„Manosfera to jest bunt autorytarnych mężczyzn przeciwko demokracji, który się w dużej mierze udał” – mówi w rozmowie z OKO.press Agnieszka Graff o dokumencie Netflixa „W głębi manosfery”.
Na zdjęciu powyżej Jacob A. Chansley, znany jako „szaman QAnon”, który stał się twarzą zamieszek na Kapitolu zimą 2021 roku. Fot. Win McNamee / AFP
Kim są mężczyźni ukazani przez Louisa Theroux w głośnym dokumencie Netflixa „W głębi manosfery”? Teoretycznie mają wszystko – sławę, pieniądze, miliony obserwujących. Mamy tu też skrajną prawicę, pojawia się Donald Trump i zachwyty influencerów, że nie dopuścili, by wybory na prezydenta Stanów Zjednoczonych wygrała kobieta.
Skąd się wzięła manosfera i dlaczego tylu mężczyzn jej ulegają? O tym rozmawiamy z Agnieszką Graff – badaczką feminizmu i ruchów antygender, znaną feministyczną publicystką, felietonistką (m.in. „Wysokich obcasów”) i pisarką.
Rozmowy można także wysłuchać tutaj:
Natalia Sawka, OKO.press: Influencerzy — często bardzo bogaci — oferują młodym mężczyznom wizję sukcesu opartego na pieniądzach i dominacji oraz na pogardzie wobec kobiet. To epidemia męskiej samotności czy coś poważniejszego? Czy twoim zdaniem dokument Netfliksa dobrze oddaje zjawisko manosfery?
Agnieszka Graff*: Myślę, że jak na Netflix, czyli mainstreamową rozrywkę podaną w formie lifestylowego dokumentu, to jest naprawdę świetna produkcja. I mam nadzieję, że będzie działała trochę jak ostrzeżenie, zwłaszcza dla rodziców.
Ten dokument jako pierwszy polecił mi mój syn, Stanisław. Obejrzał fragment w szkole na lekcji i był zafascynowany. Powiedział, że to dla niego pewnego rodzaju olśnienie, bo on sam jest odbiorcą tych treści. To zresztą pokazuje, jak blisko świata młodych ludzi jest to zjawisko. Uważam, że to film, który nastolatki powinny zobaczyć. I ku przestrodze, i z ciekawości, bo odsłania kulisy czegoś, w czym sami uczestniczą.
Dla mnie to środowisko nie jest nowe, zajmuję się nim zawodowo. Kilka lat temu penetrowałam manosferę, napisałam spory tekst dla „Czasu Kultury”. Ale to jest niszowa wiedza. Większość dorosłych wciąż nie ma pojęcia, kim są Myron Gaines czy Harrison Sullivan. To bohaterowie świata młodzieży, funkcjonujący głównie w internecie.
Co innego Andrew Tate, który przebił się szerzej, głównie także przez zarzuty handlu ludźmi i sprawy kryminalne.
Fakt, Tate się przebił. Ale on jest po prostu bandytą.
Szeroko pojęta manosfera to zjawisko na styku psychologii i polityki. I tu dochodzę do ważnego „ale”. Ten dokument jest ważny, ale ma ograniczone spojrzenie na to zjawisko – psychologizujące. W dużej mierze upraszcza i formatuje rzeczywistość pod potrzeby szerokiej widowni.
Ten film, wpisując się w typowy dla Netfliksa rozrywkowy styl, nie mówi najważniejszego: że mamy do czynienia z nową formą faszyzmu. To słowo w ogóle tam nie pada.
Ten dokument chce trochę postraszyć, trochę bohaterów ośmieszyć, ale nie podejmuje poważnej diagnozy politycznej. A to nie jest tylko kwestia tego jednego filmu, tylko szerszy problem.
Trochę nie rozumiem, jak połączyć z faszyzmem młodych napakowanych chłopaków, dla których ważne są siłownia, kasa i fejm.
Spory wokół płci we współczesnym świecie to nie jest marginalny temat obyczajowy. To jest jeden z głównych frontów politycznych. My z socjolożką Elżbietą Korolczuk mierzyłyśmy się z tym zjawiskiem, pisząc książkę „Kto się boi gender” o współczesnych ruchach antygenderowych.
Stawką nie jest tylko to, jak będą wyglądały relacje między kobietami a mężczyznami, ale dużo więcej. Toczy się walka o prawa osób LGBT i prawa kobiet, to oczywiste. Ale też o miejsce przemocy – w życiu społecznym i w polityce.
