0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Materiały Millennium Docs Against GravityMateriały Millennium...

Grupa młodych artystów z niepełnosprawnościami przygotowuje freak show na otwarcie nowej siedziby Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Towarzyszą im z kamerą Łukasz Ronduda i Filip Pawlak. Powstaje film, o którym mówią: horror dokumentalny. Będzie można go obejrzeć na zaczynającym się w czwartek 7 maja festiwalu Millennium Docs Against Gravity. A my rozmawiamy z reżyserami filmu „Freak Show".

Agnieszka Kowalska: Z czym kojarzyło wam się zjawisko freak show, zanim poznaliście bohaterów swojego filmu?

Filip Pawlak*: Są różne freak shows. Pierwszym skojarzeniem, jakie się we mnie pojawia, jest ludzkie zoo, dziwowisko, rodzaj bardzo prostej, cyrkowej rozrywki, w której jako obiekty wystawiane są dziwne ciała.

Łukasz Ronduda**: Ja znałem też freak show z filmu „Freaks" (Odmieńcy) – o grupie cyrkowej, w której obok zwierząt, sztukmistrzów, akrobatów występują takie właśnie „dziwolągi”. To jest film o sprawczości osób z niepełnosprawnościami, które mają swoją wspólnotę. I pokazują nam się z niespodziewanej strony, bo pozwalają sobie na gniew, agresję, budzą kontrowersje.

Nasz film jest reakcją na pojawienie się w Polsce takiej właśnie grupy osób z niepełnosprawnościami, które celowo sięgają po formułę freak show jako pewne narzędzie prowokacji.

Jak na nich trafiliście?

Cały pomysł wziął się od Nadii Markiewicz – artystki, która przez kilka lat mieszkała w Stanach Zjednoczonych i w swojej pracy doktorskiej badała fenomen freak show jako elementu sztuki cyrkowej. Tam też szukała genezy sztuki performance, którą uprawia. Nie w teatrze czy sztukach wizualnych, u Mariny Abramowić na przykład.

Postacią, na którą się powoływała, był Stefan Bibrowski – bardzo znany freak, jeden z najbardziej znanych Polaków na początku XX wieku. Człowiek Lew, całkowicie zarośnięty na całym ciele. To był typowy los osoby z niepełnosprawnością w tamtych czasach: na prowincji rodzi się owłosione dziecko i rodzice sprzedają to dziecko do cyrku. Bibrowski w zasadzie dzięki temu przeżył, a nawet zyskał gigantyczną popularność i przejął kontrolę nad swoimi występami.

Czy to Nadia Markiewicz zaproponowała, żeby zrobić freak show na otwarcie Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, w którym obaj pracujecie?

FP: Tak. I trafiła na podatny grunt, bo my z Łukaszem już od jakiegoś czasu eksplorowaliśmy sztukę osób z niepełnosprawnościami i narracje, które jej towarzyszą.

Jakie to są narracje?

Uprzedmiatawianie, gra litością, współczuciem, w taki sposób, który bardzo spłyca to doświadczenie. Pamiętam te długie tygodnie naszych rozmów, jak właściwie moglibyśmy to opowiedzieć. Jaka platforma byłaby do tego najlepsza, która historia? Jak pokazać, że niepełnosprawność jest bardziej złożona i różnorodna, niż tego od nas chcą.

I Nadia bardzo mocno weszła tu ze swoim naukowym researchem i doświadczeniem współczesnych freak shows, oglądanych w Nowym Jorku. Rzuciliśmy hasło: przejmijmy tę narrację! Chcą się na nas gapić? To stańmy na środku tej sceny i pobawmy się tymi uczuciami widowni: wstrętem, obrzydzeniem, fascynacją.

Ważne było, żeby ten projekt stworzyli sami artyści z niepełnosprawnościami, a nie kuratorzy, reżyserzy?

Bardzo, chodziło o gest wytworzony z wewnątrz tego poczucia niepełnosprawności, z głębi tych ciał. Czuliśmy, że to może być mocne i wyzwalające. Właśnie opowiedziane w takiej konwencji cyrkowej, kabaretowej, prowokującej.

