0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Wojciech Habdas / Agencja Wyborcza.plFot. Wojciech Habdas...

Zamiast pomóc potrzebującym w Ukrainie, autobusy z Kielc mogą iść na złom. To efekt awantury, wywołanej przez radnych PiS i przewodniczącego Rady Miasta Macieja Jakubczyka. Sprzeciwili się oni przekazaniu wycofywanych w maju z eksploatacji maszyn ukraińskiej Winnicy. Powód? Jedna z ulic nosi tam imię Stepana Bandery, kojarzonego w Ukrainie powszechnie z walką o ukraińską niepodległość, w Polsce — ze zbrodnią wołyńską. Dlatego autobusy dla Winnicy mają iść na złom.

„Rządzący Ukrainą, pomimo ogromu pomocy płynącej od Polski, nie są w stanie zrealizować naszej najprostszej prośby o zaprzestanie upamiętniania ludzi, którzy na tle etnicznym mordowali Polaków. Pomimo tego pani prezydent wychodzi z inicjatywą przekazania autobusów Winnicy, czyli miastu, w którym pod koniec 2022 r. również zmieniono nazwę jednej z ulic na ulicę imienia Stepana Bandery” – mówił „Echu Dnia” radny PiS Marcin Stępniewski.

„W ten sposób przegrywamy z Rosją wojnę informacyjną” – mówi nam Tomasz Sikora, lider Fundacji „Sikorki na Ukrainie”, która od 2022 roku wspiera ukraińskich żołnierzy na pierwszej linii frontu.

Po sprzeciwie kieleckich radnych PiS jego organizacja zbiera pieniądze na zakup pojazdów, które mogą wyjechać na ulice ukraińskiego miasta. Sikora apeluje, by dyskusje o historii i pojednaniu pozostawić historykom.

Autobusy dla Winnicy: Mer wycofuje się z prośby

Kielce współpracują z Winnicą od 1958 roku. W związku z tym mer Winnicy Sergiej Morgunow w maju zwrócił się do polskich partnerów o przekazanie Winnicy wycofywanych z użycia, 17-letnich autobusów.

15 starych Solarisów mogłoby uzupełnić tabor transportu publicznego, który cierpi przez rosyjskie ataki na infrastrukturę energetyczną. Komunikacja w ukraińskim mieście opiera się na ruchu napędzanych prądem trolejbusów i tramwajów.

Po sprzeciwie radnych Morgunow wycofał się ze swojej prośby. „Zrobił to nie dlatego, że potrzeby jego miasta nagle zniknęły. Wojna nadal jest tam codziennością, a mieszkańcy Winnicy wciąż mierzą się z jej konsekwencjami. Zrobił to dlatego, że nie chciał, aby sprawa pomocy dla miasta żyjącego w warunkach wojny stała się narzędziem politycznego sporu i powodem kolejnych podziałów” – przekazała w mediach społecznościowych prezydentka Kielc Agata Wojda, która stanowczo zaprotestowała przeciwko stanowisku Rady Miasta.

W sobotnie popołudnie (13 czerwca) zorganizowana przez Fundację Sikorki na Ukrainie zrzutka na autobusy dla Winnicy osiągnęła kwotę niemal 400 tys. złotych. Cel to 500 tysięcy.

To skutek wojny, która już toczy się w Polsce

Marcel Wandas, OKO.press: Czy całe Kielce są przeciwko przekazaniu tych autobusów Winnicy? Z jednej strony słyszymy ostre wypowiedzi radnych, z drugiej — pani prezydent miasta próbuje uspokoić nastroje.

Tomasz Sikora, Fundacja Sikorki na Ukrainie: Na podstawie pięcioletnich doświadczeń w mojej pracy, jestem przekonany, że społeczeństwa obu krajów – Ukrainy i Polski – patrzą na siebie pozytywnie. Natomiast mamy trzy partie w Polsce, które w sposób populistyczny budują swój twardy elektorat i wykorzystują narracje produkowane przez Kreml. Łatwo jest zdobywać kapitał polityczny, szerząc strach i nienawiść, tworząc podziały.

W powszechnej świadomości nie funkcjonuje wiedza, że i w Polsce już toczy się wojna. Etap kinetyczny, kiedy na domy, szkoły, szpitale, muzea spadają rakiety, a rosyjski żołnierz jest na ulicy, to już jest czwarty lub piąty etap wojny.

Obecnie w Polsce trwa wojna w obszarach dezinformacji, polaryzacji, izolacji Polski od UE, izolacji Ukrainy od Polski. W Polsce mamy do czynienia z atakami na infrastrukturę medyczną, wodociągową, transportową, w tym na linie kolejowe. Mamy do czynienia z działaniami dywersyjnymi, szpiegowskimi i sabotażami.

