0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Foto Federico PARRA / AFPFoto Federico PARRA ...

Jeszcze w Sylwestra dyktator Wenezueli Nicolas Maduro udzielił ostatniego wywiadu „mobilnego”. Porozmawiał z reporterem „Le Monde Diplomatique” w samochodzie, którym podróżował przez Caracas w towarzystwie Pierwszej Damy Cilii Flores i Freddego Ñáñez’a, wiceprezydenta ds. kultury i komunikacji.

Zapytany o grudniowy atak CIA na port na wybrzeżu Wenezueli, którym chwalił się prezydent Donald Trump, odpowiedział: „To temat, który być może omówimy za kilka dni”.

„Jak Pan osobiście, psychicznie i duchowo przeżywa tę sytuację w obliczu groźby ataku ze strony czołowej potęgi militarnej świata?” – dopytywał reporter.

Maduro emanował spokojem. Odpowiedział: „Mam niezawodny bunkier: Wszechmogącego Boga. Zawierzyłem Wenezuelę naszemu Panu Jezusowi Chrystusowi. On jest Królem Królów”.

Przeczytaj także:

Kilka dni wcześniej hiszpańska gazeta „ABC” donosiła, że reżim sondował możliwość oddania władzy i starania się o azyl np. w Turcji, Katarze lub Hiszpanii. Potwierdził to sam Donald Trump w sobotniej rozmowie z „Fox News”. Stwierdził, że postanowił odrzucić taką propozycję. „Nie chciałem negocjować” – podsumował prezydent USA.

I wydał rozkaz ataku na Wenezuelę. W sobotę eksplozje wstrząsnęły stołecznym Caracas i kilkoma innymi miastami. Kilka godzin później Trump ogłosił, że Maduro i jego żona zostali schwytani. Operację przeprowadziła Delta Force, główna jednostka operacji specjalnych, która w przeszłości ścigała m.in. handlarza narkotyków Pablo Escobara oraz dyktatorów Saddama Husseina i Manuela Noriegę.

Maduro i jego żona, jak napisała prokurator generalna USA Pam Bondi, zostali już oskarżeni o „spisek narkotykowo-terrorystyczny, spisek w zakresie importu do USA kokainy, posiadanie broni maszynowej i urządzeń niszczących oraz spisek w celu posiadania broni maszynowej i urządzeń niszczących przeciwko USA". Staną przed sądem w Nowym Jorku.

Atak na Wenezuelę poprzedziła kilkumiesięczna kampania nacisków na reżim Maduro. W sierpniu Trump podpisał tajną dyrektywę upoważniającą do użycia siły militarnej przeciwko wenezuelskim kartelom narkotykowym, które znalazły się na liście organizacji terrorystycznych Departamentu Stanu.

Od tego czasu Amerykanie zbombardowali 37 łodzi, a w atakach zginęło 107 osób, co budziło sprzeciw organizacji humanitarnych – nie podano żadnych dowodów na udział w przemycie narkotyków do USA. Sam Trump powtarzał frazesy o tym, że Maduro sprawuje władzę nad kartelami narkotykowymi. Trudno uznać to za próbę budowania narracji do ataku – dane jasno pokazują, że zaledwie 5-10 proc. kokainy, która dociera do USA, pochodzi ze szlaku wenezuelskiego.

Działania Trumpa przyśpieszyły w grudniu. Najpierw zapowiedział zamknięcie przestrzeni powietrznej nad Wenezuelą, potem zapowiedział na łamach „Politico”, że Maduro zostało kilka dni na stanowisku, a następnie armia USA przejęła trzy wenezuelskie tankowce. Dla świata to był jasny znak, że motywacją Amerykanów – podobnie jak w przypadku inwazji na Irak w 2003 roku – jest chęć przejęcia ogromnych zasobów ropy naftowej i gazu ziemnego Wenezueli.

Zresztą sam prezydent USA przestał ukrywać, że oskarżenia Maduro o przemyt narkotyków stanowiły tylko pretekst do interwencji.

Wybory, powrót prezydenta-elekta, a może armia?

Atak na latynoski kraj miał miejsce w symbolicznym momencie. Niespełna rok wcześniej (bez siedmiu dni) Maduro objął po raz kolejny urząd prezydenta, gdy już oficjalnie ogłosił zwycięstwo nad Edmundo Gonzálezem Urrutią w wyborach z lipca 2024 roku. Do tego, 5 stycznia zwyczajowo rozpoczynają się sesje Zgromadzenia Narodowego Wenezueli. Czy tak będzie w tym roku?