Paniki moralne wokół „gender” przemoc usprawiedliwiają. Widać to choćby w tym, jak Władimir Putin z pomocą patriarchów Kościoła prawosławnego uzasadnia wojnę w Ukrainie. On chce uwolnić Ukrainę od demoralizacji i „degrengolady”, jaką niesie gender. Pisałyśmy o tym z Elżbietą dla „Gazety Wyborczej”.
Z badań socjologicznych wiemy też, że manosfera przestała być niszową przestrzenią gdzieś tak około 2014 roku. Do tego czasu to była raczej przestrzeń subkulturowa, poradnikowa i dyskusyjna: mężczyźni narzekali na kobiety, polecali sobie siłownie, dawali sobie nawzajem porady, jak poderwać kobietę albo jak się od niej uwolnić, wymieniali się śmiesznymi memami.
Po słynnej aferze Gamergate manosfera stała się miejscem agitacji politycznej i radykalizacji.
Jak to się rozwinęło?
To właśnie na amerykańskich forach internetowych, takich jak choćby 4chan, które przez długi czas pozostawały poza zainteresowaniem mediów, zaczęła się intensywna mobilizacja polityczna. To tam rodziły się narracje i emocje, które później przełożyły się m.in. na zwycięstwo Donalda Trumpa w 2016 roku. To oczywiście nie był jedyny czynnik, ale dziś wiemy, że bez tego zaplecza byłoby to znacznie trudniejsze.
Podobnie po przegranych wyborach Trumpa w 2020 roku, kiedy to miał miejsce szturm na Kapitol 6 stycznia 2021 roku. Obecność w amerykańskich instytucjach takich postaci jak „Szaman QAnon”, czyli Jacob A. Chansley, to również efekt mobilizacji środowisk powiązanych z manosferą.
Dlatego coraz więcej osób uważa, że żyjemy podczas nowej fali faszyzmu. Treści dotyczące męskości, rzekomej krzywdy, jakiej mężczyźni doznali ze strony feminizmu, są dla tej jego nowej odsłony kluczowe. I to nie pojawiło się nagle. To proces, który trwa od lat 90., kiedy zaczęły dominować wojny kulturowe, przez lata dwutysięczne i kryzys ekonomiczny w 2008 roku.
Ważnym ostrzeżeniem było Charlottesville – wiec Unite the Right z sierpnia 2017.
To był bardzo męski marsz: białych suprematystów, alt-prawicy, neokonfederatów. Tam po raz pierwszy doszło do przemocy, a symbolika była jawnie faszystowska. I to nie był wybryk, raczej syndrom. To się potem rozwijało. W latach 2020–2021 te ruchy są już masowe, dobrze osadzone w mainstreamie dzięki wsparciu ze strony Trumpa. Symbolem tego etapu jest oczywiście szturm na Kapitol i późniejsze uniewinnienia sprawców.
Manosfera nie jest zjawiskiem lifestylowym, to jest faszyzm.
To jest bunt autorytarnych mężczyzn przeciwko demokracji, który się w dużej mierze udał.
Dokumentowi Louisa Theroux brakuje szerszej diagnozy politycznej. Może uważa, że jest oczywista? W każdym razie widz sam musi to sobie dopowiedzieć. Być może autora bardziej interesował biznesowy wymiar zjawiska. Ale to też jest polityczne – turbokapitalizm, który w połączeniu z cynizmem, erozją wiary w prawa człowieka oraz zdominowanym przez algorytmy światem internetu doprowadził nas do nowego paradygmatu politycznego.
Ja bym chciała, żeby w takim filmie jednak to padło. To jest faszyzm. Albo jak mówią Astra Taylor z Naomi Klein – technofaszyzm, czy faszyzm czasów schyłku.
Czyli?
To coś, czego twarzą jest Elon Musk. Kolejne bożyszcze świata manosfery. Theroux nic nie mówi o ich wizji historii, o ich planach dla ludzkości. O ich poglądach na temat katastrofy klimatycznej.
On mówi o psychice tych mężczyzn. Pokazuje świat bardzo niebezpiecznych treści politycznych i mówi, no tak, ale to wszystko dlatego, że mama jednego z tych chłopców go porzuciła, a drugi miał chaotyczne dzieciństwo. No pewnie tak, tylko co z tego?
