Znów wzmogły się ataki PiS na Unię Europejską. Opozycji dostaje się od „targowicy” za szukanie wsparcia w Unii, premier Morawiecki szuka sojuszników przeciw Brukseli w krajach regionu, a PiS usztywnia się w sprawach reform sądownictwa. Skąd ten nagły powrót na wojenną ścieżkę?

Najbardziej skrajny w atakowaniu Unii – oraz proeuropejskiej opozycji – jest naturalnie Antoni Macierewicz. W ciągu ostatniego tygodnia mówił o niej kilkakrotnie i zawsze źle:

  • krytykował w Radiu Maryja list wystosowany przez polskich polityków do Komisji Europejskiej w sprawie naruszania przez rząd PiS praworządności: „Ci ludzie zrobili to w pełni świadomie (…). To jest takie samo działanie jak to, które przed kilkuset laty było udziałem targowiczan. To jest współczesna Targowica (…) Chyba że nie uważają Polski za swoją Ojczyznę; Chyba że nie uważają Polski za swoją Matkę. Chyba że proces degradacji moralnej zaszedł tam tak daleko, że ważniejsza jest dla nich Unia Europejska, Bruksela, zagranica niż własna Ojczyzna”.
  • w Telewizji Republika nazwał „zdradą stanu” oraz wezwał do „wyciągnięcia konsekwencji prawnych” wobec kandydata PO na prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego za to, że ten powiedział o możliwości zamrożenia przez Unię funduszy dla Polski do czasu przywrócenia w Polsce w pełni demokratycznych reguł gry;
  • znów w Radiu Maryja atakował prezydenta Dudę (którego Macierewicz nie znosi i który przyłożył się do utraty przez niego stanowiska ministra obrony) za pomysł wpisania do referendum konstytucyjnego przynależności do Unii: „to niebezpieczne”, „jestem przerażony”;
  • w Telewizji Trwam wyklinał „europejskie antywartości”, które jego zdaniem „uderzają w religię, spójność narodów, w rodzinę, które uderzają w niepodległość narodów, a w konsekwencji w demografię”. Atakował także Niemcy: „Niemcy próbują nam dyktować normy praworządności, to jakiś upiorny sen”.

Wszystkie te wątki każdemu, kto chociaż raz słuchał polityków PiS mówiących o Unii, muszą wydać się znajome (o tym, że skargi na PiS do Unii nie mają nic wspólnego z Targowicą, pisaliśmy kilkakrotnie). W ciągu ostatnich dni politycy PiS atakują Unię niestrudzenie. Jeszcze kilka dni temu była mowa o „kompromisie” i „dogadaniu się” z Komisją Europejską. Dziś natężenie antyunijnej retoryki sięga poziomu nienotowanego od czasów sławetnego wystąpienia ówczesnej premier Szydło w Brukseli w styczniu 2016 roku.

Unię – a w szczególności Komisję Europejską – krytykował nie tylko Macierewicz. W chórze znalazła się Szydło, Zdzisław Krasnodębski, Jacek Saryusz-Wolski, prezydencki minister Krzysztof Szczerski czy wreszcie sam premier Morawiecki.

Co wywołało to nagłe wzmożenie? W jednym momencie zbiegło się kilka przyczyn:

1. Impas w negocjacjach z Komisją Europejską. Rząd PiS wprowadził pewne zmiany do ustaw sądowniczych, które według Komisji Europejskiej naruszają reguły praworządności. Mimo wizyty Fransa Timmermansa w Warszawie 18 czerwca 2018 nie doszło do porozumienia (analizowaliśmy tę wizytę tutaj). Oficjalne stanowisko PiS wyraził prof. Zdzisław Krasnodębski w wywiadzie dla „Rzeczypospolitej”: „Częściowe ustępstwa już były. Teraz czekamy na ruch drugiej strony”. „Granica ustępstw się wyczerpała” – mówiła wicepremier Szydło w radiowej „Trójce”. Oficjalnie jest nadal mowa o poszukiwaniu kompromisu, ale rząd wyraźnie podkręcił antyunijną retorykę.

2. Wypowiedź Rafała Trzaskowskiego, który 18 czerwca mówił o „zamrożeniu” funduszy europejskich dla Polski, dopóki rządzi PiS i łamane są reguły praworządności. Rzeczniczka PiS nazwała to „skandalem” i „szantażem”. Z ust polityków PiS popłynęła fala oskarżeń o zdradę, przedkładanie interesów „zagranicy” nad interesami własnego kraju.

3. Możliwość powołania osobnego budżetu strefy euro, co oznacza naturalnie marginalizację Polski w Unii i zmniejszenie płynących do nas funduszy. Według zapowiedzi prezydenta Francji Emmanuela Macrona ten budżet może już funkcjonować w 2021 roku, chociaż jeszcze niewiele wiadomo o jego wysokości i zasadach rozdziału. Politycy PiS, krytyczni wobec Unii, przydzielanych Polsce w Brukseli pieniędzy bronią jak niepodległości. „Jeśli jego powstanie miałoby oznaczać zmniejszenie wkładu państw eurolandu do ogólnego budżetu, byłby to koniec UE” – mówił prezydencki minister Krzysztof Szczerski. W ślad za tym w mediach prorządowych pojawiły rytualne wyrzekania na Niemcy; „wPolityce.pl” porównało Angelę Merkel do Eriki Steinbach, byłej szefowej niemieckiego Związku Wypędzonych.

21 czerwca premier Morawiecki poleciał do Budapesztu na spotkanie przywódców Grupy Wyszehradzkiej (Polska, Czechy, Węgry, Słowacja) z kanclerzem Austrii. Według rzeczniczki rządu przyszły budżet Unii miał być jednym z głównych tematów rozmów. Morawiecki będzie szukał w regionie eurosceptycznych sojuszników, którzy wzmocnią pozycję Polski w przetargu budżetowym z Brukselą.

Wszystkie te powody nie tłumaczą jednak w stu procentach zwiększonego natężenia antyunijnej retoryki, które musiało być polityczną decyzją. Wypowiedzi polityków PiS o Unii kierowane są przede wszystkim na rynek wewnętrzny: są przeznaczone dla polskiego odbiorcy, w tym zwłaszcza własnych wyborców. Być może z wewnętrznych badań PiS wyszło, że straszenie obcym – zwłaszcza szczucie Angelą Merkel – może zmobilizować elektorat. Tego nie wiemy. Gdyby jednak ktoś z naszych czytelników dysponował wewnętrznymi badaniami PiS w tej sprawie, chętnie się im przyjrzymy. Można je do nas przysłać całkowicie anonimowo.

OKO pilnuje,
żeby Polska nie wyszła z Europy.
Wesprzyj nas, byśmy mogli działać dalej.

Historyk i socjolog, profesor na Uniwersytecie SWPS, publicysta. Autor dwóch książek reporterskich o Afryce i kilku książek o historii. "Szkalował" Polskę m.in. w „the Guardian”, „Le Monde”, „El Pais”, „Suddeutsche Zeitung”. Ostatnio wydał książkę o polskiej samoocenie – „No dno po prostu jest Polska. Dlaczego Polacy tak bardzo nie lubią swojego kraju i innych Polaków” (WAB 2017). W OKO.press pisze o polityce i historii.


Masz cynk?