0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot: Jim WATSON / POOL / AFP)Fot: Jim WATSON / PO...

Natychmiast po amerykańskim ataku na Wenezuelę i uprowadzeniu dyktatora tego kraju Nicolása Maduro, prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump powrócił do tematu Grenlandii – a raczej jej aneksji przez USA. Seria wojowniczych wypowiedzi Trumpa na temat należącej do będącej częścią NATO Danii wyspy wydaje się nie pozostawiać złudzeń –

prezydent Stanów Zjednoczonych całkowicie serio myśli nawet o inwazji na Grenlandię.

Fakt, że wiązałoby się to z agresją przeciwko sojusznikowi z NATO, nie wydaje się odwodzić Trumpa od tej idei.

„Wiecie, oni potrzebują nas o wiele bardziej niż my ich” – takie rozważania na temat Sojuszu Północno-Atlantyckiego w kontekście potencjalnej aneksji Grenlandii snuł na pokładzie Air Force One Trump w niedzielę 11 stycznia.

„Lubię NATO. Zastanawiam się tylko, czy gdybyśmy my potrzebowali NATO, oni byliby przy nas? Nie jestem pewien, czy by byli” – mówił Trump.

Przeczytaj także:

Europa skrajnie skonsternowana

Według „Daily Mail” (które jest umiarkowanie wiarygodnym źródłem), Trump miał już nawet wydać wojskowym rozkaz przygotowania planu inwazji na Grenlandię. Generałowie – znów według „Daily Mail” – mieli odnosić się do tego pomysłu ze sporą rezerwą – zarówno ze względu na myśl o ataku na sojusznika, jak i w związku z wątpliwościami co do legalności takiej operacji bez wymaganej zgody Kongresu.

Groźba ataku traktowana jest poważnie i przez Danię, i przez jej europejskich sojuszników z NATO.

Duński MON poinformował, że siły stacjonujące na Grenlandii otrzymały rozkaz natychmiastowej odpowiedzi zbrojnej na ewentualny atak, nawet jeszcze przed nadejściem rozkazów z kontynentu. Liderzy państw europejskich (w tym Polski) wydali zaś bezprecedensowe oświadczenie sugerujące możliwy udział Europy w ewentualnej obronie wyspy. Obecnie toczą się rozmowy prowadzone pod egidą Wielkiej Brytanii dotyczące zwiększenia europejskiej obecności wojskowej na Grenlandii. Na wzór misji Baltic Sentry (obejmującej m.in. polską granicę wschodnią) uruchomiona miałaby zostać inicjatywa Arctic Sentry – w jej ramach państwa Europy miałyby wysłać na Grenlandię kontyngenty wojskowe dla zwiększenia bezpieczeństwa wyspy.

„Będę miał Grenlandię”

Trump i jego otoczenie badają więc też i inne opcje. Po pierwsze – ewentualny zakup Grenlandii od Danii (niczym zakup Alaski od cara Rosji w XIX wieku) – na co rząd w Kopenhadze zdecydowanie nie wyraża zgody.

Po drugie, próbę politycznego wpłynięcia na mieszkańców Grenlandii, by w referendum opowiedzieli się za przystąpieniem do Stanów Zjednoczonych (nieważne, że z punktu widzenia prawa Danii nie miałoby to kluczowego znaczenia).

Po trzecie – pomysł przekupienia mieszkańców wyspy – rozważane mają być wypłaty wysokości od 10 do 100 tysięcy dolarów na głowę, co w przybliżeniu dawałoby bardzo niewygórowane kwoty od 0,57 do 5,7 mld dolarów.

Tak czy owak, determinacji wydaje się nie brakować.

„Będę miał Grenlandię w ten, czy inny sposób” – ogłosił Trump 11 stycznia. Kilka dni wcześniej rzucił, że kwestię Grenlandii zamierza rozwiązać „za jakieś dwa miesiące”.

Nadejdą „białe ludziki”?

Ciekawe, swoją drogą, w jaki sposób. Choć Grenlandia w rzeczywistości nie jest aż tak ogromna, jak wynikałoby ze złudzenia, jakie fundują nam siatki współrzędnych na mapach, i tak ma 2,166 mln km kwadratowych powierzchni – czyli w przybliżeniu 6,2 razy więcej od Polski. Na całym tym ogromnym terytorium mieszka – przede wszystkim na „najcieplejszym” południowym wybrzeżu wyspy – jedynie około 57 tysięcy osób. Zdecydowana większość terytorium Grenlandii to całkowicie bezludne śnieżno-lodowe pustkowia.