Jak współczesne freak show funkcjonują w Stanach? Na scenie klubowej?

ŁR: Różnie. W miejscach związanych z burleską, sztukami performatywnymi, queerem. Stefan Bibrowski też wyjechał do Stanów. Gdy do władzy doszli naziści, wszyscy „dziwacy” zaczęli uciekać z Europy, obawiając się o swoje życie. Dlatego nie ma ich w historii sztuki europejskiej, a przecież ci ludzie tutaj byli.

Filipie, powiedz coś więcej o swoim doświadczeniu. Jaka była twoja droga do tego filmu?

FP: Od dziesięciu lat pokazuję niepełnosprawne ciało na scenie. Pracuję w teatrze, jako producent, ale też jako twórca i wykonawca. Szukam narzędzi do zmącenia tej rzeczywistości. Nie jest to jeszcze nurt, który jest powszechny i popularny. Z queerowością już się opatrzyliśmy na scenie, już wiemy, jak ją odczytywać. A niepełnosprawne ciało cały czas wywołuje szok. Ludzie się gapią, widząc osobę na wózku, bez ręki, z porażeniem czterokończynowym czy dziecięcym porażeniem mózgowym. Przez wieki takie osoby się ukrywało. To, co dzieje się teraz, ma dla mnie jako artysty wielką moc. Przyciągamy to spojrzenie widza, żeby go zatrzymać na chwilę i zadać jakieś pytanie.

Kiedy robię spektakle, to one docierają do kilkuset, kilku tysięcy osób. Dzięki pracy z Łukaszem przy filmie mam możliwość rozmowy ze znacznie większą widownią.

Kobieta w czarnym stroju śpiewająca na scenie.
Agata Wąsik, kadr z filmu „Freak Show".

Łukaszu, poza tym, że reżyserujesz filmy, jesteś też kuratorem w Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Jak ta niepełnosprawność funkcjonowała w ostatnich latach w polskiej sztuce?

ŁR: W sztuce krytycznej lat dziewięćdziesiątych osoby z niepełnosprawnością często były wykorzystywane i traktowane bardzo przedmiotowo. Dlatego dla młodszego pokolenia osób artystycznych jest tak ważne, żeby same wypowiadały się w swoim imieniu. Mam poczucie, że jesteśmy świadkami rodzenia się nowej fali sztuki krytycznej, związanej z freak show. I ja, jako osoba sojusznicza, tymczasowo sprawna, miałem ten przywilej obserwować to podczas kręcenia naszego filmu. Wiele się dowiedziałem, nauczyłem od tej grupy, która w zasadzie sama ten film budowała na własnych historiach.

Jedna z bohaterek – queerowa performerka Babcia – żartuje, że zgodzi się na występ w MSN, jeśli muzeum ufunduje całej grupie wyjazd do Sopotu i noclegi w Grandzie. Tak się dzieje. Ta wycieczka to było pierwsze spotkanie całej czwórki?

Tak i okazała się kluczowa. Tam narodziły się pomysły na ich indywidualne występy. Bardzo silnie podziałała na nich obecność w tym miejscu naznaczonym historią. To w Grand Hotelu Hitler podpisał we wrześniu 1939 roku rozkaz zezwalający na akcję T4, czyli mordowanie osób chorych psychicznie i z zaburzeniami rozwojowymi. Nazywał ją „eliminacją życia niewartego życia”. Próżno szukać w hotelu tablicy informującej o tych wydarzeniach.

Bohater waszego filmu, Daniel Kotowski, gdy się o tym dowiaduje, natychmiast chce wykrzyczeć ten gniew. Babcia krąży po hotelowych korytarzach w swoim queerowym kostiumie i wspomina, jak była w szpitalu – bezbronna, zależna od innych. Agata Wąsik wpada na pomysł, że podczas „Freak Show” będzie Lady Picassą, nawiązując do sztuki zdegenerowanej. Palą też na plaży zdjęcia Hitlera w Grandzie. Mocno się przytulają i są już gotowi na występ.