To tak, jakbyśmy faszyzm niemiecki rozkminiali za pomocą opowieści o kłopotach psychologicznych Hitlera. W trudnych czasach ludzie poranieni z rysem narcystycznym, albo po prostu psychopatyczni, dochodzą do władzy.
Tego procesu nie da się zrozumieć poprzez analizowanie ich dzieciństwa,
Tylko poprzez analizę struktur czy przemian społecznych i ekonomicznych, które pozwalają tym mężczyznom – bo to są niemal zawsze mężczyźni – zyskać zaufanie milionów i niszczyć świat, jaki znamy.
Czyli widzimy w dokumencie bunt młodych mężczyzn, twórców, którzy prowadzą w sieci swoje biznesy, otaczają się pięknymi kobietami, mają po kilka domów, drogie samochody i zegarki.
Oni są handlarzami. Akwizytorami na prowizji. Zabawne, jak bardzo się muszą napracować, żeby zdobywać te lajki. Bez przerwy muszą prowokować, podkręcać emocje, grać twardzieli i eksponować swoją fizyczność. Równocześnie zajmują się doradzaniem młodym mężczyznom, jak trenować na siłowni czy jak ustawić swoje życie. To w gruncie rzeczy ciężka, powtarzalna i dość monotonna praca. I to też jest ważna część prawdy o tym świecie.
Ich odbiorcy reagują na nich niemal uwielbieniem. Mówią, że gdyby nie Harrison Sullivan, dzisiaj byliby nikim. Podziwiają tych influencerów, chcą być tacy jak oni i mieć poczucie, że zamiast harować od rana do wieczora w korpo pod czujnym okiem szefa można robić coś innego.
I tu wchodzimy głębiej w logikę manosfery. Pojawia się przekonanie, że praca od dziewiątej do piątej to życiowa porażka i element większego systemu kontroli, który oni nazywają Matrixem. To nie jest nowa idea, pojawiała się już wcześniej.
Według tej narracji oni „przejrzeli na oczy”, bo połknęli tzw. czerwoną pigułkę, stąd nazwa ruchu Red Pill. To oczywiście nawiązanie do świata filmu „Matrix”, w którym główny bohater, Neo, musi wybrać między wygodną iluzją a bolesną prawdą.
Trochę to przypomina filozofię Platona i metaforę jaskini.
Ale w tej logice połknięcie czerwonej pigułki ujawnia przekonanie, że światem rządzą feministki.
Absurdalne.
Brzmi to absurdalnie, ale w tej narracji feministki są jedynie częścią większego systemu. Gdy badałam manosferę, oni ten system często nazywali “Katedrą”. To, co my nazwalibyśmy liberalnym porządkiem, oni widzą jako formę opresji i kontroli.
Uważają, że za tym wszystkim stoi ukryta elita, która manipuluje rzeczywistością. Pojawiają się wątki o tajnych elitach, rządzących światem satanistach, a także antysemickie tropy, w których różne zjawiska społeczne tłumaczone są działaniem jakiejś jednej ukrytej grupy. Wątki antysemickie nie są konieczne dla każdej formy faszyzmu, ale często się z nim wiążą. To duża zaleta tego filmu, że mocno eksponuje wątek antysemityzmu.
Myślisz, że to jest kolejna gra w prowokowanie, czy oni naprawdę w to wierzą?
Moim zdaniem wierzą. Ale to nie jest wiara w sensie racjonalnym. To raczej sposób myślenia, który jest płynny, emocjonalny i łatwo przeskakuje z jednej teorii spiskowej na drugą.
To światopogląd, który sam się wzmacnia i wchłania kolejne narracje. Osoby wierzące w jedne teorie spiskowe bez większego problemu przenoszą się na inne. Od walki z gender prosto do walki ze szczepionkami i dalej do QAnon na przykład.
W centrum jest jedno przekonanie: że istnieją ukryte elity, które kontrolują świat i nie dopuszczają innych do prawdy. A ci „przebudzeni”, twierdzą, że odkryli prawdę i mogą ujawnić ją innym.
Ich wizja świata opiera się też na przekonaniu, że hierarchia jest czymś naturalnym, idee równościowe to wielka ściema, przykrywka dla spisku właśnie, a przemoc może być uzasadnionym narzędziem rozwiązywania problemów społecznych.