Bez zaangażowania gigantycznych sił wojskowych (liczonych w setkach tysięcy żołnierzy) kontrola nad wyspą będzie zawsze mniej lub bardziej iluzoryczna. Dobrze wyszkolony, wyposażony i zaopatrywany oddział wrogich sił specjalnych mógłby ukrywać się wśród grenlandzkich skał i lodów wręcz miesiącami, o ile tylko jego żołnierze znieśliby wszelkie trudy arktycznego bytowania.

Zarazem spokojnie można sobie wyobrazić, że taki oddział specjalny mógłby od czasu do czasu zatykać gdzieś flagę i się z nią fotografować. Zabawa w „białe ludziki” na lodowej pustyni mogłaby trwać hipotetycznie i w nieskończoność. Realna militarna kontrola nad Grenlandią i jej morsko-arktycznym otoczeniem polega jednak na czymś zupełnie innym. Amerykańscy generałowie doskonale to wiedzą – bo to oni tę kontrolę nad wyspą sprawują.

85 lat na Grenlandii

Amerykanie są obecni na Grenlandii nieprzerwanie od drugiej wojny światowej. Położenie wyspy najpierw pozwalało im kontrolować stamtąd ruchy niemieckiej floty na północnym Atlantyku, później, w okresie Zimnej Wojny, czyniło z niej bazę umożliwiającą dostęp do północnych rubieży Związku Sowieckiego. Niezwykle ważna była również kontrola nad tak zwanym GIUK gap (GIUK od Greenland-Iceland-United Kingdom), czyli morskimi akwenami rozciągającymi się między południowo-zachodnimi wybrzeżami Grenlandii, Islandią i północą Wysp Brytyjskich. Razem stanowią one jedyny obszar, którym najpierw niemiecka, a potem sowiecka flota mogły wychodzić z Morza Północnego i Norweskiego na Atlantyk.

Są jeszcze dwa morskie przejścia przebiegające w pobliżu wybrzeży Grenlandii, które w przyszłości (w miarę topnienia lodów na skutek globalnego ocieplenia) mogą odgrywać strategiczną rolę zarówno z wojskowego, jak i handlowego punktu widzenia – czyli Przejście Północno-Zachodnie oraz tzw. Transpolarna Droga Morska. Obiema trasami interesują się zarówno Rosja, jak i Chiny – a także wszystkie należące do wspólnoty Zachodu kraje Północy.

Amerykanie – przez swoją stałą obecność na Grenlandii – mają jednak kontrolę nad wszystkimi wymienionymi wyżej obszarami od 85 lat. Przejęcie Grenlandii na własność nie jest im w żaden sposób do tego potrzebne. Nijak nie potrzebują też przejęcia Grenlandii do zwiększenia swojej obecności wojskowej na samej wyspie. Jest to możliwe zarówno na podstawie bilateralnych układów z Danią, jak i nowych rozwiązań wewnątrz NATO.

Wiatr – 333 km/h

Należąca do USA Baza Kosmiczna Pituffik (Pituffik Space Base), do 2023 roku znana jako Baza Lotnicza Thule, znajduje się w północno-zachodniej części Grenlandii, w pobliżu zamieszkałego przez 678 osób miasteczka o wdzięcznej nazwie Qaanaaq.

Amerykańska baza znajduje się ok. 1200 km na północ od koła podbiegunowego, czyli w okolicy uważanej za zdatną do stałego zamieszkania jedynie przez rdzennych Inuitów. Nie jest to zbyt gościnne miejsce. Średnia miesięczna temperatura przekracza tam zero tylko przez 4 miesiące w roku. W 1972 roku odnotowano tam najszybszą na świecie prędkość wiatru przy powierzchni morza – jego maksymalna prędkość wyniosła 333 km/h, po czym doszło do zniszczenia urządzeń pomiarowych. Nie zniechęca to jednak Amerykanów do utrzymywania tam personelu wojskowego i najnowocześniejszych urządzeń radioelektronicznych. Baza jest położona w strategicznym miejscu, umożliwiając kontrolę nad znaczną częścią Arktyki.

Miasteczko Qaaanaq założone w 1910 roku jako Thule przez odkrywcę Knuda Rasmussena, który potrzebował punktu wypadowego dla swych słynnych arktycznych wypraw, nie dotrwałoby więc raczej do naszych czasów, gdyby nie jego późniejsza rola zaplecza dla amerykańskiej obecności wojskowej na Grenlandii. Qaanaaq to zresztą i tak jednak z najdalej położonych na północy zamieszkałych ludzkich osad.