To było formacyjne doświadczenie dla całego projektu. Podobnie jak ich późniejsza dyskusja przy transparentach, użytych w czasie strajku osób z niepełnosprawnościami i ich opiekunów w Sejmie. Odrzucają zapisane na nich postulaty. Daniel Kotowski, artysta Głuchy, który nie boi się w Święto Flagi wejść w tłum z megafonem i w swoim języku głośno śpiewać polski hymn, ostro reaguje na hasło: „Mocne społeczeństwo dba o najsłabszych”. Mówi: „Ja nie czuję się słaby. Ja krzyczę!”

Bohaterowie waszego filmu znali się wcześniej?

ŁP: To jest małe środowisko, niszowy ruch, więc znali się albo słyszeli o sobie. Na pewno było to ich pierwsze na taką skalę wspólne wyjście z offu, z piwnicy, jak o tym mówią. Na początku filmu Nadia odwiedza Babcię i proponuje występ w muzeum, potem widzimy, jak dołączają kolejne osoby. Szukaliśmy artystów, którzy są w stanie dotknąć tej historii i mają na to siłę. I nie mówię tu tylko o historii cyrkowych freak show czy II wojny światowej. W trakcie COVID-u osoby z niepełnosprawnością intelektualną w wielu krajach europejskich też nie były ratowane na równi z innymi pełnosprawnymi ludźmi. Jeszcze kilka lat temu w Polsce legalna była sterylizacja osób niepełnosprawnych, a teraz Konfederacja deprecjonuje doświadczenie osób słabszych i chorych. To wciąż trwa, a przecież

stanowimy 10-15% społeczeństwa i chcemy być jego pełnoprawną częścią.

ŁR: Daniel Kotowski, który wraz z Bogną Burską reprezentuje nas na rozpoczynającym się Biennale Sztuki w Wenecji, opowiada o tożsamości i dumie osób Głuchych. Nadia Markiewicz, która od dziecka nosi protezę ręki, używa w swojej sztuce języka popkultury, hipersymboli i wraca do cyrkowego kontekstu. Agata Wąsik odnajduje się w bardzo klasycznej formie śpiewu operowego, gdzie stara się pokazać: ja też, mimo tego, że nie spełniam waszych estetycznych wymogów, mam prawo śpiewać. No i Babcia, która sięga po formę horroru, trashową, dragową, wykorzystując ten strach, który czuła przez większość swojego życia i kierując go w stronę widowni. Mówi: „Teraz wy się bójcie!”.

Kobieta i postać w białej masce i peruce.
Nadia Markiewicz i Babcia, kadr z filmu „Freak Show".

Łukaszu, powiedziałeś o sobie, że jesteś osobą tymczasowo sprawną. Co przez to rozumiesz?

Że wszyscy będziemy osobami z niepełnosprawnością na starość, że wszyscy do tej grupy dołączymy. Wypieramy to, bo się tego boimy, a przecież to się może stać z dnia na dzień. Rzeczy, takie jak śmierć i choroba nie znikną wtedy, kiedy nie będziemy na nie patrzeć czy z nimi konfrontować.

À propos strachu, wasz film ma w sobie coś z horroru, zwłaszcza końcowa, planowana pod osłoną nocy vendetta.

Tak, mówimy o nim horror dokumentalny. Ten gatunek przez wiele lat żerował na osobach niepełnosprawnych, tworzył z nich czarne charaktery, potwory. Babcia mówi o sobie: „specjalistka od straszenia” i chce swoją sztuką celowo wywoływać ten strach. Bo jeżeli trochę się na niego otworzymy, pobędziemy w nim, to on osłabnie, nie będzie miał takiej władzy nad nami.

Oglądając wasz film, miałam wrażenie, że on może być oczyszczającym doświadczeniem nie tylko dla osób z niepełnosprawnościami, ale dla młodych ludzi w ogóle. Wielu z nich dziś mierzy się z lękami, unika kontaktu z rówieśnikami. Wasz film pokazuje, że warto się przełamać.