Zdarzają się podpalenia obiektów wielkoformatowych, Kreml prowadzi badanie podatności polskiej infrastruktury na ataki hakerskie. Taka wojna toczy się przeciwko Polsce, przeciwko Europie Zachodniej, przeciwko NATO. Front przebiega przez każdy dom z dostępem do internetu.

Mamy polityków, którzy z tego korzystają. Mają z czego korzystać, ponieważ to, co my nazywamy trochę pogardliwie „farmami trolli”, to naprawdę są wielkie korporacje i wyspecjalizowane organizacje.

Przeczytaj także:

Tymi autobusami chcieliśmy wygrać jedną bitwę. Pokazać, że głos niektórych polityków nie jest głosem narodu. Że Polacy w swoim codziennym życiu chcą, żeby Winnica dostała te autobusy. Stąd się wzięła inicjatywa.

Poszło fenomenalnie.

Odpowiedź polskiego społeczeństwa zachwyciła nas wszystkich. W tej chwili próbujemy zorientować się w rynku, szukamy autobusów, między innymi w województwie podkarpackim, ale i na terenie samej Ukrainy. Chcemy wycisnąć maksimum dobra z każdej ofiarowanej nam złotówki.

Na jaką liczbę pojazdów powinno wystarczyć pieniędzy?

Dziś trudno powiedzieć cokolwiek oficjalnie. Na pewno chcemy kupić autobusy, ale też dwa używane samochody osobowe dla szpitala weteranów w Winnicy, do wożenia leków i personelu.

„Działamy tam, gdzie państwa nie ma”

Jak wygląda teraz sytuacja w Winnicy? W całej Ukrainie atakowane są cele cywilne, traci na tym również transport publiczny?

Winnica jest miastem, w którym dominuje transport oparty na energii elektrycznej, jeździ bardzo dużo trolejbusów. Ze względu na częste terrorystyczne ataki Rosjan na infrastrukturę cywilną tego prądu często nie ma, więc jeździć się nie da.

Winnicę można też opisać jako centrum logistyczne, chociażby dla wolontariuszy udających się potem we wszystkie kierunki kraju. Tam też, na dworcu kolejowym, zaczęliśmy pracować z uchodźcami na początku pełnoskalowej wojny. I tam spotykaliśmy ludzi, którzy uciekli przed okropieństwami wojny, z relacjami, świadectwami, z traumami. W Winnicy doświadczyliśmy też po raz pierwszy alarmów lotniczych, na początku robiły na nas wrażenie, ale potem zrozumieliśmy, że najlepszym sposobem na nie są zatyczki do uszu.

Czyli to miasto szczególnie doświadczone przez wojnę?

Być może nie szczególnie doświadczone, choć cała Ukraina rzecz jasna cierpi. W Winnicy nie jest tak źle, jak w Kijowie, i nie tak spokojnie, jak we Lwowie, gdzie ataki na infrastrukturę cywilną są rzadsze. Choć być może to niefortunne zestawienie, ale ja mam już nieco zaburzoną perspektywę.

W naszej fundacji funkcjonujemy często w strefach przyfrontowych, gdzie już nie ma państwa, za ostatnimi punktami kontrolnymi. Tam już nie ma syren, ostrzeżeń, schronów. Tam żołnierze walczą na jednym froncie, a my, tymi autobusami, działamy na drugim, gdzie Rosja również prowadzi wojnę.

Jest się spisywanym, sprawdzanym, a dalej już nie ma państwa, dalej już nie ma syren, dalej już nie ma ostrzeżeń, dalej już nie ma schronu, dalej jest taki trochę Dziki Zachód. Więc mamy trochę zaburzoną perspektywę i często pracujemy z cywilami, ale te autobusy to jest chęć wygrania bitwy na tym drugim froncie, gdzie Rosja prowadzi wojnę.

Wygrywa populizm

Wygrywamy ją, czy przegrywamy? Jak pan to ocenia, słysząc od kieleckich radnych, że polskie autobusy nie będą jeździły po ulicy Bandery?

Przegrywamy, bo jawnie prorosyjska partia Grzegorza Brauna, który Putina nazywa „ekscelencją”, ma dzisiaj w niektórych sondażach 8 procent głosów. Partia pana Mentzena miewa około 12 procent głosów. Pan Mentzen może współtworzyć rząd po najbliższych wyborach.

