Inwazja na Iran to też historia o Ameryce – o jej lękach, ambicjach i sporze o to, kim chce być w świecie. Wojna z Iranem może rozstrzygnąć nie tylko przyszłości ajatollahów, ale też Trumpa i wskazać kierunek amerykańskiej polityki
Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.
Przejdź do ankietyWszystko wskazuje na to, że nie będzie to krótkie, punktowe starcie, lecz kampania mogąca trwać tygodniami. Obie strony sprawiają wrażenie przekonanych o własnej przewadze – i to właśnie ta pewność siebie budzi największy niepokój.
Przygotowania do irańskiej operacji były widoczne w Stanach Zjednoczonych od miesięcy. Po styczniowych protestach w Iranie brutalnie stłumionych przez władze Trump zapowiadał „nadchodzącą pomoc”. Wówczas jednak zrezygnował z uderzenia, gdy okazało się, że siły amerykańskie nie dysponują w regionie wystarczającym potencjałem odstraszania.
Dziś sytuacja wygląda inaczej: do Zatoki Perskiej i na okoliczne akweny skierowano dwie grupy uderzeniowe lotniskowców z eskortą niszczycieli, dodatkowe okręty nawodne oraz – najpewniej – okręty podwodne o napędzie jądrowym. W powietrzu pojawiły się dziesiątki samolotów bojowych i rozpoznawczych.
To największe nagromadzenie amerykańskiej siły powietrznej na Bliskim Wschodzie od czasu przygotowań do inwazji na Irak w 2003 roku.
Bezpośrednim pretekstem do eskalacji pozostaje irański program jądrowy.
Rząd w Waszyngtonie domaga się całkowitego zaniechania wzbogacania uranu, procesu, który – choć może służyć celom cywilnym – pozwala również na wytworzenie materiału do broni jądrowej. Teheran utrzymuje, że jego program ma charakter pokojowy, i sygnalizował gotowość do ustępstw, takich jak rozcieńczenie zapasów uranu wzbogaconego do poziomu bliskiego wojskowemu. Dla Białego Domu było to jednak niewystarczające. W retoryce prezydenta coraz wyraźniej wybrzmiewała niechęć do zawarcia nowego porozumienia, czytelne zaś było dążenie do zmiany reżimu.
Równolegle spór dotyczy irańskich pocisków balistycznych i wsparcia udzielanego przez Teheran organizacjom zbrojnym w regionie, szczególnie Hezbollahowi. Dla Izraela irański arsenał rakietowy jest zagrożeniem bytowym. Dla Iranu – podstawowym instrumentem odstraszania w sytuacji, gdy jego program jądrowy został w poprzednich miesiącach poważnie osłabiony. O ile zdolność Iranu do budowy międzykontynentalnych pocisków pozostaje odległa, o tyle jego potencjał rażenia w regionie jest realny, a niedawne ćwiczenia wojskowe, obejmujące czasowe zamknięcie cieśniny Ormuz – kluczowego szlaku transportu ropy – pokazały, że Teheran wciąż dysponuje narzędziami destabilizacji.
Niejasny pozostaje zarówno zakres operacji, jak i jej horyzont czasowy. Według doniesień amerykański rząd rozważał scenariusze obejmujące szeroko zakrojone uderzenia na przywódców politycznych i wojskowych Iranu, z perspektywą obalenia władzy, jak i bardziej ograniczone ataki na instalacje jądrowe i rakietowe. Historia ostatnich lat pokazuje jednak, że przebieg konfliktów rzadko odpowiada planom sztabowców. Czerwcowa, krótkotrwała operacja nie przyniosła rozstrzygnięcia; obecna konfrontacja może okazać się znacznie bardziej kosztowna – także w wymiarze ludzkim.
Wątpliwości budzi również podstawa prawna operacji. Administracja nie zwróciła się do Kongresu o formalną zgodę na użycie siły.
Trudno jednoznacznie wykazać, że Iran stanowił bezpośrednie zagrożenie dla terytorium Stanów Zjednoczonych, które uzasadniałoby jednostronną decyzję prezydenta.
