0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. JOE RAEDLE / Getty Images via AFPFot. JOE RAEDLE / Ge...

Donald Trump wygłosił 17 grudnia 2025 roku orędzie do narodu. Chwalił się w nim, że jego polityka w pierwszym roku drugiej kadencji – w szczególności cła – zaczyna przynosić efekty. Mimochodem przyznał też, że Amerykanie nie podzielają jego optymizmu. Dlatego znaczną część odpowiedzialności za stan gospodarki zrzucił na poprzedników.

Już na początku przemówienia stwierdził: „Jedenaście miesięcy temu odziedziczyłem totalny bałagan – i właśnie go porządkuję”. Chwilę później sięgnął po jeszcze mocniejszą retorykę: „Rok temu nasz kraj był martwy. Absolutnie martwy. Byliśmy o krok od upadku. Dziś jesteśmy najgorętszym krajem na świecie”.

Ta przesadna retoryka nie bierze się z politycznej siły, lecz raczej z narastającej presji. Trump i politycy republikańscy mają powody do zdenerwowania: jego notowania pozostają słabe, a kluczowe decyzje, zwłaszcza nakładanie na inne kraje tak wielu ceł, zaczynają budzić wątpliwości nawet wśród wyborców Partii Republikańskiej.

Przeczytaj także:

Gospodarka wyniosła Trumpa do zwycięstwa…

Zacznijmy od zwycięstwa Trumpa w wyborach w 2024 roku, bo powody tej wygranej są bezpośrednio powiązane z obecnymi problemami prezydenta.

Wokół zwycięstwa Trumpa narosło kilka mitów, chętnie podsycanych przez niego samego i jego administrację. Wielu komentatorów potraktowało ten wynik jako miażdżący i jako wyraźny sygnał, że Amerykanie domagają się głębokiej zmiany politycznej i kulturowej.

Dobrze oddają to słowa Marka Zuckerberga, właściciela firmy Meta, który, ogłaszając poluzowanie zasad moderacji na Facebooku – w tym dopuszczenie bardziej antyimigranckiego i dyskryminującego języka – powoływał się właśnie na wygraną Trumpa. W nagraniu opublikowanym na Instagramie Zuckerberg mówił o „kulturowym punkcie zwrotnym, w którym społeczeństwo znów zaczyna stawiać wolność wypowiedzi na pierwszym miejscu”, a jednocześnie przekonywał, że dotychczasowi fact-checkerzy byli po prostu zbyt stronniczy politycznie.

Sam Trump i jego administracja wykorzystywali to przekonanie jako pretekst do ingerencji w programy nauczania na uczelniach, do likwidacji programów równościowych w całej administracji federalnej oraz do masowych cięć w wydatkach publicznych. Obejmowały one wszystko, co dało się choćby luźno powiązać z „woke” – w tym badania nad klimatem, szczepionkami i przyszłymi zagrożeniami pandemicznymi.

Dostępne dane od początku wskazywały jednak, że ta narracja jest pełna uproszczeń.

Przede wszystkim zwycięstwo Trumpa w 2024 roku nie było wcale tak imponujące. Cztery lata wcześniej Biden zdobył w głosowaniu powszechnym około 81,3 miliona głosów – o 7 milionów więcej niż Trump. W 2024 roku Trump wygrał, ale z wynikiem około 77,3 miliona głosów, czyli zaledwie o 2 miliony więcej niż kandydatka Demokratów Kamala Harris. Podobnie jak poprzednio, o wyniku przesądziły niewielkie różnice w kilku wahających się stanach, liczone raczej w dziesiątkach tysięcy niż w milionach głosów. Trudno więc mówić o jakościowej zmianie nastrojów czy jednoznacznym „mandacie społecznym”.

Zdecydowanie najczęściej wskazywanym powodem oddania głosu na Trumpa były kwestie ekonomiczne. Kadencja Bidena przypadła na okres globalnej inflacji, ale wielu Amerykanów uznawało, że to on – a szerzej: Partia Demokratyczna – ponoszą odpowiedzialność za rosnące ceny. W tym kontekście Trump jawił się jako obiecująca alternatywa, tym bardziej że jego pierwsza kadencja upłynęła bez większych wstrząsów gospodarczych – przynajmniej do momentu wybuchu pandemii.