Tego nie wiadomo, podobnie jak trudno snuć scenariusze na temat najbliższej przyszłości Wenezueli. Konstytucja kraju stanowi, że pod nieobecność Maduro władzę powinna objąć wiceprezydentka Delcy Rodríguez. Ona sama do tej pory ograniczyła się do oświadczenia, w którym pisze, że ​​nie wie, gdzie przebywa prezydent Maduro, i zażądała „dowodu życia” zarówno jego, jak i jego żony. Konstytucja zobowiązuje ją do rozpisania wyborów prezydenckich w ciągu 30 dni.

Tyle że wenezuelska opozycja od roku twierdzi, że prawowitym prezydentem jest właśnie González Urrutia. To on wygrał wybory z lipca 2024 roku, które przez większość demokratycznego świata oraz organizacje międzynarodowe zostały uznane za sfałszowane przez reżim. Gdy krajem wstrząsnęły demonstracje, zwycięski González-Urrutia, naukowiec i dyplomata, wyjechał do Hiszpanii.

Niewykluczone, że teraz wróci wspierany przez Maríę Corinę Machado, niedawną laureatkę Pokojowej Nagrody Nobla. Ona sama, jak już pisaliśmy w OKO.press, przez ostatnie miesiące używała podobnej narracji na temat reżimu jak Trump.

Sam Maduro nieustannie bagatelizował rolę liderki demokratycznej opozycji. „Ona ma 85-procentowy wskaźnik odrzucenia, co oznacza całkowite odrzucenie przez wenezuelskie społeczeństwo. Ani ona, ani to, co reprezentuje, nigdy nie będzie w stanie rządzić tym krajem” – mówił dyktator we wspomnianym sylwestrowym wywiadzie dla „Le Monde Diplomatique”.

Ani María Corina Machado, ani González Urrutia nie skomentowali dotąd sytuacji w ojczyźnie. „W tej chwili nie ma oficjalnego oświadczenia” – uciął ich rzecznik na łamach „El Pais”.

W sylwestrowym orędziu Machado i González Urrutia zapewnili, że rok 2026 będzie rokiem wolności w Wenezueli. „Dobiegamy końca decydującego roku, który nie był łatwy, ale stanowił punkt zwrotny w naszej współczesnej historii” – mówiła Machado.

Wcześniej, podczas przemówienia w Oslo po odebraniu nagrody noblistka przekonywała, że ​​jej ruch przygotowuje się do „uporządkowanej i pokojowej transformacji”, gdy tylko Maduro ustąpi z władzy. Zdradziła też, że González widzi ją w roli wiceprezydentki.

Trump, zapytany w sobotę w Fox News, czy poprze noblistkę (została nominowana do nagrody przez amerykańskiego sekretarza stanu Marco Rubio) nie udzielił jednoznacznej odpowiedzi. „Cóż, musimy to teraz rozważyć” – stwierdził prezydent USA. I dodał, że zgodnie z prawem władze w Wenezueli powinna objąć dotychczasowa wiceprezydentka Delcy Rodríguez.

Co ciekawe, sam Marco Rubio kolejny raz napisał na platformie X, że Maduro nie jest prawowitym prezydentem Wenezueli, a przywódcą Kartelu Słońc, organizacji narkotykowo-terrorystycznej, która przejęła władzę w kraju. A to może oznaczać, że Amerykanie jednak skłaniają się do objęcia władzy przez duet Urrutia-Machado.

Kto obejmie władzę w Caracas?

Kilka godzin po schwytaniu Maduro hiszpański minister spraw zagranicznych José Manuel Albares przyznał, że rozmawiał już z Gonzálezem Urrutią o sytuacji w Wenezueli i jej „możliwym rozwoju”. Hiszpańskie MSZ przypomniało też, że kraj nie uznał wyniku wyborów z lipca 2024. Zresztą reakcje w Europie są do tej pory bardzo ostrożne. Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen stwierdziła w oświadczeniu, że „każde rozwiązanie musi być zgodne z prawem międzynarodowym i Kartą Narodów Zjednoczonych”.

W tym wszystkim trudno stwierdzić, jak w sytuacji pojmania Maduro zachowa się wenezuelska armia. Dziś kontroluje ją szef MSW Diosdado Cabello, reżimowy numer dwa. W sobotę minister spraw wewnętrznych wyszedł na ulice Caracas w kamizelce kuloodpornej i hełmie, otoczony przez policję.