Spór o zakres kompetencji władzy wykonawczej w sprawach wojny i pokoju powraca więc z nową siłą.
Na razie w regionie dominuje mieszanka poparcia i obaw. Izrael aktywnie uczestniczy w operacji. Część państw Zatoki Perskiej, choć nie kryje wrogości wobec irańskiego reżimu, podchodzi do wojny z większą rezerwą, lękając się odwetu i chaosu. Europa wzywa do powrotu do rozmów, ale nie odcina się jednoznacznie od działań Waszyngtonu poza otwarcie krytyczną Hiszpanią.
Najbardziej niepokojące jest jednak coś innego: przekonanie obu stron, że kontrolują przebieg wydarzeń. Stany Zjednoczone wierzą, że mogą zadawać ciosy bez poważnych konsekwencji. Iran liczy, że uczyni konflikt na tyle bolesnym, by wymusić polityczne ustępstwa przeciwnika. Historia Bliskiego Wschodu uczy, że taka podwójna pewność siebie bywa zapowiedzią tragedii. Wystarczy jeden błędny rachunek, by wojna, która miała być demonstracją siły, stała się długim i krwawym starciem, którego nikt naprawdę nie chciał.
Tymczasem Iran od lat stanowi dla Waszyngtonu coś więcej niż tylko wyzwanie strategiczne. Jest probierzem amerykańskiej tożsamości w polityce zagranicznej – pytaniem o to, czy Stany Zjednoczone mają być mocarstwem bezwzględnego odstraszania, czy państwem, które nawet wobec wrogów próbuje pozostawić uchyloną furtkę dyplomacji. Spór ten najostrzej widać w Kongresie.
Od rewolucji islamskiej w 1979 roku w obu izbach utrzymuje się silne, ponadpartyjne skrzydło o twardym, „jastrzębim” nastawieniu wobec Teheranu.
To ono stało za kolejnymi pakietami sankcji – od ustawy Iran Sanctions Act z 1996 roku, przez rozbudowane restrykcje finansowe i energetyczne z lat 2010-2012, aż po sankcje wtórne wprowadzone po wycofaniu się USA z porozumienia nuklearnego w 2018 roku.
Kongres nie tylko nakładał restrykcje, ale często czynił je tak rozległymi, by utrudnić każdej administracji ich szybkie zniesienie bez zgody ustawodawców. W praktyce oznaczało to ograniczenie pola manewru Białego Domu w ewentualnych negocjacjach z Teheranem.
Ta twarda linia obejmuje trzy stałe elementy. Po pierwsze – sankcje jako podstawowe narzędzie nacisku, wymierzone w sektor bankowy, energetyczny i osoby związane z Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej. Po drugie – konsekwentne, często bezwarunkowe wsparcie dla Izraela, którego bezpieczeństwo wobec irańskich programów rakietowych i wsparcia dla organizacji zbrojnych w regionie uznawane jest za priorytet. Po trzecie – głęboką nieufność wobec rozmów nuklearnych, postrzeganych przez część kongresmenów jako taktyka opóźniania, a nie zmiana realna kursu Teheranu.
Symbolem tego sporu było porozumienie nuklearne z 2015 roku, zawarte za prezydentury Baracka Obamy.
Choć rząd przedstawiał je jako skuteczny mechanizm ograniczenia irańskiego programu jądrowego, wielu republikanów – a także część demokratów – uznawało je za zbyt daleko idący kompromis. W 2015 roku 47 republikańskich senatorów wystosowało otwarty list do władz Iranu, podważając trwałość umowy bez zgody Kongresu.
Trzy lata później prezydent Donald Trump podczas swojej pierwszej kadencji wycofał Stany Zjednoczone z porozumienia, przy poparciu znacznej części republikańskiego zaplecza parlamentarnego.
