0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: il. Iga Kucharska/OKO.pressil. Iga Kucharska/OK...

Policja, która zjawiła się w sobotni, lodowaty poranek 7 grudnia 2002 roku w Muzeum Van Gogha w centrum Amsterdamu, od razu zauważyła wybite okno nad zadaszeniem jednej ze ścian. To do niego złodzieje przystawili 5-metrową drabinę, którą bezpańsko pozostawili murarze modernizujący od tygodni muzeum. Złodzieje wspięli się na taras dachowy na pierwszym piętrze, wybili młotkiem szybę w oknie i po linach spuścili się do środka.

Otwarte w 1973 roku muzeum chlubi się największą na świecie kolekcją dzieł holenderskiego artysty, 200 obrazów, 500 rysunków i szkiców, wszystko w międzyczasie zabezpieczone rozbudowanym systemem elektronicznym. Mimo to rabusie, w kominiarkach na głowach, swój plan zrealizowali w niespełna 90 sekund. Wprawdzie usłyszeli wycie alarmu, co chyba tylko zdopingowało ich do tego, by przed przyjazdem policji wynieść dwa obrazy oraz wmieszać się w poranny ruch tramwajowo-pieszy na ulicach Amsterdamu.

Obydwa dzieła, „Widok na morze w Scheveningen” (1882) i „Wierni wychodzący z kościoła w Neuen” (1884), pochodzą z wczesnego okresu twórczości van Gogha – zanim wyjechał do Paryża. Pierwszy z obrazów, jedyny z czasu, kiedy artysta pracował w Hadze, przedstawia nadciągający sztorm w leżącym nieopodal Hagi kurorcie; pośrodku, między zbliżającymi się do brzegu wzburzonymi falami a mrocznym niebem kołysze się stateczek. Drugi obraz van Gogh namalował z myślą o matce, która po złamaniu nogi kurowała się przykuta do łóżka. Motyw nawiązywał do miejsca posługi niedawno zmarłego ojca-pastora.

Wartości rynkowe zrabowanych obiektów szacowano w przybliżeniu na kilkadziesiąt milionów euro każdy. Prace van Gogha rzadko pojawią się na aukcjach. Jego autoportret na aukcji w 1998 roku uzyskał cenę sprzedaży 71 mln dolarów.

Trzy lata po zuchwałym rabunku policja złapała złodziei. Zdradziły ich pozostawione na linie ślady DNA. Czekał areszt, proces i wyrok. Ale podczas rozprawy nie pisnęli ani słówkiem, co zrobili z obrazami. Przez dekadę uważano je za zaginione, aż nadszedł sygnał od barona narkotykowego z Kalabrii.

Raffaele Imperiale, który rozgłos zyskał na początku lat 2000., sprowadzając z Ameryki Południowej kokainę dla neapolitańskiej Camorry i praktycznie kontrolował około jedną trzecią handlu kokainą w Europie, obrazy kupił bezpośrednio od złodziei. Kursujące pogłoski dolny próg sumy szacowały na 350 tysięcy euro.

Ani na rynku dzieł sztuki, ani też na czarnym rynku takiego łupu nie da się bowiem spieniężyć.

Zrabowane obiekty trafiają ponadto do banków danych FBI, Interpolu i tzw. „Art Loss Register”, prywatnego źródła danych, do których sięgają odpłatnie potencjalni nabywcy oferowanych dzieł sztuki.

Dlatego sprzedaż skradzionych obrazów spada w ostatnich latach, właśnie z powodu wzrostu liczby prywatnych baz danych, dostępnych online. W ciągu ostatnich 15 lat złodzieje skupili się na dwóch rodzajach przedmiotów: porcelanie chińskiej oraz złocie, srebrze i diamentach.

Narkotykowy lord trzymał obydwa obrazy van Gogha zawinięte w bawełniane ręczniki w podwójnej ścianie swojej rezydencji w Castellammare di Stabia, nadmorskim kurorcie 25 km na południe od Neapolu. Najwyraźniej nie kupił ich, by cieszyć oko.

Kradzież dzieł sztuki przez fanatycznych kolekcjonerów, którzy schodzą do piwnicy i tam je kontemplują, to uporczywy mit. Miłośnicy sztuki, jeśli tylko wejdą w posiadanie upragnionego obrazu, chcą go przecież koniecznie pokazać. Nic im nie przychodzi ze skradzionych dzieł. Służą one najczęściej jako element szantażu.