W Sejmie są ludzie, którzy powielają kremlowską narrację i postawy. I oni będą uchwalać ustawy, będą tworzyć budżet, będą wybierać sędziów Trybunału Konstytucyjnego i Stanu, prezesa NBP, Rzecznika Praw Obywatelskich, a w rządzie będą odpowiedzialni za budżet państwa, będą realizowali politykę bezpieczeństwa, będą nadzorowali służby wywiadowcze, kontrwywiadowcze, będą realizowali zadania z zakresu obronności państwa. I dla mnie to jest jasne, że tę wojnę w Polsce przegrywamy.

A te autobusy, to jest jedna z naszych bitew w tej wojnie.

Mówi pan o wojnie, konfrontacji — a czy w takiej atmosferze, gdy słyszy pan, jak politycy straszą Banderą, możliwy jest jeszcze jakiś dialog?

Politycy przede wszystkim nie powinni zajmować się historią, to zadanie dla historyków. Historycy nie walczą o głosy wyborców, nie muszą ulegać populizmowi, mogą spokojnie ustalać fakty, a z tych ustalonych faktów będą wysnuwać wnioski dotyczące procesu pojednania. Dopóki historia będzie wykorzystywana w walce politycznej, dopóty nigdy nie będzie odpowiednio opisana. Zawsze będzie wykorzystywana w jakimś kontekście, będzie bronią do zdobywania głosów.

Wojna na dwóch frontach. Autobusy dla Winnicy jedną bitwą

Coraz mniej merytoryki widzę w dyskusjach i debatach. Coraz więcej grzania tematów, które mają wzbudzić emocje. Nie mam rozwiązania, nie mam recepty dla polskich polityków.

Wydaje mi się, że najlepszym rozwiązaniem byłaby zmiana struktur partii politycznych, które obecnie tkwią w średniowieczu. To są systemy lenno-wasalne, gdzie przewodniczący partii są prawie absolutnymi władcami pod warunkiem, że są otoczeni silnymi, wspierającymi ich baronami partyjnymi.

A mamy XXI wiek i jeżeli w strukturach państwa demokratycznego władzę zdobywa organizacja, która ma strukturę średniowieczną, oligarchiczną, to nie jest dobre.

Te struktury zderzają się z coraz lepiej funkcjonującymi mechanizmami wywierania wpływu, siania dezinformacji. I dopóki państwo nie uświadomi sobie, że powinno być regulatorem chroniącym obywatela, a te mechanizmy są skierowane przeciwko obywatelowi, to nie będzie dobrze.

To pewnie praca na lata, a co można zrobić teraz, jeśli nie zgadzamy się na przykład z poglądami kieleckich radnych?

Przede wszystkim zapraszam do obserwowania naszej Fundacji Sikorki. Przez te pięć lat zdobyliśmy doświadczenie jak unikać fałszywych producentów, podwójnego finansowania czy malwersacji środków. Pracujemy z jednostkami znajdującymi się na pierwszej linii, które prowadzą aktywną walkę.

Praktycznie nie pracujemy z dużymi sztabami, z jednostkami drugiego lub trzeciego rzutu. Potrafimy pozyskiwać urządzenia tanio. Kupujemy je zazwyczaj w Ukrainie. To jest głównie sprzęt bojowy: wszelkiej maści drony – na światłowodzie, radiowe, ciężkie, typu „Babij Jar” noszące 25 kg, zbijające, strzelające do innych dronów, przechwytujące inne drony, drony z retranslatorami zwiększającymi zasięg pracy innych dronów.

Pracujemy z pojazdami NRK (Naziemnyj Robototechnicznyj Kompłeks) – to są naziemne kompleksy zrobotyzowane, które dostarczają jedzenie, wodę, leki i inne materiały na pozycje bojowe. Jednocześnie mając dobre relacje z żołnierzami, jesteśmy świadkami, jak te urządzenia, które dostarczamy, są eksploatowane, jak są używane. I wydaje mi się, że współpraca z nami jest naprawdę dobrym pomysłem.

Na zdjęciu Marcel Wandas
Marcel Wandas

Reporter, autor tekstów dotyczących klimatu i gospodarki. Absolwent UMCS w Lublinie, wcześniej pracował między innymi w Radiu Eska, Radiu Kraków i Off Radiu Kraków, publikował też w Magazynie WP.pl i na Wyborcza.pl. Jeden ze współautorów podcastu "Drugi Rzut Oka". Interesuje się tematyką transformacji energetycznej, transportu publicznego, elektromobilności, w razie potrzeby również na posterunku przy tematach popkulturalnych. Mieszkaniec krakowskiej Mogiły, fan Eurowizji, miłośnik zespołów Scooter i Nine Inch Nails, najlepiej czujący się w Beskidach i przy bałtyckich wydmach.

Komentarze