FP: Staraliśmy się uciec od robienia filmu tylko o niepełnosprawności. To jest raczej opowieść o tym, jak funkcjonuje inność. O tym, jak jakaś „normatywna” grupa ustala kryteria, które nagle wykluczają dużą część społeczeństwa. Łukasz mówi, że większość z nas będzie niepełnosprawna. A ja bym powiedział inaczej: nikt z nas nie jest pełnosprawny, bo pełnosprawność nie istnieje.

Czy to, że nosicie okulary, nie jest niepełnosprawnością? Gdzie jest ta linia, za którą mówimy o dysfunkcji?

Ludzie mają różne sprawności, mają różne ciała, różne doświadczenia, są chorzy, słabi, ludzcy są po prostu.

ŁR: Na szczęście młodzi nie wstydzą się eksponować swoich bardziej kruchych stron. Mówi się, że tenderness is a new punk (czułość, delikatność to nowy punk). Dla Gen Z bardzo liczy się autentyczność – względem własnych doświadczeń, własnych emocji. Nasz film przyznaje, że wszyscy jesteśmy krusi i wszyscy jesteśmy słabi. I to jest okej, po prostu wystarczy, żebyśmy się w tej naszej wrażliwości zobaczyli. Nasza grupa jest tego dobrą metaforą, bo ma tę swoją kruchość na wierzchu.

Bohaterowie filmu obawiają się występu w Muzeum Sztuki Nowoczesnej, nie kryją swoich wątpliwości. Mówią, że takie instytucje mają kolonizatorskie nastawienie do oddolnych inicjatyw, że poprawiają sobie wizerunek, zapraszając osoby z niepełnosprawnościami. Jak byś odpowiedział na te zarzuty?

Sam fakt, że „Freak Show” odbył się na otwarcie muzeum, świadczy o tym, że jest inaczej. Film powstawał, kiedy otwierał się nowy budynek na placu Defilad. Na MSN, nie tylko z powodu tego otwarcia, wylała się fala hejtu. Były wybory prezydenckie i radykalna prawica przystąpiła do ataku na „muzeum Trzaskowskiego”. Cały czas uczymy tego, czym ta nowa instytucja jest i czym może być.

FP: Rok po „Freak Show” odbyła się tam indywidualna wystawa Nadii Markiewicz. Babcia i Nadia pracują z Łukaszem przy kolejnym filmie. Robimy nową wersję performance'u pod tytułem „Żółte Papiery” w Teatrze Ochoty, tym razem myśląc o doświadczeniu młodych osób z niepełnosprawnościami. Dla mnie freak show w MSN był ważny. Pokazaliśmy, że my też do tego świata należymy, byliśmy tu i jesteśmy.

*Filip Pawlak – twórca teatralny oraz samorzecznik artystów z niepełnosprawnościami. Absolwent Szkoły Filmowej w Katowicach, Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu oraz MA – programu magisterskiego z zakresu sztuk performatywnych na Akademii Teatralnej w Malmö / Uniwersytecie w Lund. W swojej pracy łączy rolę artysty i producenta sztuki.

**Łukasz Ronduda – kurator Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, członek Europejskiej Akademii Filmowej, scenarzysta, reżyser filmów, inspirowanych życiem i twórczością artystów, m.in.: Performer (2015), Serce miłości (2017), Wszystkie nasze strachy (2021). Na premierę czeka jego najnowszy film fabularny Powiedz mi, co czujesz.

Filip Pawlak, Łukasz Ronduda, „Freak Show”

Millenium Docs Against Gravity, 8–17.05.2026

Spotkania z twórcami w Warszawie po seansach 9.05, o godz. 21:00 w Muranowie oraz 10.05, o godz. 18:00, w Kinomuzeum; w Katowicach 11.05 o godz. 18:00 w kinie Światowid.

Na zdjęciu Agnieszka Kowalska
Agnieszka Kowalska

Dziennikarka, redaktorka Notesu na 6 Tygodni, autorka książek „Zrób to w Warszawie!", „Letnisko", „Zielona Warszawa".

Komentarze