zaznaczył, że pracownicy ambasady nie będą "ewakuowani", a jedynie "wysłani na wakacje".

Portal Vesti.ru należący do Wszechrosyjskiej Państwowej Kompanii Telewizyjnej i Radiowej cytuje ambasadora Rosji w Afganistanie Dmitrija Żyrnowa: „Talibowie zaczynają osiedlać się w mieście, ale osiedlają się w dobry sposób. (...) Przywracają porządek publiczny: w nocy 16 sierpnia wprowadzono godzinę policyjną, aby przeciwstawić się szabrownikom". Dyplomata dodał, że w mieście nadal działają szkoły, w tym te dla dziewcząt.

Strach kobiet

"Kiedy usłyszałam, że talibowie dotarli do Kabulu, poczułam, że będę niewolniczką. Mogą bawić się moim życiem, jak chcą" - napisała na łamach "Guardiana" mieszkanka Kabulu. "Pracowałam jako nauczycielka w centrum edukacji anglojęzycznej. Nie mogę znieść myśli, że nie mogę już stać przed klasą, ucząc ich śpiewać abecadło. Za każdym razem, gdy przypominam sobie, że moje piękne uczennice powinny przerwać edukację i zostać w domu, płaczę" - dodała.

Talibowie zapowiadają, że chcą utrzymać prawa kobiet do edukacji i uczestnictwa w życiu publicznym. Prowadzą na ten temat bardzo konsekwentną komunikację. Rzecznik Talibanu w Katarze Suhail Shaheen zadzwonił do dziennikarki BBC Yaldy Hakim podczas programu na żywo. W półgodzinnej rozmowie na antenie brytyjskiego nadawcy przekonywał, że "linia polityczna jest taka, że kobiety mają mieć dostęp do edukacji i do pracy". Stwierdził też, że talibowie nakazują kobietom jedynie noszenie hidżabu, czyli chusty zakrywającej głowę.

Trudno jednak w te zapewnienia uwierzyć. Podczas poprzednich rządów talibów kobiety nie mogły uczyć się ani pracować. Były również zobowiązane do noszenia zasłaniającej całą twarz i ciało burki. Nie mogły nawet mówić pełnym głosem, wypowiadać się w mediach ani pojawiać na balkonach swoich domów.

W relacji mieszkanki Kabulu czytamy: "Jako kobieta czuję się, jakbym była ofiarą tej politycznej wojny, którą rozpoczęli mężczyźni. Poczułam, że nie mogę się już śmiać głośno. Nie mogę już słuchać ulubionych piosenek, nie mogę już spotykać się z przyjaciółmi w naszej ulubionej kawiarni. Nie mogę już nosić ulubionej żółtej sukienki ani różowej szminki. I nie mogę już iść do pracy ani ukończyć studiów wyższych, na które pracowałem przez lata.

Uwielbiałam robić paznokcie. Dziś, wracając do domu, zerknęłam na salon kosmetyczny, do którego chodziłam na manicure. Front lokalu, ozdobiony pięknymi zdjęciami dziewcząt, został w nocy zamalowany białą farbą".

Udostępnij:

Katarzyna Kojzar

Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Szkoły Reportażu. W OKO.press zajmuje się przede wszystkim tematami dotyczącymi ochrony środowiska, praw zwierząt, zmiany klimatu i energetyki.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne