05 lutego 2020

Alarm! Naukowe farmazony na antenie TVP. Telewizja Kurskiego z powagą przekonuje, że hostia zmieniła się w serce

„Uznane autorytety stwierdziły, że hostia zamieniła się we fragment ludzkiego serca w stanie agonii” – twierdzą autorzy programu „Alarm!” w TVP. Nawet tej prostej historii z Legnicy telewizja narodowa nie potrafiła zrelacjonować rzetelnie: nie zweryfikowała twierdzeń u niezależnych naukowców i pominęła wypowiedzi, które nie pasowały do tezy

"Kiedy krzywdzeni są ludzie, a urzędnicy żonglują ludzkim losem, gdy w sądach nie można znaleźć sprawiedliwości, wtedy do akcji wkraczają reporterzy »Alarmu!«. Reporterski program telewizyjnej Jedynki, w którym pojawiają się dziennikarskie interwencje, śledztwa, opowieści o realnych problemach Polski i Polaków..." - tak TVP przedstawia swój program interwencyjny.

Do tej pory "Alarm!" zajmował się ludźmi niewygodnymi dla władzy PiS, w tym m.in. niewygodnymi sędziami. Głośny był odcinek o problemach osobistych sędziego Piotra Gąciarka - jak się później okazało zrealizowany na zlecenie współpracującej z podwładnymi Zbigniewa Ziobry hejterki internetowej Małej Emi.

W poniedziałek 3 lutego 2020 "realnym problemem Polski i Polaków" okazał się w "Alarmie!" cud. Według reporterów śledczych TVP nadprzyrodzone zjawisko wystąpiło w 2014 roku w Legnicy, gdzie "hostia zmieniła się we fragment serca".

"Za sprawą cudu eucharystycznego do Kościoła św. Jacka w Legnicy pielgrzymują tłumy ludzi. Po modlitwach wielu odczuwa duchową przemianę i znikają ich problemy ze zdrowiem" - dowiadujemy się z "Alarmu!". Materiał dowodowy? "Uznane autorytety" i relacje wiernych, "dające do myślenia także sceptykom".

Cóż, niekoniecznie.

Uznane autorytety

Ks. Andrzej Ziombra, proboszcz Sanktuarium św. Jacka w Legnicy opowiada w programie o tym, jak w 2016 stał się cud. Zaczęło się niewinnie. Podczas mszy ksiądz wikary upuścił konsekrowaną hostię (po transsubstancjacji, czyli przemianie w ciało Chrystusa), zgodnie z kościelnym obrządkiem włożono ją więc do wody, żeby się rozpuściła. Po 10 dniach okazało się, że hostia nie tylko nie zniknęła, ale pojawiło się na niej przebarwienie przypominającej krew.

"Uznane autorytety stwierdziły, że hostia zamieniła się we fragment ludzkiego serca w stanie agonii" - komentuje prowadzący "Alarm!". Sprawa była jednak, eufemistycznie rzecz ujmując, bardziej zawiła. Mówiąc wprost było zupełnie odwrotnie: badanie histopatologiczne nie wykryło tkanki mięśniowej, badanie DNA również nie potwierdziło hipotezy o cudzie.

Próbki hostii wysłano najpierw do Wrocławia. Tam nie wykryto tkanki pochodzenia ludzkiego. Legnicka kardiolog i członkini komisji diecezjalnej powołanej do zbadania cudu, dr. Barbara Engel, tłumaczyła to zaawansowanym stanem rozkładu tkanek.

Ks. Tadeusz Dąbski, oficjał Sądu Kościelnego komentował to tak: "Dwukrotnie w opinii Zakładu Medycyny Sądowej we Wrocławiu pojawia się stwierdzenie, że ten obraz nie pozwala na wyciągnięcie odpowiednich wniosków.

To nie była dla nas satysfakcjonująca odpowiedź. Zdecydowaliśmy się wypytywać dalej".

I rzeczywiście, zaczęli próbować do skutku. Te same próbki trafiają do badaczy z Uniwersytetu Pomorskiego w Szczecinie. Tam według relacji "Alarmu!" cud został bez wątpliwości potwierdzony: fragmenty hostii nie są prawdopodobnie ani grzybem ani bakteriami, przypominają za to tkanki mięśnia serca, w dodatku "mocno pofragmentowane". "Taki obraz często towarzyszy obrazowi mięśnia serca w stanie agonii" - komentowała dr Engel.