W ostatnich latach w Partii Demokratycznej wyraźnie rośnie skrzydło progresywne, które podaje w wątpliwość zarówno bezwarunkowe wsparcie dla Izraela, jak i logikę nieustannej eskalacji wobec Iranu. Politycy tacy jak senator Bernie Sanders czy członkinie Izby Reprezentantów z tzw. Squad – Alexandria Ocasio-Cortez, Ilhan Omar czy Rashida Tlaib – otwarcie krytykują politykę polegającą na automatycznym zwiększaniu pomocy wojskowej dla Tel Awiwu i odrzucaniu ścieżek dyplomatycznych. W kontekście kolejnych napięć na Bliskim Wschodzie ostrzegają, że presja i demonstracja siły mogą łatwo przekształcić się w konflikt o nieprzewidywalnych skutkach.
Zatem napięcie polityczne nie przebiega już wyłącznie wzdłuż tradycyjnej linii podziału między republikanami a demokratami. O ile większość republikanów pozostaje zwolennikami maksymalnej presji, o tyle wśród nich także pojawiają się głosy izolacjonistyczne, sceptyczne wobec angażowania się w kolejne wojny na Bliskim Wschodzie. Z kolei w Partii Demokratycznej obok progresywnej lewicy funkcjonuje silne centrum, które łączy poparcie dla Izraela z przekonaniem o konieczności utrzymania sankcji jako narzędzia nacisku. W rezultacie Iran staje się polem walki o kształt amerykańskiej strategii globalnej: czy ma ona się opierać na odstraszaniu i demonstracji siły, czy na równoważeniu presji i dyplomacji.
Debata ta ma również wymiar konstytucyjny. Każda decyzja o użyciu siły wobec Iranu natychmiast wywołuje pytania o zakres uprawnień prezydenta i rolę Kongresu w autoryzowaniu działań zbrojnych. Rezolucje mające ograniczyć możliwość jednostronnych decyzji wykonawczych pojawiały się zarówno po zabiciu generała Ghasema Solejmaniego w 2020 roku, jak i przy okazji kolejnych napięć.
Choć dotąd nie doprowadziły do trwałej zmiany, pokazują, że spór o Iran jest w istocie sporem o równowagę władz i charakter amerykańskiej demokracji w czasie kryzysu.
W otoczeniu Donalda Trumpa toczy się także ostry spór o sens i zakres potencjalnego konfliktu z Iranem. W obozie „jastrzębim”, który popiera bardziej zdecydowane użycie siły, znajdują się przede wszystkim ludzie i politycy od dawna sceptyczni wobec Teheranu.
Minister spraw zagranicznych Marco Rubio wielokrotnie bronił wcześniejszych amerykańskich uderzeń na irańskie instalacje nuklearne i wspierał antyrządowe protesty w Iranie jako element nacisku na reżim. Senator Lindsey Graham poszedł jeszcze dalej i na łamach mediów określał ajatollaha Alego Chameneiego jako fundamentalne zło, które trzeba powstrzymać, co wpisuje się w narrację o konieczności twardego rozwiązania konfliktu, a nie tylko ograniczonych działań militarnych.
Przeciwko eskalacji wypowiadają się z kolei niektórzy kluczowi doradcy i wojskowi.
Najwyższy rangą generał amerykański Daniel Caine ostrzegał przed ryzykiem wciągnięcia Stanów Zjednoczonych w długotrwały konflikt. Wskazywał na poważne niedobory amunicji oraz ograniczone wsparcie sojuszników, co – jego zdaniem – czyni ewentualną operację bardzo kosztowną i niepewną.
Niektórzy z reprezentantów amerykańskiej prawicy pozaparlamentarnej wyrażali sceptycyzm wobec wojny — na przykład Tucker Carlson i ostatnio poróżniona z prezydentem Marjorie Taylor Greene, którzy argumentowali, że eskalacja nie jest zgodna z hasłem „America First” i może zaszkodzić interesom USA bardziej niż je chronić.
Każde poważne napięcie między Waszyngtonem a Teheranem szybko znajduje swoje odbicie w stanach o dużej populacji Arabów i muzułmanów, takich jak Michigan. Ta społeczność – skoncentrowana w metropolii Detroit, m.in. w miastach Dearborn i Hamtramck – była historycznie lojalnym zapleczem Demokratów, ale z rosnącym sceptycyzmem odnosi się do polityki Waszyngtonu wobec konfliktów na Bliskim Wschodzie i szczególnie do bezwarunkowego wsparcia Izraela.