Pittufik – baza z tradycjami

W bazie Pituffik stacjonuje obecnie jedynie około 150 amerykańskich żołnierzy – bo takie są obecne realne amerykańskie potrzeby. W okresie Zimnej Wojny było ich tam jednak około 6000. W każdej chwili można do tego wrócić. Baza ma znaczne jak na swoje położenie możliwości logistyczne, co pozwala na względnie sprawny przerzut do niej znacznych sił wojskowych wyposażonych w ciężki sprzęt.

W bazie znajduje się pas startowy o długości 3000 m, co pozwala na starty i lądowania dowolnego typu samolotów łącznie z bombowcami strategicznymi i najcięższymi wojskowymi samolotami transportowymi. Jej częścią jest również najdalej wysunięty na północ w skali świata port pełnomorski – mogą w nim być obsługiwane tzw. panamaxy, czyli największe statki zdolne do przekroczenia kanału Panamskiego – a zatem jednostki o długości nawet 291 m. Jeśli chodzi o okręty amerykańskiej marynarki wojennej, port w bazie Pituffik jest za mały jedynie dla lotniskowców.

Baza Pituffik (wcześniej Thule, a jeszcze wcześniej Bluie West-6) istnieje na Grenlandii od 1941 roku. W trakcie II wojny światowej Amerykanie utworzyli na Grenlandii kilkanaście baz lotniczych i morskich – wykorzystywanych do patrolowania północnej części Atlantyku z powietrza, a także do zabezpieczenia i wspierania zmierzających do Europy konwojów.

W epoce Zimnej Wojny w bazie Pituffik stacjonowały bombowce strategiczne wykonujące loty w rejon północnych granic Związku Sowieckiego. W magazynach bazy przechowywano najprawdopodobniej broń jądrową.

Baza otrzymała swoją nową nazwę po podporządkowaniu jej siłom kosmicznym US Army (U.S. Space Force), które istnieją formalnie jako oddzielny rodzaj broni od 2019 roku. Ze względu na położenie i specyfikę otoczenia jest idealnym punktem do obserwacji przestrzeni orbitalnej i ewentualnego rozmieszczenia w niej prototypów broni przeznaczonej do niszczenia wrogich satelitów.

Wiadomo natomiast, że baza Pituffik już od dekad jest jednym z kluczowych obiektów wchodzących w skład Ballistic Missile Early Warning System. Rozmieszczone są w niej instalacje do wczesnego wykrywania pocisków balistycznych przemieszczających się w rejonie bieguna północnego. Opierał się na tym i opierał cały amerykański system obrony nuklearnej.

Na tym zresztą nie koniec. W trakcie Zimnej Wojny Amerykanie robili na Grenlandii niemal dosłownie, co chcieli.

Nuklearna kolonia USA

Dopiero przeprowadzone w roku 1995 duńskie śledztwo wykazało na przykład, że uruchomiony w latach 50. w odległości 240 km od bazy Pituffik pod kryptonimem Iceworm (Projekt Lodowy Robak) amerykański projekt badawczy, mający oficjalnie służyć testowaniu różnych technologii budowlanych w warunkach arktycznych, był w rzeczywistości przedsięwzięciem o zupełnie innym charakterze. Amerykanom marzyło się umieszczenie pod lodami Grenlandii wyrzutni pocisków nuklearnych zdolnych przetrwać pierwsze uderzenie Sowietów. Wydrążyli więc w lodzie 21 ogromnych korytarzy mających temu służyć. Cały obiekt był zasilany pierwszym w historii przenośnym reaktorem atomowym.

Ambitny plan Amerykanów spalił jednak na panewce z bardzo obiektywnych powodów. Autorzy projektu nie wzięli pod uwagę faktu, że pokrywa lodowa Grenlandii nie jest litą skałą, a lód bardzo powoli, ale stale podlega wewnętrznym naprężeniom i przemieszczeniom. Korytarze, w których miały zostać umieszczone wyrzutnie atomowe, były więc krok po kroku miażdżone przez masy lodu. Ostatecznie Amerykanie porzucili całą instalację, pozostawiając pod lodem odpady radioaktywne.