Oni nie tylko mówią o przemocy w sposób pozytywny, ale wręcz ją organizują.
Co ciekawe, pojawia się też przekonanie, że ofiary przemocy w gruncie rzeczy jej chcą. Dotyczy to przede wszystkim kobiet – w filmie są wielokrotnie publicznie upokarzane, każe im się sprzątać, milczeć, są wyzywane i oceniane pod kątem wyglądu. To forma symbolicznej przemocy, idąca w parze z narracją, że kobiety pragną być dominowane.
Są też momenty szczególnie niepokojące, wręcz ocierające się o lincz. Bohaterowie atakują na ulicy mężczyzn uznanych za pedofilów, nie tylko po to, by zdobyć lajki i wyświetlenia, ale też, jak sądzę – dla przyjemności. Ta przemoc dzieje się po to, by upokorzyć, poczuć własną siłę. Widać wyraźnie, że
przemoc staje się źródłem satysfakcji i elementem ideologii.
Jak wyglądała manosfera w latach 90.?
Była zupełnie inna. Nie nazywała się manosfera – to były raczej ruchy obrońców praw mężczyzn. Tworzyły je legalnie działające organizacje, publikowano książki, a przekaz był dość prosty: mężczyźni są dyskryminowani. Co ciekawe, część autorów tych książek wcześniej współpracowała z ruchem feministycznym, ale pod koniec lat 70. zmienili zdanie. Zamiast wspierać emancypację kobiet, zaczęli mówić, że to mężczyźni muszą się „uwolnić” od feminizmu.
Na tym etapie chodziło jeszcze o konkretne kwestie, jak prawa ojców po rozwodach czy opieka nad dziećmi. To były postulaty, które dziś też pojawiają się w manosferze, ale wtedy miały bardziej „instytucjonalny” charakter.
Inny nurt był bardziej poetycki, w stylu New Age – męskie wyprawy do dziczy, męskie rozmowy, rytuały, dzięki którym uwalniała się „męska energia”. Kultowe dzieło tego nurtu to książka „Żelazny Jan” Roberta Bly’a, kilka razy wydana też w Polsce.
Dziś mamy do czynienia z czymś znacznie bardziej politycznym i dużo szerszym. To już nie są niszowe środowiska, subkultury czy eksperymenty, tylko ogromny przemysł obecny w mediach społecznościowych, szczególnie tych skierowanych do młodych ludzi. Te mizoginiczne narracje o relacjach między płciami – że kobiety wyzyskują mężczyzn, że trzeba odzyskać męską moc – one są silnie powiązane z polityką. To nie jest już tylko kwestie obyczajowe, ale całościowa wizja świata.
W filmie ta polityka poniekąd się pojawia, gdy jeden z bohaterów mówi wprost, że cieszy się, iż Amerykanie nie dopuścili do wyboru kobiety na prezydenta. Inny ochoczo pokazuje zdjęcia z Donaldem Trumpem.
To Justin Waller – elegancki, w garniturze, chwali się wizytami w Mar-a-Lago, chętnie pokazuje drogi zegarek. Ta postać świetnie pokazuje, jak blisko te światy zaczęły się przenikać. Już około 2015 roku sztab Trumpa świadomie zabiegał o uwagę tych środowisk, które wtedy były jeszcze kontrkulturowe, a dziś to często bardzo wpływowi twórcy.
Odrębnym zjawiskiem są męskie podcasty – najsłynniejszy jest ten Joe Rogana – w dużej mierze to dzięki nim Trump wygrał po raz drugi.
Zastanawiam się czy prezydent Karol Nawrocki lub kandydat na premiera PiS Przemysław Czarnek wpisują się w tę dynamikę tzw. silnego mężczyzny.
Wszystko zależy od definicji. Jeśli rozumiemy manosferę jako zjawisko skupione wokół figury „silnego mężczyzny”, który jednocześnie przedstawia się jako ofiara feminizmu i liberalnych zmian, to takie elementy można dostrzec także u nas. Widać je choćby w stylu komunikacji części polityków, którzy podkreślają swoją siłę, dystans wobec elit i sprzeciw wobec liberalnych wartości.
To także próba rehabilitacji toksycznej męskości – brutalnej, mizoginicznej, stadionowej – którą oni uważają za zdrową męskość.