Podczas kampanii prezydenckiej pokaźna część arabskich i muzułmańskich wyborców w Michigan zagłosowała na Donalda Trumpa albo pozostawała „niezdecydowana” jako wyraz protestu przeciw polityce Joego Bidena i namaszczonej przez niego Kamali Harris wobec wojny w Strefie Gazy i innych działań militarnych, co się odzwierciedliło w wyniku wyborów w 2024 roku (Trump zdobył Michigan, podczas gdy cztery lata wcześniej wygrał tam demokrata). Na ironię zakrawa, że obecny prezydent jest o wiele bardziej jastrzębi niż jego poprzednik.
Dla tej części elektoratu jakiekolwiek eskalacje konfliktów – czy to izraelsko-palestyńskiego, czy potencjalnej wojny z Iranem – natychmiast stają się politycznym argumentem i czynnikiem mobilizującym lub alienującym wyborców. Elektorat arabsko-muzułmański w Michigan jest przykładem, jak międzynarodowe napięcia mogą wpływać na wyniki wyborów i debatę o amerykańskim zaangażowaniu wojskowym czy dyplomatycznym na Bliskim Wschodzie.
W sprawie Iranu kwestie gospodarcze mają dokładnie takie samo znaczenie jak geopolityczne. Republika Islamska nie jest jedynie teokratycznym bytem politycznym – pozostaje jednym z ważnych producentów ropy naftowej, którego pozycja wpływa na globalne ceny surowców i codzienne portfele konsumentów. Iran wydobywa dziś kilka milionów baryłek dziennie, co czyni go wciąż jednym z czołowych eksporterów tego surowca, a przez strategiczne położenie nad Cieśniną Ormuz ma wpływ na ok. 20 proc. światowego handlu ropą.
Każde poważne napięcie natychmiast przekłada się na ceny ropy na światowych rynkach. Już w ostatnich tygodniach, w oczekiwaniu na możliwy atak USA i Izraela i w trakcie kolejnych rund rozmów nuklearnych, notowania ropy typu Brent osiągnęły najwyższe poziomy od kilku miesięcy, a nastroje inwestorów silnie odzwierciedlały obawy o bezpieczeństwo dostaw. Analitycy wskazują, że jeśli konflikt się przedłuży i wystąpią realne zakłócenia przepływu surowca przez kluczowe trasy handlowe, ceny mogą strzelić nawet wyżej – do poziomów niewidzianych od lat – co dodatkowo podnosi koszt benzyny i innych paliw dla konsumentów w Ameryce i na całym świecie
To ma bezpośrednie konsekwencje dla gospodarki USA, zwłaszcza w roku wyborczym. Koszty paliw są jednym z najbardziej wrażliwych tematów w debacie politycznej – nawet niewielki wzrost na stacjach szybko staje się elementem publicznych dyskusji o inflacji, kosztach życia i efektywności polityki rządu. Rosnące ceny benzyny mogą przyczyniać się do ogólnej presji inflacyjnej, co jeszcze bardziej komplikuje decyzje rządu.
To właśnie ta trudna równowaga między geopolitycznymi celami a stabilnością rynku energii decyduje o sposobie prowadzenia polityki wobec Iranu.
Konflikty w regionie pokazują, że nawet jeśli sama Republika Islamska nie jest największym producentem ropy na świecie, jej rola w globalnym systemie energetycznym czyni ją kluczowym czynnikiem kształtującym ceny paliw i dynamikę inflacji.
W amerykańskiej debacie o geopolityce kwestia irańska jest sprzężona z tematem wojny w Ukrainie. Teheran od dawna postrzegany jest nie tylko jako regionalny antagonista USA, ale także jako istotny partner Moskwy w zakresie dostaw uzbrojenia i technologii wojskowych. Rosja wykorzystuje irańskie bezzałogowce – przede wszystkim systemy typu Shahed – w swojej inwazji na Ukrainę, co potwierdzają zarówno zachodnie źródła, jak i wypowiedzi przywódców ukraińskich.
Tysiące dronów irańskiego pochodzenia były używane przeciwko ukraińskim celom.
