"Rząd nie wyklucza użycia armii do odstrzału dzików chorych na ASF". Można by traktować te słowa jako żart, gdyby nie padły z ust wiceministra rolnictwa Ryszarda Zarudzkiego. Idea "działań militarnych" przeciwko dzikom jest rozważana w Ministerstwie Rolnictwa od pewnego czasu. To kolejny bezsensowny pomysł na walkę z afrykańskim pomorem świń

Jak podało Radio Gdańsk, o możliwość użycia wojska w odstrzale dzików pytał Ryszarda Zarudzkiego prezes Zrzeszenia Producentów Trzody Chlewnej Lech Kolaska podczas spotkania z  pomorskimi rolnikami w Bolesławowie koło Skarszew 11 marca 2019 roku.

„Udział wojska jest możliwy. Sprawa jest bardzo delikatna” – zaczął wiceminister rolnictwa. „Odstrzały powinny być prowadzone w zdyscyplinowany sposób. Trzeba dogadać się w tej kwestii z Ministerstwem Środowiska i myśliwymi. Do tej pory nie zdecydowaliśmy się na udział wojska w odstrzale dzików i nie zaprosiliśmy żołnierzy do działań militarnych przeciw ASF” – dodał.

Rzeczywiście, dotąd rząd nie prowadził żadnych „działań militarnych” przeciwko dzikim świniom w Polsce. Choć miewał już dziwne pomysły na walkę ze śmiertelnym dla dzików i trzody chlewnej afrykańskim pomorem świń (ASF).

Przykładowo, eksminister rolnictwa Krzysztof Jurgiel zupełnie serio myślał o budowie płotu wzdłuż wschodniej granicy kraju, który miałby zatrzymać „natarcie” dzików ze wschodu. Pomysł odszedł w niepamięć wraz z dymisją Jurgiela.

Jego następca – Jan Krzysztof Ardanowski – uznał, że najważniejsze jest eksterminowanie dzików. „Strzelać do dzików trzeba więc ciągle, tu nie chodzi o jednorazową akcję. A w strefach zapowietrzenia dziki trzeba wybić praktycznie do zera. Tam, gdzie choroby nie ma, trzeba zejść do bardzo niskiego poziomu” – przekonywał minister rolnictwa w wywiadzie dla jednego z prorządowych tygodników.

Z tej logiki wzięła się akcja polowań wielkoobszarowych w styczniu 2019 roku, która doprowadziła do bezprecedensowych protestów w obronie dzików w całej Polsce i licznych blokad polowań. W tym sposobie myślenia mieści się również pomysł wykorzystania wojska do zabijania dzików.



Dlaczego wojsko?

Odpowiedź jest prosta: bo – zdaniem Ardanowskiego – Polski Związek Łowiecki (PZŁ) zawiódł na wojnie z ASF. Przede wszystkim zawiedli szeregowi myśliwi.

„Apeluję do myśliwych, żeby podjęli skuteczną walkę z ASF poprzez polowanie na dziki” – mówił na spotkaniu w Bydgoszczy 27 lipca 2018 roku. „Nie rozumiem – mówię to bardzo otwarcie – zachowań kół łowieckich. Główny łowczy kraju, łowczy wojewódzcy deklarują, że myśliwi są otwarci i chcą pomóc. Natomiast na poziomie kół łowieckich takiej determinacji nie widać. Depopulacja dzika, którą mają wykonać koła łowieckie nie jest dobrą wolą kół łowieckich, jest obowiązkiem wobec państwa” – zaznaczył.

Ardanowskiego szczególnie mocno irytował opór części myśliwych względem styczniowych polowań wielkoobszarowych.

Ci nie chcieli brać udziału w czymś, co w opinii zwykłych ludzi i ekspertów było wprost nazywane rzezią. Burzyli się, że oczekuje się od nich strzelania do ciężarnych loch, co jest wprost niezgodne z etyką łowiecką. Argumentowali, że prowadzona w Polsce planowa depopulacja idzie w stronę wyniszczenia gatunku, co z kolei jest niezgodne z prowadzoną przez PZŁ gospodarką łowiecką, która zakłada zrównoważone zarządzanie liczebnością zwierząt łownych.

Gotowość do zamanifestowania sprzeciwu gdzieniegdzie była tak duża, że w Szczecinie 11 stycznia 2019 r. zachodniopomorscy myśliwi z hasłami „Myśliwi to nie kaci” i „Przywrócić okresy ochronne na lochy” protestowali obok… antymyśliwskich aktywistów.

Tymczasem Ardanowski od kilku miesięcy straszył już tym, że PZŁ zostanie rozwiązany, jeśli nie zrealizuje rządowego planu wybijania dzików. „Trzeba będzie powołać nowy związek łowiecki albo kilka związków. Skoro ten obecny, z tak dużymi przywilejami, nie rozumie swojej funkcji społecznej, swoich obowiązków ani polskiej racji stanu, to coś trzeba zmienić” – groził minister jeszcze w maju 2018.