Kluczowe jest też to, że to zjawisko ma swoje centrum w internecie. Kiedyś były to głównie fora, dziś przeniosło się to do mediów społecznościowych i świata podcastów. Tam ten język i te idee są najbardziej widoczne. Kiedy ci sami ludzie wychodzą poza internet, granice manosfery zaczynają się rozmywać. Trudno powiedzieć, czy na przykład agresywni mężczyźni na stadionie to jeszcze manosfera, czy już coś innego.
Dlatego ważne wydaje się patrzenie na język i kody komunikacji. Warto byłoby prześledzić, do kogo w swojej kampanii w sieci mówił Karol Nawrocki. O co właściwie chodziło z tym snusem – woreczkami nikotynowymi, które zażywał podczas debaty prezydenckiej i wywiadów na żywo.
Były filmy z siłowni.
No właśnie, a Rafał Trzaskowski kompletnie położył internetową kampanię. Mówił trochę językiem ludzi, których w internecie nie ma. Raczej do starszych pań o liberalnych poglądach, które Trzaskowskiego uwielbiają. Z całym szacunkiem do starszych pań, niestety jest nas za mało.
Tymczasem Nawrocki potrafił się z młodymi porozumieć i mam wrażenie, że korzystał z kodów bliskich manosferze.
I to jest niepokojące, bo pokazuje, że ten język może prowadzić aż na najwyższe szczeble władzy, co widzieliśmy w przypadku Donalda Trumpa. Ale na naszym podwórku opisywane było głównie zjawisko polskich inceli.
Przyglądały się im Patrycja Wieczorkiewicz i Aleksandra Herzyk.
Incele (involuntary celibate) są najbardziej radykalną częścią manosfery. Tych nurtów jest zresztą więcej. Jedni uważają, że kobiety trzeba „przywrócić do porządku”, inni chcą je „przekonać”, a jeszcze inni wybierają całkowite wycofanie się z relacji, jak w przypadku ruchu MGTOW, czyli „men going their own way”.
O incelach głośno było w 2014 roku, kiedy doszło do kilku ataków z użyciem broni, dokonanych przez młodych mężczyzn, którzy czuli się odrzuceni przez kobiety i zbudowali wokół tego całą ideologię. Przez pewien czas istniało przekonanie, że cała manosfera to właśnie oni, ale to uproszczenie.
W dokumencie Louisa Theroux widzimy część najbardziej komercyjną i hedonistyczną. Skupioną na wyglądzie, kulturze siłowni i umięśnionym ciele. I to jest ciekawie pokazane, bo nie chodzi tylko o trening czy suplementy, ale o cały system przekonań, wręcz formę indoktrynacji.
Drugi wątek to pieniądze, czyli kryptowaluty, inwestowanie, hazard. Trzeci to pornografia. I ten element w filmie wybrzmiewa bardzo mocno. Z jednej strony kult kobiecego ciała i seksu – z drugiej głęboka pogarda wobec kobiet.
W dokumencie widać też pewien paradoks, bo gdy ci młodzi mężczyźni chcą uchodzić za silnych i odpornych na opinię innych, to przy pytaniach Louis Theroux zaczynają się kurczyć, gubią się i stresują.
I tutaj widać też warsztat Theroux. On nie konfrontuje wprost, tylko powoli buduje relację. Udaje roztargnionego, chwilami wręcz gapę czy nieudacznika. Rozbraja swoich bohaterów, zbliża się do nich, i do ich partnerek, i pozwala im samym się odsłonić. Na przykład w rozmowach o seksie, miłości i małżeństwie.
W ich wizji świata pojawia się koncepcja jednostronnej monogamii. W uproszczeniu chodzi o to, że mężczyzna może mieć wiele partnerek, ale kobieta powinna być wierna tylko jemu. Wynika to z przekonania, że samiec alfa jest do monogamii niezdolny.
Ci „samce alfa” przekonują, że oni sobie poradzą, zawsze będą mieli dostęp do kobiet i sukcesu, ale martwią się o tych zwykłych mężczyzn, którzy zostali oszukani przez feminizm. Więc oferują im porady i wyjście z tego systemu, a dla siebie pragną wielożeństwa. Bo ważną częścią idei Red Pill jest opowieść o krzywdzie „samców beta”.
Obecny porządek, w którym kobiety mają wybór, jest jakoby niesprawiedliwy, bo część mężczyzn zostaje bez nikogo. W świecie rządzonym przez feministki to kobiety mogą sobie wybierać mężczyzn. I to jest tragedia. Swego czasu manosfera sugerowała nawet odgórny przydział kobiet, seks jako prawo mężczyzny.