Dlatego w zdecydowanej większości przypadków kradzież dzieł sztuki stanowi odmianę kidnappingu – „artnapping”, czyli uprowadzenia dzieł sztuki w celu przetrzymywania ich jako okupu, aż galeria, muzeum lub prywatny właściciel zapłaci za ich odzyskanie. Jeśli okup nie zostanie zapłacony, złodzieje mogą zniszczyć dzieło sztuki, aby uniknąć ryzyka złapania.

Inną możliwością zdyskontowania skradzionego dzieła jest jego wykorzystywanie przez doświadczonych przestępców jako karty przetargowej lub formy zabezpieczenia. Flor Bressers, król narkotykowy z Belgii, zakupił za pół miliona euro skradzione arcydzieło Fransa Halsa (1626), dwóch śmiejących się chłopców z kuflem piwa, warte 15 milionów euro, by wykorzystać go jako kartę przetargową u prokuratorów i uchronić żonę przed więzieniem.

Przeczytaj także:

Stare hiszpańskie drewno i abonament TV

Do mitu o kradzieżach dokonywanych przez przestępczych kolekcjonerów przyczynił się „Doktor No” pierwszy z filmów o Jamesie Bondzie z 1962 roku. W jednej ze scen agent – w tej roli Sean Connery – trafia do podwodnej kryjówki gangstera-naukowca na Jamajce. Przechodzi wzdłuż jednej ze ścian, rzucając krótkie spojrzenie na portret Wellingtona.

Kiedy film wchodził do kin, los obrazu wciąż był nieznany. Do portretu księcia w szkarłatnym mundurze generalskim swój pędzel przyłożył Francis Goya (1812). Podobno przymusił księcia do pozowania, grożąc mu pistoletem. Zaledwie kilkanaście dni po tym, jak portret został wystawiony na honorowym miejscu, w głównym holu wejściowym w londyńskiej National Galery, razem z ciężką, ozdobną ramą padł łupem złodzieja (1961). Po trzech latach został zwrócony; umieszczony w przechowalni bagażu na jednej ze stacji kolejowej w Birmingham. Co istotniejsze, sprawca kradzieży absolutnie nie pasował do domniemanego profilu eleganckiego złodzieja-kolekcjonera.

Kiedy w lipcu 1965 w komisariacie policji zjawił się 61-letni emerytowany i niepełnosprawny kierowca ciężarówki, policja nie chciała potraktować go poważnie. Kempton Bunton, zarabiający tygodniowo 8 funtów, (dziś ok. 190 funtów), krępy i flegmatyczny, nie pasował do domniemanego wizerunku osoby, która wysłała serię listów pisanych wielkimi literami do gazet. Wyjaśniał w nich: „To próba okradania kieszeni tych, którzy kochają sztukę bardziej niż dobroczynność. Obraz nie jest i nie będzie na sprzedaż, jest na okup. Zwrot za sumę 140 000 funtów, będzie przeznaczona na cele charytatywne”.

W kolejnym anonimie dodał: „Moim jedynym celem było założenie organizacji charytatywnej finansującej opłaty telewizyjne dla starszych i biednych osób, które wydają się wyrzucone poza nawias w zamożnym społeczeństwie”. Jeszcze późniejszy anonim sformułował bardziej dosadnie:

„Oferuję stare hiszpańskie drewno za trzy grosze na opał w zamian za 140 000 funtów ludzkiego szczęścia”.

Rząd odrzucił to żądanie, podobnie jak propozycję anonimowego zwrotu obrazu, po którym odbyłaby się wystawa, na której publiczność zapłaciłaby po pięć szylingów za jego obejrzenie, a środki przekazano na cele charytatywne. Na policji złodziej zeznał, że do galerii wszedł po drabinie budowlanej, którą przystawił do okna w łazience. Była 05:50 rano, strażnicy albo spali, albo grali w karty. Z obrazem pod pachą Bunton wyszedł przez to samo okno.