Potwierdza to badanie Gallupa z października 2024 roku, a więc przeprowadzone tuż przed wyborami prezydenckimi, kiedy deklaracje najlepiej oddają realne motywacje wyborców. Gospodarka okazała się najważniejszą spośród 22 analizowanych kwestii, które wpływały na decyzję przy urnie wyborczej. Był to jedyny temat, w przypadku którego większość badanych (52 procent) uznała stanowisko kandydatów za „niezwykle istotne”. Kolejne 38 procent określiło je jako „bardzo istotne”. Jak zauważyła analityczka Gallupa Megan Brenan, tak wysoki poziom wagi przypisywanej gospodarce nie pojawił się od października 2008 roku, czyli od szczytu wielkiego kryzysu finansowego.

Drugim najważniejszym tematem była imigracja, wszystkie inne kwestie były wyraźnie mniej istotne dla wyborców.

Co równie istotne, w tym samym badaniu wyborcy częściej wskazywali Donalda Trumpa jako polityka lepiej radzącego sobie z gospodarką. Był w tej kwestii oceniany jako bardziej kompetentny niż Kamala Harris w proporcji 54 do 45 procent.

To właśnie ten rozdźwięk – a nie masowy entuzjazm wobec projektu kulturowej rewolucji – pomaga zrozumieć wynik wyborów. Głos oddany na Trumpa był przede wszystkim wyrazem frustracji ekonomicznej i niepokoju wokół imigracji, a nie jednoznacznym poparciem dla szerokiej agendy ideologicznej, które jego obóz próbował później z tego wyniku wyprowadzić.

Trumpowi pomogli także sami Demokraci na czele z Bidenem. Mimo licznych sygnałów wskazujących, że nawet wyborcy Partii Demokratycznej uważają go za niezdolnego do sprawowania drugiej kadencji, prezydent Joe Biden do niemal ostatniej chwili upierał się przy starcie w wyborach. Gdy w końcu zrezygnował, zrobił to na tyle późno, że przeprowadzenie pełnoprawnych prawyborów stało się praktycznie niemożliwe. W efekcie Demokratów reprezentowała Harris, która już na starcie kampanii słabo wypadała w sondażach.

… gospodarka ciągnie Trumpa w dół

Nie powinno dziwić, że także dziś prezydentura Trumpa oceniana jest przede wszystkim przez pryzmat kwestii ekonomicznych. To właśnie w tym obszarze Amerykanie coraz częściej kwestionują jego kompetencje, a narastająca nieufność wobec jego polityki gospodarczej szybko przekłada się na ogólną ocenę całych rządów.

Dobrze pokazuje to średnia sondaży poparcia dla Trumpa, liczona jako agregat badań prowadzonych przez kilkadziesiąt ośrodków. W pierwszych tygodniach prezydentury Trump mógł jeszcze liczyć na około 50-52 procent aprobaty, przy relatywnie niskim poziomie opinii negatywnych. W kolejnych miesiącach ten układ stopniowo się jednak odwracał.

Poparcie systematycznie spadało, osiągając pod koniec roku około 42 procent, podczas gdy odsetek ocen negatywnych rósł niemal nieprzerwanie – z poziomu poniżej 45 procent do około 54 procent.

Przekroczenie symbolicznej granicy, gdy liczba ocen negatywnych przewyższa liczbę tych pozytywnych, nie było jednorazowym wahnięciem, lecz efektem długofalowego trendu, który narastał wraz z pogarszającymi się opiniami na temat sytuacji gospodarczej i rosnącym poczuciem niepewności.

W tym sensie spadające notowania Trumpa stanowią bezpośrednią kontynuację logiki wyborów z 2024 roku – gospodarka pozwoliła mu wygrać, ale od początku zapowiadała też kruchość tego zwycięstwa.