„Jesteśmy w gotowości. Zaufajcie nam, że damy sobie radę z tą sytuacją” – oświadczył.

Wcześniej w programach propagandowej telewizji występował w czapce z napisem „Wątpić znaczy zdradzić”. To motto pojawiło się też na murach koszar po wspomnianych wyborach prezydenckich. Wówczas Maduro przeprowadził czystkę wśród szefów wywiadu wojskowego i cywilnego. W ramach fali inspekcji aresztowano m.in. jednego z ministrów, a to był znak, że dyktator najbardziej obawiał się przewrotu w armii.

Ale ta, jeśli wierzyć reżimowej propagandzie, wciąż stoi po stronie reżimu. Minister obrony Vladimir Padrino López po sobotnich atakach USA stwierdził, że Wenezuela będzie sprzeciwiać się obecności obcych wojsk w kraju. „Ta inwazja stanowi największą zniewagę, jakiej kraj kiedykolwiek doświadczył” – przekonywał.

Destabilizacja w regionie

Atak Stanów Zjednoczonych na Wenezuelę może doprowadzić do destabilizacji w regionie.

Wielu ekspertów podkreśla, że atakując Wenezuelę, Waszyngton wskrzesza starą doktrynę Monroe, która w XIX wieku oznaczała erę amerykańskiego interwencjonizmu w Ameryce Łacińskiej (ostatni raz skierowanego przeciwko wspomnianemu już Noriedze, dyktatorowi Panamy). Dziś nazywa się ją w sposób żartobliwy doktryną Donroe (od imienia prezydenta USA).

Widać to było w dotychczasowej polityce Trumpa, który ingerował już w wybory w Argentynie i Hondurasie, popierając „pro-trumpowskich” polityków. A przecież Marco Rubio, sekretarz stanu USA, nie kryje chęci zmiany reżimu w Hawanie. Sam Trump groził też interwencją militarną w Panamie.

„To skrajnie niebezpieczny precedens dla całej społeczności międzynarodowej” – napisał lewicowy prezydent Brazylii Luiz Ignácio Lula da Silva, który uznał, że bombardowania terytorium Wenezueli i pojmanie jej prezydenta za „niedopuszczalne”.

Wtóruje mu prezydent Kolumbii Gustavo Petro, który już wysłał oddziały wojska na granicę z Wenezuelę w obawie przed exodusem uchodźców. Podczas konferencji klimatycznej ONZ w Dubaju w 2023 roku Petro mówił, wówczas w kontekście działań Izraela w Strefy Gazy, że rozpoczynają one nową „erę bezkarności”. Teraz jego słowa są przypominane nie tylko w Ameryce Łacińskiej i na świecie.

To stwierdzenie jak ulał pasuje do amerykańskiej „interwencji” w Wenezueli. Nie tylko była ona niesprowokowana (trudno brać na poważnie zarzuty o zarządzanie przez Maduro kartelem) i przede wszystkim nielegalna w świetle prawa międzynarodowego. Stany Zjednoczone po raz kolejny zignorowały ONZ i tradycyjne metody rozwiązywania sporów międzypaństwowych.

Oczywiście sam Trump bagatelizuje zarzuty (choćby z kręgu Demokratów) na temat nielegalności interwencji w Wenezueli. Nazwał je „starymi bzdurami, które słyszymy od lat”.

Prawda jest taka, że atak na Wenezuelę stanowi bardzo niebezpieczny precedens. Zwłaszcza że reżim Maduro od lat utrzymywał świetne relacje z Chinami i Rosją, które teraz – ośmielone działaniami Trumpa – mogą naśladować jego działania.

;
Na zdjęciu Szymon Opryszek
Szymon Opryszek

Reporter, absolwent Polskiej Szkoły Reportażu i Szkoły Ekopoetyki. Pisze na temat praw człowieka, kryzysu klimatycznego i migracji. Za cykl reportaży „Moja zbrodnia, to mój paszport” nagrodzony w 2021 roku Piórem Nadziei Amnesty International. Jako reporter pracował w Afryce, na Kaukazie i Ameryce Łacińskiej. Autor książki reporterskiej „Woda. Historia pewnego porwania”, (Wydawnictwo Poznańskie, 2023). Wspólnie z Marią Hawranek wydał książki „Tańczymy już tylko w Zaduszki” (Wydawnictwo Znak, 2016) oraz „Wyhoduj sobie wolność” (Wydawnictwo Czarne, 2018). Mieszka w Krakowie.

Komentarze