W 1968 roku Amerykanom operującym na Grenlandii przytrafiła się potencjalnie skrajnie niebezpieczna katastrofa nuklearna. Tuż obok bazy Thule rozbił się bombowiec strategiczny B-52 przenoszący 4 bomby atomowe B28. W trakcie katastrofy doszło do detonacji ładunków inicjujących we wszystkich czterech bombach. Zadziałały jednak pozostałe zabezpieczenia, zdarzenie nie zakończyło się więc eksplozją nuklearną, która zmiotłaby z powierzchni ziemi i amerykańską bazę, i miasteczko Qaanaq. W wyniku pożaru, który nastąpił po katastrofie, doszło do rozległego skażenia. Usuwali je ręcznie pracujący bez odpowiednich strojów ochronnych duńscy robotnicy, co skutkowało później procesami sądowymi o odszkodowania z Amerykanami. Duńczycy ich nie dostali.

„Chcę akt własności!”

„Mamy tam dużo żołnierzy, ale potrzebujemy więcej. Potrzebujemy własności. Naprawdę potrzebujemy tytułu do ziemi, jak mówią w świecie nieruchomości”

Tak jak w wypadku Wenezueli podstawowym motywem Trumpa i jego ludzi wydaje się uzyskanie dostępu do ogromnych zasobów ciężkiej (szczególnie cennej obecnie na rynku) ropy naftowej, tak i w wypadku Grenlandii również może chodzić przede wszystkim o znajdujące się pod lodem złoża cennych surowców. Jest tam i ropa razem z gazem ziemnym, i złoto i diamenty, a także pierwiastki ziem rzadkich, uran i rudy niemal wszystkich metali. Wydobycie większości tych zasobów ze względu na pokrywę lodową i panujące na Grenlandii warunki wciąż pozostaje albo niemożliwe, albo skrajnie nieopłacalne, w przyszłości jednak topnienie lodów na skutek globalnego ocieplenia (w które Trump i jego ludzie oficjalnie nie wydają się do końca wierzyć), może sprawić, że dostęp do nich stanie się tańszy i prostszy.

Oprócz powodów, jak to „mówią w świecie nieruchomości” merkantylnych, są jeszcze oczywiście i ideologiczne. Po ataku na Wenezuelę pod hasłem „doktryny Donroe” Trump ogłosił wskrzeszenie obowiązującej w USA od 1823 roku do końca Zimnej Wojny doktryny Monroe'a. Ta zaś zakłada, że Stany Zjednoczone mają dominować nad całą półkulą zachodnią (czyli obiema Amerykami wraz z przyległościami) i blokować dostęp do niej konkurentom z innych kontynentów. Początkowo dotyczyło to kolonialnych mocarstw europejskich, następnie Japonii, wreszcie Związku Radzieckiego, a dziś również Chin.

Geograficznie zaś Grenlandia jest częścią Ameryki Północnej, większość jej terytorium leży też za 40 równoleżnikiem zachodnim wyznaczającym wg doktryny Monroe'a granice strefy amerykańskiej dominacji. Jeśli mielibyśmy więc uznać Trumpa – do czego podstaw nie brakuje – za głównego praktyka amerykańskiego neoimperializmu, dążenie do aneksji Grenlandii doskonale by się w ten obraz wpasowywało.

Na zdjęciu: Wiceprezydent Stanów Zjednoczonych J.D. Vance podczas wizyty w amerykańskiej Bazie Kosmicznej Pituffik na Grenlandii. Marzec 2025. Fot: Jiam WATSON/POOL/AFP)

;
Na zdjęciu Witold Głowacki
Witold Głowacki

Dziennikarz, publicysta, rocznik 1978. Pracowałem w "Dzienniku Polska Europa Świat" (obecnie „Dziennik Gazeta Prawna”) i w "Polsce The Times" wydawanej przez Polska Press. W „Dzienniku” prowadziłem dział opinii. W „Polsce The Times” byłem analitykiem i komentatorem procesów politycznych, wydawałem też miesięcznik „Nasza Historia”. Współprowadziłem realizowany we współpracy z amerykańską fundacją Democracy Council i Departamentem Stanu USA cykl szkoleniowy „Media kontra fake news”, w ramach którego ok 700 dziennikarzy mediów lokalnych z całej Polski zostało przeszkolonych w zakresie identyfikacji narracji dezinformacyjnych i przeciwdziałania im. Wydawnictwo Polska Press opuściłem po przejęciu koncernu przez kontrolowany przez rząd PiS państwowy koncern paliwowy Orlen. Wtedy też, w 2021 roku, wszedłem w skład zespołu OKO.press. W OKO.press kieruję działem politycznym, piszę też materiały o polityce krajowej i międzynarodowej oraz obronności. Stworzyłem i prowadziłem poświęcony wojnie w Ukrainie cykl „Sytuacja na froncie” obecnie kontynuowany przez płk Piotra Lewandowskiego.

Komentarze