A w grudniu 2018 roku inny wiceminister rolnictwa, Szymon Giżyński, powiedział, że kwestię efektywności odstrzałów można „załatwić bardzo szybko”: powołując korpus myśliwych służb mundurowych.



Czy żołnierze mogą strzelać do dzików?

Najbardziej ogólna odpowiedź brzmi: nie.

Bo o tym, czy można prowadzić odstrzał dzikich zwierząt decyduje nie przynależność do armii, ale posiadanie uprawnień myśliwskich.

A w Polsce, by zostać myśliwym – i potem móc polować – trzeba:

  • odbyć dwunastomiesięczny staż w kole łowieckim,
  • przejść kurs łowiecki (organizowany przez PZŁ),
  • zdać egzaminy łowieckie;
  • przystąpić do PZŁ,
  • uzyskać pozwolenie na broń.

Dlatego – co sugeruje wypowiedź wiceministra – nie można, ot tak po prostu, zaangażować żołnierzy (i jakichkolwiek innych służb mundurowych) do odstrzału dzików. Chyba że są już myśliwymi.

Być może właśnie o to chodziło Zarudzkiemu – o pomysł powołania tego, co wiceminister Giżyński nazywa „korpusem myśliwych służb mundurowych”. Ale ten – wnioskując po słowach Giżyńskiego – jest nadal dość mglisty: „Ja sobie to wyobrażam w ten sposób, że nie wojsko będzie chodzić po lesie i strzelać z broni długiej i rzucać granatami, tylko oni będą jakoś zmobilizowani i policzeni. Myśliwi policjanci, strażacy – wszyscy ci, którzy noszą państwowe mundury i którzy wiedzą, co to jest interes państwowy, działają na rozkaz, na polecenie służbowe, ostro egzekwowane”. Nie wiadomo więc jak taki „korpus” miałby zostać zorganizowany i w jakiej relacji miałby pozostawać do PZŁ.

Zresztą pomysł wykorzystania jednostek zbrojnych nie jest do końca nowy. W listopadzie 2017 Tomasz Siemioniak z PO ujawnił dokument Ministerstwa Obrony Narodowej (MON), w którym mowa była o tym, że w resorcie są prowadzone „prace analityczno-planistyczne dotyczące możliwości udziału Sił Zbrojnych RP w zmniejszeniu pogłowia dzików na obszarze województwa mazowieckiego”. MON uspokajał, że była to jedynie „korespondencja wewnętrzna” ministerstwa, a jej celem było sprawdzenie, jaka liczba żołnierzy ma uprawnienia myśliwskie. Zapewniano, że „żadne koncepcje wynikające z tego pisma nie będą realizowane”.

Potem Krajowa Rada Izb Rolniczych wystąpiła z oficjalnym wnioskiem do MON w sprawie użycia przeciwko dzikom… Wojsk Obrony Terytorialnej (WOT). Resort 31 stycznia 2018 roku przytomnie odpowiedział, że to niemożliwe, bo wykonywanie odstrzałów dzikich zwierząt nie leży w kompetencjach WOT. A poza tym, żołnierze tej formacji nie mają uprawnień do używania broni w celach myśliwskich i „wykonanie odstrzału narażałoby ich na odpowiedzialność karną w związku z popełnieniem przestępstwa”.

Abstrahując jednak od szczegółów organizacyjno-prawnych powołania „korpusu”, o jaki chodzi wiceministrowi Giżyńskiemu – i w ogóle realności tego pomysłu- trzeba podkreślić jedno: utworzenie takiej formacji (?) byłoby jedynie kolejnym dowodem na to, że rząd nadal nie ma żadnego sensownego pomysłu na walkę z ASF.

Bo – zdaniem ekspertów – w wojnie z afrykańskim pomorem świń

masowy odstrzał dzików jest bez sensu.

Naukowcy z Polskiej Akademii Nauk wystosowali nawet w tej sprawie list do premiera Mateusza Morawieckiego. Apelowali w nim o odejście od intensywnych odstrzałów jako metody walki z ASF, ponieważ

„zmasowane polowania na dziki walnie przyczyniają się do roznoszenia wirusa”.

Wskazywali na to, że:

  • polowania zanieczyszczają krwią środowisko, co może prowadzić do kolejnych zarażeń;
  • sami myśliwi mogą roznosić wirusa — poprzez kontakt z krwią i szczątkami dzików.

Podkreślali również to, że przepłoszone odstrzałem zwierzęta przemieszczają się na inne obszary, gdzie — jeśli są chore — zarażają kolejne osobniki.

Od 25 lutego do 3 marca odkryto 53 nowe przypadki ASF wśród dzików w czterech województwach: mazowieckim, warmińsko-mazurskim, podlaskim i lubelskim.

Jak na ironię, w każdym z nich przeprowadzono w styczniu wielkoobszarowe polowania na dziki.


Dziennikarz i publicysta. W OKO.press pisze o ochronie przyrody, łowiectwie, prawach zwierząt, smogu i klimacie oraz dokonaniach komisji smoleńskiej. Stały współpracownik miesięcznika „Dzikie Życie”.


Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press