Podczas procesu adwokat Buntona udowodnił, że jego klient nie dokonał kradzieży obrazu, jedynie go „wypożyczył”. Zapytany przez sędziego, czy ma coś do powiedzenia przed wyrokiem, Bunton odpowiedział bez emocji; „Nic takiego, proszę pana”. I został uniewinniony – skazany na 3 miesiące więzienia jedynie za „kradzież ramy” o nominalnej o wartości £100 ($280). Mimo to sędzia potępił jego czyn: “Motywy, nawet jeśli są dobre, nie mogą usprawiedliwić kradzieży. Wkradanie się do publicznych galerii w celu uprowadzenia wartościowych obrazów jest odwrotnością szczytnej motywacji”.

Ten casus doprowadził do ważnego zapisu w ustawie o kradzieży z 1968 roku, która czyniła nielegalnym „usuwanie bez upoważnienia jakiegokolwiek przedmiotu wystawianego lub przechowywanego do ekspozycji publicznie w budynku, do którego ma dostęp publiczność”.

Oczywiście fanatyczni kolekcjonerzy też istnieją, choć są rzadkością. Taki Stéphan Breitwieser, francuski złodziej dzieł sztuki, ukradł ponad 200 dzieł z różnych muzeów w całej Europie. Przechowywał je w swojej rezydencji, przystrajając nimi ściany. Niestety nie wszystkie dzieła zostały odzyskane, niektóre zostały zniszczone przez mieszkającą razem z nim matkę.

Sztuka jako zastaw

W letni poranek 28 lipca 1994 pierwsi zwiedzający Kunsthalle we Frankfurcie nad Menem „In der Schirn“, ze zdziwieniem kontemplowali pustą ścianę wystawową. Poprzedniej nocy dwaj zamaskowani złodzieje wdarli się na wystawę „Goethe i sztuka“, obezwładnili ochroniarza, zdemontowali i ukradli trzy obrazy: dwa Williama Turnera oraz jeden Caspara Davida Friedricha. Kryminaliści zostali złapani i skazani, odpowiednio na 9 i 11 lat więzienia. Nie pisnęli jednak ani słowa o swoich zleceniodawcach. Trop prowadził do mafii jugosłowiańskiej. Obrazy odzyskano po tym, jak londyńska Tate Gallery, właścicielka płócien wypożyczonych do Frankfurtu, weszła w pertraktacje ze złodziejami i po negocjacjach odkupiła je za cenę 3,1 milionów funtów.

Precedens sprowokował pytanie, czy muzea i firmy ubezpieczeniowe mogą płacić okup za uprowadzone dzieła sztuki. Dotyczy to również tych ze zbiorów prywatnych, jakkolwiek w tej sferze gotowość do wypłacenia okupu jest większa.

Galerii udało się jednak uchronić reputację – jej przedstawiciele zapewniali bowiem, że nie weszli w bezpośrednie negocjacje z przestępcami, tylko nagrodzili pośrednika Edgara Liebrucksa, niemieckiego prawnika, który pozostawał w kontakcie ze złodziejami. Nie podano do publicznej wiadomości, skąd galeria zna Liebrucksa ani też skąd on zna złodziei, jednak po sfinalizowaniu transakcji władze brytyjskie i niemieckie szybko zidentyfikowały i skazały winnych.

W statystykach kryminalnych artnapping nie jest wyodrębniony. I nie wiadomo, jak dużo notuje się przypadków wymuszenia okupu za zwrot dzieł sztuki.

Tym bardziej że rozwiązuje się je bez informowania o tym policji. Świat sztuki natomiast nie jest zainteresowany publicznym deliberowaniem o tym procederze.

Obrazy van Gogha odnaleziono w 2016 roku pod Neapolem po sygnale od wspólnika Raffaele Imperiale. Obydwu mafiosom groziły wysokie wyroki, ale ich współpraca z policją w tej sprawie zaowocowała łagodniejszym wymiarem kary. We Włoszech obowiązuje bowiem prawo pozwalające w takich przypadkach kryminalistom skorzystać z obniżenia wyroków. Dlatego dzieła sztuki są do dobrym zastawem i służą do wywarcia presji na sądy w celu złagodzenia kary.

Rabusie obydwu van Goghów, 43-letni zawodowy złodziej Octave Durham i jego pomocnik Henrik Bieslijn dobrze wiedzieli, komu mogą się przydać obrazy. I pierwotnie zamierzali spieniężyć je najpotężniejszemu przestępcy, którego znali. Cornelis van Hout, z którym dorastali w tej samej dzielnicy Amsterdamu, był królem tamtejszego półświatka. W 1983 roku uprowadził produkującego piwo biznesmena Freddy'ego Heinekena i torturował go podczas przetrzymania. Za jego wypuszczenie na wolność otrzymał okup w wysokości 35 milionów guldenów.