Siła tego dokumentu polega na roli samego Theroux – on w tym wszystkim wkłada maskę naiwniaka. Słucha, dziwi się, dopytuje. Mnie to bawi. Wiem, że wiele osób to irytuje, że on w ten sposób kieruje na siebie uwagę i wygłupia w tym filmie.
Ale zacytuję tu eksperta, czyli mojego syna, który, oglądając ten film, co chwilę używał słowa ze świata manosfery. Mówił, że Theroux ich „ragebaituje”.
To znaczy?
Po polsku to jest chyba podpucha. Chodzi o prowokowanie drugiej strony tak, żeby wpadła w szał i się skompromitowała.
I dla mnie ciekawe jest to, że używając języka manosfery, którym nasi nastolatkowie już w dużej mierze przesiąkli, nawet taka klasyczna, dziennikarska praca, polegająca na dociekaniu, zaczyna być interpretowana właśnie w tych kategoriach. Czyli wszyscy się nawzajem podpuszczamy i zobaczymy, kto wygra. To taki sparing.
„Gdybym nie działał w internecie, zapieprzałbym w kieracie. Gram w grę zwaną życiem i gram bardzo dobrze” – mówi jeden z nich, świadomy rzeczywistości, w której przyszło żyć młodemu pokoleniu. Mam na myśli wysokie koszty życia i czasem wręcz trudniejszą do osiągnięcia stabilność finansową. O manosferze pisałaś pracę naukową: „Manosfera, czyli bunt upokorzonych samców”, czy w takim razie istnieje korelacja pomiędzy pojawieniem się fenomenu męskich forów internetowych a kryzysem ekonomicznym z 2008 roku?
Tak, i jest to powiązane również z tym, co wydarzyło się później. Przede wszystkim to za sprawą neoliberalnej gospodarki w dużej mierze zniknęły realne zabezpieczenia społeczne, które kiedyś pozwalały ludziom bezpiecznie zakładać rodziny.
Młodzi mężczyźni, którzy w tym filmie tak podziwiają swoich idoli, sami też często są w bardzo trudnej sytuacji. W pewnym momencie dowiadujemy się, że jeden z nich był niedawno bezdomny. Oni są bezradni, kompletnie nie radzą sobie na tym rynku.
W filmie obserwujemy zwycięzców tej gry, ale z socjologicznego punktu widzenia jeszcze ciekawsze jest to, że ich pełen przemocy przekaz trafia do milionów młodych mężczyzn, którzy czują się przegrani i często nie mają już wiary w system, czy w demokrację.
Pada tam też sensowna diagnoza: w niesprawiedliwym świecie gniew stanowi kompensację braku szans. Czyli
zamiast walczyć o sprawiedliwy świat, wycofujemy się z niego i nasz osobisty bunt traktujemy jako rozwiązanie problemu.
Problem w tym, że nie ma tam wizji wspólnego, lepszego świata. Jest tylko pomysł na indywidualny sukces. Ten pomysł jest oczywiście oszustwem, ponieważ to jest piramida. Tam zwycięzcami może być kilku facetów, którzy sprzedają tym młodym mężczyznom różne zabawki, mniej lub bardziej kosztowne. W skrócie – prowadzą ich do platform, gdzie można inwestować i gdzie te dzieciaki tracą pieniądze.
Czy to oznacza, że ci młodzi mężczyźni zostali już w dużej mierze przejęci przez prawicę? Lewica już ich nie odzyska?
Ja jestem człowiekiem nadziei. Uważam, że nie da się przewidzieć przyszłości. Zgadzam się tu z Rebeką Solnit – nadzieja nie bierze się z przekonania, że wszystko będzie dobrze, tylko z tego, że nie wiemy, jak może się potoczyć. A jednocześnie mamy doświadczenie, że jednak w jakimś stopniu potrafimy wpływać na rzeczywistość.
Więc nie traciłabym nadziei. Ale skąd ją wziąć? W przestrzeni internetu widać dziś pozytywne zjawiska, które przekładają się na realne działania. To różnego rodzaju inicjatywy wspólnotowe, oparte na solidarności i sąsiedztwie. Myślę, że dzięki tej emocji wygrał burmistrz Nowego Jorku, Zohran Mamdani. Na tej emocji też w Minnesocie przeciwstawiono się ICE – tysiące ludzi organizowało się oddolnie przeciwko działaniom służb imigracyjnych, budując sieci wsparcia i wspólnego działania.