Z programu TVP nie dowiedzieliśmy się jednak, że próbka dostarczona do badań w Szczecinie w połowie 2015 roku była poważnie zanieczyszczona.

"Otrzymaliśmy ją w formie bloczku parafinowego. Cechą takich próbek jest duże niebezpieczeństwo ich zanieczyszczenia wynikające z procedury przygotowywania tkanek do badań histopatologicznych.

Oznacza to, że do próbki mogą się dostać różne zanieczyszczenia, także ludzkie DNA, bo przechodzi ona przez wiele rąk" - mówił wówczas prof. Mirosław Parafiniuk, kierownik Zakładu Medycyny Sądowej Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie.

"Gdyby taki materiał miał zostać zbadany w sprawie kryminalnej, jego wartość byłaby niewielka" - przyznał profesor Parafiniuk. Jego słowa relacjonowała wrocławska "Gazeta Wyborcza".

"Alarm!" o cudzie wbrew misji publicznej TVP

"Alarm!" TVP relacjonował domniemany cud w Legnicy wbrew standardom, które "Ustawa o radiofonii i telewizji" narzuca mediom publicznym. Reguluje je m.in. Rozdział 4, art. 21, pkt 2 ustawy, który stanowi m.in., że

Programy i inne usługi publicznej radiofonii i telewizji powinny:

  • kierować się odpowiedzialnością za słowo i dbać o dobre imię publicznej radiofonii i telewizji;
  • rzetelnie ukazywać całą różnorodność wydarzeń i zjawisk w kraju i za granicą;
  • sprzyjać swobodnemu kształtowaniu się poglądów obywateli oraz formowaniu się opinii publicznej.

Autorzy "Alarmu!" nie kierowali się odpowiedzialnością za słowo, bo nie zweryfikowali twierdzeń dotyczących cudu w Legnicy u niezależnych naukowców, pominęli również ważne stwierdzenia bohaterów materiału, które nie pasowały do z góry przyjętej tezy. Co za tym idzie, nie ukazali rzetelnie zjawiska, które opisywali. Z kolei powyższe uchybienia nie sprzyjały swobodnemu kształtowaniu się poglądów odbiorców, którzy usłyszeli o racjach jednej ze stron: zwolenników hipotezy o cudzie.

Sprawa wydaje się błaha, ale jest kolejnym przykładem uchybienia standardom dziennikarskim w telewizji Jacka Kurskiego.

Okazuje się, że nie tylko tzw. paski grozy TVP oraz programy informacyjne i publicystyczne prezentują jedną stronę wydarzeń i zjawisk, ale również doniesienia o sprawach tak "niewinnych" jak domniemany cud, który w dodatku miał się zdarzyć wiele lat temu (w 2014 roku).

Zamiast faktów i merytorycznych opinii "Alarm!" zaprezentował odbiorcom serię dowodów anegdotycznych, czyli doświadczenia cudownych przemian i uzdrowień za pośrednictwem cudu:

  • pani Monika z Legnicy uważa, że cudowna hostia, to punkt zwrotny w jej życiu duchowym;
  • proboszcz mówi o łzach cieknących po policzkach wiernych;
  • studentka z Legnicy mówi, że dzięki hostii udało jej się wyleczyć z depresji;
  • pan Przemysław podejrzewa, że to hostii zawdzięcza zwalczenie problemu alkoholizmu i uzdrowienie;
  • inna pani mówi o doznanym objawieniu, które wiąże z tym, że córce po latach starań udało się zajść w ciążę;
  • ktoś mówi o nadziei, ktoś inny o spokoju, pogłębieniu wiary.

Cud za cudem

Historia z Legnicy jest prawie identyczna z tą, która wydarzyła się kilka lat wcześniej w Sokółce. W 2008 roku w kościele pod wezwaniem św. Antoniego podczas Mszy młody wikariusz także upuszcza konsekrowaną hostię. Tam również na hostii pojawiają się czerwone plamy.