Jeszcze wyraźniej widać to w szczegółowych danych publikowanych przez Silver Bulletin, portal analizujący stan społecznego poparcia. Na starcie prezydentury notowania Trumpa w sprawach ekonomicznych wyglądały jeszcze przyzwoicie – kadencję zaczynał on z wynikiem około 53 procent ocen pozytywnych na temat jego podejścia do gospodarki (średnia sondażowa). Wraz z rosnącymi kosztami życia i utrzymującą się inflacją poparcie zaczęło wyraźnie topnieć, spadając do 38 procent, podczas gdy odsetek ocen negatywnych zbliżył się do 60 procent.

Ten sam schemat widać w ocenach inflacji i handlu – początkowo przeważały oceny pozytywne, ale dziś średnia z sondaży pokazuje, że aż 58,5 procent Amerykanów ocenia negatywnie jego podejście do „handlu i ceł”, a 61 procent do tematu inflacji. Co istotne, erozja poparcia nie zatrzymała się na gospodarce. Nawet w kwestii imigracji, która przez lata uchodziła za jeden z największych atutów Trumpa, linia poparcia powoli, ale konsekwentnie opada (średnia w grudniu to 43,6 procent), a liczba ocen negatywnych rośnie (średnia w grudniu to 53,2 procent).

Priorytety Muska czy priorytety wyborców?

Problemy Trumpa dobrze ilustrują starą polityczną prawdę: znacznie łatwiej zbudować koalicję na czas kampanii wyborczej, niż utrzymać ją w trakcie rządzenia.

W 2024 roku skorzystał on z frustracji wielu wyborców niezdecydowanych – zmęczonych rosnącymi cenami i zaniepokojonych imigracją. Jednocześnie przyciągnął potężne wsparcie finansowe miliarderów – także z Doliny Krzemowej – którym odpowiadały jego obietnice obniżek podatków, deregulacji i przesunięcia kulturowego na prawo. Na przykład dla Elona Muska jednym z głównych motywów zaangażowania w kampanię była obsesyjna krytyka „kultury woke”.

W praktyce pogodzenie interesów tych bardzo różnych grup szybko okazało się trudne. Na papierze plan wyglądał atrakcyjnie: wielka komisja do cięcia wydatków, z Muskiem w roli symbolicznego szefa, miała jednocześnie „wyciąć woke”, znaleźć oszczędności i poprawić sytuację gospodarczą. W rzeczywistości wygaszanie programów DEI (diversity, equity, inclusion – polityk różnorodności, równości i inkluzywności) przyniosło jedynie szczątkowe oszczędności, a administracja Trumpa zaczęła stosować skrajnie szeroką definicję „woke”, obejmującą nie tylko inicjatywy równościowe, lecz także badania nad klimatem, szczepionkami, a ostatnio nawet czcionkę Calibri.

Prezydent wdał się w długotrwały konflikt z uczelniami i instytucjami badawczymi, próbując wymusić na nich ustępstwa kulturowe. Równolegle jego administracja obniżała podatki korporacjom, broniła Big Techu w sporach z Unią Europejską i deregulowała rynek kryptowalut. Wiceprezydent JD Vance przedstawiał ten zestaw działań jako spójny projekt walki o wolność słowa i wzmacniania gospodarki. Znaczna część opinii publicznej pozostała jednak wobec tej narracji sceptyczna.

Sondaże pokazują, że mimo miesięcy intensywnej kampanii przeciwko DEI Amerykanie nie postrzegają tych programów jako głównego źródła swoich problemów. Badanie AP-NORC Center for Public Affairs Research wykazało, że około czterech na dziesięciu Amerykanów popiera programy DEI na uczelniach, podczas gdy przeciwników jest około trzech na dziesięciu, a reszta pozostaje neutralna. Nawet wśród Republikanów sprzeciw okazuje się znacznie mniej jednoznaczny, gdy pytania dotyczą konkretnych elementów – takich jak stypendia dla grup mniejszościowych.

Nic dziwnego, że od kilku miesięcy najczęściej powtarzanym hasłem w amerykańskiej polityce nie jest „woke” ani „DEI”, lecz „affordability” – pojęcie, które można luźno oddać jako „przystępność cen” czy „koszty utrzymania”. Według sondażu zleconego przez Politico 46 procent badanych twierdzi, że obecne koszty życia są najwyższe, jakie pamiętają – pogląd ten podziela także ponad jedna trzecia wyborców Trumpa z 2024 roku.