To są małe, lokalne wspólnoty, które funkcjonują także w mediach społecznościowych. Opierają się na prostych zasadach: działamy razem, pomagamy sobie nawzajem, wspieramy się w opiece nad dziećmi i osobami starszymi, nie wykluczamy nikogo. I właśnie ten wątek troski i współzależności wydaje mi się kluczowy.
W świecie radykalizmu i faszyzujących tendencji też pojawia się nadzieja. Tyle że bardzo specyficzna.
Jaka?
Jeśli dobrze rozumiem te rojenia, jest to nadzieja ulokowana po pierwsze w technologii (uratuje nas AI), a po drugie – na innych planetach, na przykład na Marsie. Elon Musk ma taki pomysł, że kiedy już świat się kompletnie skończy, to on zabierze nas na Marsa. Tylko że tych, których on tam zabierze, jest bardzo wąska grupa. To technoutopia dla wybranych.
Ciekawe, czy umięśnieni milionerzy z filmu trafią na pokład tych statków kosmicznych? Większość z nas, również ci młodzi chłopcy, którzy ich naśladują, na pewno tam się nie załapie. Dlatego ten film wydaje mi się pożyteczny. Pokazuje, że to jest oszustwo. Ujawnia cynizm i pustkę tego świata. Proponuje otrząśnięcie się ze snu o milionach, które każdy z nas rzekomo może zarobić. I dostrzeżenie, że istnieje coś takiego jak wspólnota.
Ja liczę na to, że tych zrozpaczonych ludzi, którzy nie załapali się na pociąg turbokapitalizmu, ale uwierzyli komuś takiemu jak Trump, można oczarować trochę inną wizją świata. Właśnie tą wspólnotową, w której sobie nawzajem pomagamy i w której kobiety i mężczyźni próbują razem uratować resztki cywilizacji.
Tylko, że ta opowieść też musi być atrakcyjna. Póki co tamci mają świetnie klipy i fajne zegarki.
*Agnieszka Graff – amerykanistka, profesorka w Ośrodku Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego, badaczka feminizmu i ruchów anty-gender, znana feministyczna publicystka, felietonistka (m.in. „Wysokich obcasów”) i pisarka.
Dziennikarka zespołu politycznego OKO.press. Wcześniej pracowała dla najstarszej światowej agencji informacyjnej Agence France-Presse (2019-2024), gdzie pisała artykuły z zakresu dezinformacji. Przed dołączeniem do AFP pisała dla „Gazety Wyborczej”. Publikowała m.in. w "Dużym Formacie" i "Wysokich Obcasach". Współpracuje z brytyjskim "Financial Times". Prowadzi warsztaty dla uczniów, studentów, nauczycieli i dziennikarzy z weryfikacji treści. Doświadczenie uzyskała dzięki licznym szkoleniom m.in. Bellingcat. Uczestniczka wizyty studyjnej „Journalistic Challenges and Practices” organizowanej przez Fulbright Poland. Ukończyła filozofię na Uniwersytecie Wrocławskim, gdzie pisała magisterkę z teorii konfliktu Carla Schmitta. Obroniła także licencjat na filologii angielskiej w warszawskim SWPS.
Dziennikarka zespołu politycznego OKO.press. Wcześniej pracowała dla najstarszej światowej agencji informacyjnej Agence France-Presse (2019-2024), gdzie pisała artykuły z zakresu dezinformacji. Przed dołączeniem do AFP pisała dla „Gazety Wyborczej”. Publikowała m.in. w "Dużym Formacie" i "Wysokich Obcasach". Współpracuje z brytyjskim "Financial Times". Prowadzi warsztaty dla uczniów, studentów, nauczycieli i dziennikarzy z weryfikacji treści. Doświadczenie uzyskała dzięki licznym szkoleniom m.in. Bellingcat. Uczestniczka wizyty studyjnej „Journalistic Challenges and Practices” organizowanej przez Fulbright Poland. Ukończyła filozofię na Uniwersytecie Wrocławskim, gdzie pisała magisterkę z teorii konfliktu Carla Schmitta. Obroniła także licencjat na filologii angielskiej w warszawskim SWPS.
Komentarze