Takie powiązania wpisują Iran w szerszy obóz, w którym – obok Moskwy – pojawia się Pekin. Współpraca militarna między Teheranem a Rosją, w tym transfer technologii i potencjał produkcji uzbrojenia, jest postrzegana w Waszyngtonie jako element strategicznej osi, która podważa interesy NATO i Stanów Zjednoczonych. W opinii administracji amerykańskiej partnerstwo to wzmacnia argumenty „jastrzębi” – zwolenników twardego kursu wobec Iranu – którzy podkreślają, że Teheran nie tylko destabilizuje Bliski Wschód, lecz także aktywnie wspiera działania zbrojne wspieranego przez Rosję reżimu w Kijowie.
To spojenie Iranu z wojną w Ukrainie – realne lub postrzegane przez Waszyngton jako część szerszego sojuszu Moskwa–Teheran–Pekin – jest wykorzystywane w debacie politycznej, by uzasadniać utrzymanie sankcji, zwiększone wydatki na obronę i bardziej zdecydowane działania wobec Teheranu.
I wreszcie: amerykańska opinia publiczna wobec Iranu pozostaje podzielona – i to w sposób, który daje się precyzyjnie opisać demograficznie.
Sondaż Economist/YouGov przeprowadzony tuż przed eskalacją konfliktu pokazał, że około 27 proc. Amerykanów popiera bezpośrednie uderzenie militarne na Iran, podczas gdy 49 proc. jest temu przeciwnych. Reszta nie ma wyrobionego zdania.
Najsilniejsze poparcie dla działań zbrojnych deklarują wyborcy Partii Republikańskiej; wśród demokratów i wyborców niezależnych dominuje sceptycyzm wobec eskalacji. Spór o Iran wpisuje się więc w szerszy podział dotyczący roli Stanów Zjednoczonych w świecie.
Równie wyraźna jest zależność pokoleniowa. Badania Associated Press i NORC wskazują, że starsi Amerykanie znacznie częściej określają Iran mianem „wroga” Stanów Zjednoczonych, podczas gdy młodsi respondenci częściej mówią o relacji „nieprzyjaznej”, ale niekoniecznie zagrażającej egzystencji Ameryki.
Pokolenia pamiętające kryzys zakładników z 1979 roku, zamachy sponsorowane przez Iran czy wojnę w Iraku postrzegają Teheran w ostrzejszych kategoriach niż młodsi wyborcy, wychowani w cieniu wojen „bez końca” i zmęczeni interwencjonizmem.
Ważna jest także zmienna wykształcenia i miejsca zamieszkania. Wyborcy z wyższym wykształceniem i mieszkańcy dużych metropolii częściej opowiadają się za rozwiązaniami dyplomatycznymi i powrotem do rozmów nuklearnych. Z kolei w mniejszych ośrodkach i wśród elektoratu bardziej konserwatywnego silniejsza jest wiara w odstraszanie siłą. Jednocześnie w obu grupach rośnie obawa przed długotrwałym konfliktem i jego kosztami gospodarczymi.
Na tym tle widać jeszcze jedną prawidłowość: poparcie dla użycia siły maleje wraz z przewidywaną skalą zaangażowania. Amerykanie częściej akceptują ograniczone, punktowe operacje niż wizję długiej wojny lądowej. Trauma Iraku i Afganistanu wciąż działa – zwłaszcza wśród wyborców poniżej 40. roku życia.
W rezultacie społeczeństwo amerykańskie nie tworzy jednolitego frontu ani za wojną, ani przeciw niej. Podział przebiega wzdłuż linii partyjnych, pokoleniowych i edukacyjnych. Dla rządu oznacza to konieczność nieustannego ważenia argumentów: każda decyzja wobec Iranu będzie natychmiast filtrowana przez krajowe napięcia polityczne, lęk przed kolejną „wojną bez końca” oraz wrażliwość wyborców na koszty gospodarcze.
Na zdjęciu: manifestacja zwolenników ataku na Iran pod Białym Domem, 28 lutego 2026. AP Photo/Jose Luis Magana
Komentarze