Nieprzypadkowo „affordability” zdominowało także język debaty publicznej. James Carville, autor legendarnego hasła „To gospodarka, głupcze”, przyznawał niedawno, że sam nie nadążał za tempem tej zmiany. „Jednego dnia nikt nie używał tego słowa, a następnego słyszałem je sto razy” – mówił. W badaniach fokusowych, opisywanych przez „New York Times”, wyborcy coraz częściej mówią nie o abstrakcyjnych wskaźnikach makroekonomicznych, lecz o bardzo konkretnych doświadczeniach: niemożności opłacenia studiów dla dzieci i zakupu domu czy utrzymania się na emeryturze.

To właśnie ta codzienna presja cen stopniowo podkopuje społeczne zaufanie do prezydenta, niezależnie od tego, jak głośno jego obóz mówi o tematach kulturowych.

Jest super… i to wina Demokratów

Przemówienie Trumpa dobrze oddaje jego największy polityczny dylemat.

Z jednej strony prezydent nie chce przyznać, że sytuacja gospodarcza jest zła – co może okazać się poważnym błędem taktycznym. Jak trafnie zauważył dziennikarz David E. Sanger na łamach „New York Timesa”, Trump zdaje się popełniać ten sam błąd co jego poprzednik: „Podobnie jak Joe Biden przekonywał, że gospodarka ma się znacznie lepiej, niż sądzą obywatele, tak Trump do wyborców krzyczy dziś, że powinni być mu wdzięczni za powrót miejsc pracy i usunięcie imigrantów z rynku pracy”.

Z drugiej strony jego doradcy zdają mu się podpowiadać mniej więcej to, co napisał Sanger: że problemu kosztów życia nie da się po prostu zignorować. Stąd objazd kraju i próby bezpośredniej odpowiedzi na społeczne lęki związane z cenami. Tyle że w trakcie tej trasy Trump miota się między lekceważeniem problemu – gdy mówi, że „wasze dzieci nie potrzebują 37 lalek” – a zrzucaniem całej odpowiedzialności na Bidena. Dokładnie tak samo jak w swoim orędziu.

W efekcie przekaz Trumpa pozostaje wewnętrznie sprzeczny: to jednocześnie opowieść o „najlepszej gospodarce od dekad” i narracja o kraju rzekomo zrujnowanym przez Demokratów.

Część problemów Trumpa wynika też bezpośrednio z tematów, które wypromował on sam lub wspierające go środowiska. Najlepszym przykładem jest dyskusja wokół ujawnienia akt Jeffrey Epsteina. Przez lata był to wygodny instrument uderzania w establishment. Dziś ten sam temat stał się znacznie mniej komfortowy, gdy się okazuje, że establishment utrzymujący relacje z Epsteinem to także między innymi Trump. Takie tematy są wyjątkowo nie na rękę obecnemu prezydentowi, bo dodatkowo skłócają jego koalicję.

Temat imigracji czy walki z woke może być atrakcyjny dla części wyborców Trumpa, ale wyborcy niezdecydowani coraz bardziej są zainteresowani tym, ile kosztują produkty w ich lokalnym sklepie albo czy stać ich na ubezpieczenie zdrowotne, a coraz mniej tym, czego uczy się studentów na wydziałach literatury amerykańskich college’ów.

Oczywiście dla Trumpa najlepiej byłoby, gdyby nastąpiło odbicie gospodarcze: ceny zaczęły rosnąć wolniej, a Amerykanie poczuli poprawę we własnych portfelach. Ale połączenie polityki ceł z utrudnianiem dostępu do opieki zdrowotnej działa raczej w przeciwnym kierunku.

Trump miał sprytną narrację na kampanię wyborczą. Coraz więcej wskazuje jednak na to, że nie ma równie przekonującego pomysłu na rządzenie.

;
Tomasz Markiewka

Filozof, publicysta, tłumacz. Wykłada na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Autor książek "Język neoliberalizmu" (2017), "Gniew" (2020), "Zmienić świat raz jeszcze. Jak wygrać walkę o klimat" (2021) oraz "Nic się nie działo. Historia życia mojej babki" (2022).

Komentarze