Ale tym razem zbyt się targował i negocjacje z Durhamem się przeciągały. Niecałe 60 dni po kradzieży został zastrzelony przez płatnego zabójcę, kiedy wychodził z chińskiej restauracji. Dwanaście białych fryzyjskich koni ciągnęło jego trumnę przez centrum Amsterdamu. Durham musiał poszukać sobie innego nabywcę. I tak obrazy trafiły do Imperiale. W marcu 2017 roku ponownie zawisły w muzeum van Gogha.

Zainteresowanie świata przestępczego dziełami sztuki wynika stąd, że mogą one być kapitałem inwestycyjnym, środkiem do prania brudnych pieniędzy, a przede wszystkim pełnić funkcję zabezpieczenia. Zamiast płacić pieniędzmi, przestępczy półświatek może posłużyć się cennym zastawem, czy wobec policji, czy też jako czasowym środkiem płatniczym, pewną formą zaliczki, nim rozliczy się w gotówce, najczęściej za narkotyki.

Tak też uczynił Imperiale. W 2007 roku podczas negocjacji, które toczyły się między południowowłoską Camorrą a wenezuelskim kartelem narkotykowym w hotelu Tamanaco w Caracas zamierzał oddać obydwa obrazy van Gogha i jednego Rembrandta w ramach rozliczeń za kokainę. Ostatecznie jednak transakcja nie doszła do skutku.

Historia kradzieży dzieł sztuki na zlecenie organizacji mafijnych czy terrorystycznych i późniejsze wykorzystywanie ich do różnych celów jest stosunkowo długa. Nie przez przypadek irlandzka IRA trzymała w depozycie skradzione dzieła. Bo jeśli cię aresztują, możesz negocjować z państwem.

Kryminolodzy, socjolodzy i politolodzy zajmujący się mafią konstatują, że bossowie szczególne zainteresowanie wykazują dwoma obszarami sztuki: współczesną i sakralną. Kiedy w 2024 roku w Mediolanie zorganizowano wystawę „SalviArti”, czyli wystawiono około 80 obrazów i rzeźb odzyskanych z rąk mafii, przeważały wśród nich dzieła, które powstały między początkiem XX wieku a wczesnymi latami 2000. Wśród autorów figurowali najczęściej Picasso, Salvador Dali, Giorgio De Chirico, Andy Warhol, Keith Haring i Arnaldo Pomodoro. Sztukę sakralną z kolei upodobali sobie członkowie sycylijskiej Cosa Nostra, bez wyjątku katolicy, niektórzy wielce religijni.

W nocy z 17 na 18 października 1969 roku z barokowego kościoła św. Wawrzyńca w centrum Palermo skradziono ołtarzowy obraz „Narodzenie Chrystusa”, 3x2 metry, autorstwa Caravaggia. Na liście FBI najbardziej znanych skradzionych dzieł sztuki wszech czasów figuruje na drugim miejscu. I do dziś nie został odnaleziony. Wiadomo natomiast, że trafił do rąk sycylijskich mafiosów. Od tego czasu kursowały pogłoski: a to, że wierchuszka Cosa Nostry obraduje na tle obrazu, a to, że boss wszystkich bossów, wielce religijny Totò Riina używał go jako dywanika przy łóżku.

Artnapping wydaje się zjawiskiem zyskującym na popularności zwłaszcza w świecie przestępczości zorganizowanej. Jego dochodowość bywa kusząca, a towarzyszące osiągnięciu zysku materialnego z tego procederu ryzyka mogą być potraktowane jako koszty, które w kalkulacjach przestępczych mogą się opłacać.

Istnieje duże prawdopodobieństwo, że w przypadku kradzieży z Luwru 19 października 2025 doszło do artnappingu. Po 6 tygodniach policja zidentyfikowała wprawdzie kolejnego, czwartego sprawcę – trzej inni znajdują się już w areszcie – ale losy biżuterii doby Napoleona w wysokości 88 mln euro pozostają nieznane.

;
Na zdjęciu Arkadiusz Andrzej Stempin
Arkadiusz Andrzej Stempin

Historyk, politolog i watykanista, prof. na Uczelni Korczaka w Warszawie i Uniwersytecie we Freiburgu.

Komentarze