Wówczas również uznano, że hostia zamieniła się w "tkankę serca mięśniowego w agonii". Zaopiniowała tak dwójka naukowców: prof. Maria Elżbieta Sobaniec-Łotowska i prof. Stanisław Sulkowski z Białostockiego Uniwersytetu Medycznego. Orzekli zgodnie, że "przysłany do oceny materiał wskazuje na tkankę mięśnia sercowego,

a przynajmniej ze wszystkich tkanek żywych organizmu najbardziej ją przypomina".

O cudzie byli przekonani, opowiadali o tym chętnie m.in. w Radiu Maryja. Sam Uniwersytet odciął się od opinii. Jego rzecznik, prof. Lech Chyczewski poinformował, że badania przeprowadzono bez wiedzy i zgody uczelni. Sceptyczni naukowcy sugerowali, że czerwony kolor może być wynikiem działania bakterii albo grzyba, takich, jakie pojawiają się np. na chlebie.

"Istnieje taka bakteria - Serratia marcescens, zwana również, co też wiele mówi, »pałeczką cudowną«. Cudowną chyba dlatego, że ma ona zdolność wytwarzania czerwonego pigmentu - prodigozyny.

A ponieważ rośnie ona na podłożu węglowodanowym, czyli np. na pieczywie, stąd przypisywane jej te wszystkie niesamowite właściwości. Bo hostia to przecież rodzaj pieczywa"

- mówił "Super Expressowi" dr Paweł Grzesiowski z Zakładu Profilaktyki Zakażeń i Zakażeń Szpitalnych Narodowego Instytutu Leków.

Naukowcy chcieli sprawdzić to ponad wszelką wątpliwość, ale Kościół odmówił. Prof. Chyczewski miał zaproponować kurii przeprowadzenie przez uczelnię oficjalnych testów genetyczno-molekularnych, które pokazałyby rodzaj tkanki i sprawdziły, czy pochodzi od człowieka. Arcybiskup odmówił. "Usłyszałem, że na to trzeba czasu" - mówił Chyczewski.

Nuncjatura Apostolska w Warszawie też się od całego przedsięwzięcia odcięła i zdecydowała nie przekazywać sprawy do Watykanu, jedynej instytucji, która może uznać cud.

Ważniejsze są cuda przez małe "c"

Zapytany czy współczesnemu człowiekowi są potrzebne cuda, dr Maciej Krzywosz z Pracowni Badań i Dokumentacji Zjawisk Mirakularnych na Uniwersytecie w Białymstoku odpowiedział: "Tak, ale potrzebne są mu cuda przez małe »c«. Nie takie, które są niezbędne w procesach beatyfikacyjnych, czy kanonizacyjnych, których nie da się wytłumaczyć naukowo".

"Wystarczy przejrzeć publikacje typu »Cuda Jana Pawła II«, w których są listy" - mówi dalej. "Ludzie przedstawiają zdarzenia, które osobiście traktują jako cud. Czyli to, że udała się operacja, że syn się nawrócił, że ojciec przestał pić".

Te zdarzenia są jego zdaniem traktowane jako dowód interwencji Boga, choć żadna komisja beatyfikacyjna, czy kanonizacyjna nie potraktuje ich jako cudu: "To jest właśnie zmiana podejścia do cudów, które dzieją się we współczesnym świecie. Jak ktoś przegląda stare książki o cudach, to tam spotykamy zjawiska głównie cudowne uzdrowienia - wtedy traktowane jako naukowo niewytłumaczalne. Dziś dla ludzi znakiem Bożym jest to, że ktoś pojechał z pielgrzymką do Ostrej Bramy i rzucił palenie".

I takich cudów jak ten ostatni serdecznie państwu w OKO.press życzymy.

Udostępnij:

Marta K. Nowak

Absolwentka MISH na UAM, ukończyła latynoamerykanistykę w ramach programu Master Internacional en Estudios Latinoamericanos. 3 lata mieszkała w Ameryce Łacińskiej. Polka z urodzenia, Brazylijka z powołania. W OKO.press pisze o zdrowiu, migrantach i pograniczach więziennictwa (ośrodek w Gostyninie).

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne