0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Foto Roman PILIPEY / AFPFoto Roman PILIPEY /...

Po ponad czterech latach od pełnoskalowej agresji Rosji sytuacja ogólna przypominać może obraz znany z zachodniego frontu I wojny światowej. Wprawdzie linię okopów zastąpiła strefa walk, w której walczą rozproszone z konieczności poddziały piechoty, wspierane przez wozy bojowe, artylerię oraz załogowe i bezzałogowe lotnictwo – ale rezultat jest podobny.

Sukcesem jest zajęcie kolejnego osiedla, przesunięcie obszaru kontrolowanego przez jedną ze stron o kilka kilometrów. I nie ma to przełożenia na wynik wojny.

Aby manewr na polu walki faktycznie przyniósł większe rezultaty – w skali operacyjnej czy wręcz strategicznej, na podobieństwo walk, jakie toczyły się podczas II wojny światowej na zachodnim lub wschodnim froncie, musi zostać spełnionych kilka warunków.

Po pierwsze, atakujący musi móc skoncentrować siły, i to w co najmniej dwóch rzutach. Pierwszy rzut przełamuje obronę przeciwnika, w wybranym – najlepiej najsłabiej bronionym i dogodnym terenowo miejscu, po czym do walki wchodzi rzut drugi. Złożony ze świeżych sił. Mający za zadanie wykorzystać przełamanie frontu, rozwinąć natarcie w głąb ugrupowania przeciwnika, zająć wskazane obszary i obiekty, a zwłaszcza zdezorganizować sieci zaopatrzenia i łączności.

Idealnym scenariuszem jest przy tym nie tyle zniszczenie całości sił przeciwnika, ile ich rozbicie, podzielenie na mniejsze odcięte od siebie zgrupowania. Istotne jest bowiem zajęcie kluczowych obiektów – jak choćby mostów i węzłów komunikacyjnych czy obszarów – takich, na których można przygotować obronę, aby później z nich wyprowadzać kolejne uderzenia.

Analogicznie, obrona manewrowa polega na przemieszczaniu własnych sił i koncentrowaniu wysiłku tam, gdzie to jest niezbędne, przemieszczając własne wojska z pozycji na pozycję, starając się przeciwnika spowolnić, ograniczyć jego ruch a własne siły moc skoncentrować i wyprowadzić kontratak tam, gdzie przyniesie to najlepsze rezultaty.

Łatwo zauważyć, że wojna manewrowa wymaga właśnie swobody manewru i koncentracji sił. Tymczasem pole walki w Ukrainie okazuje się od kilku lat manewrowi niesprzyjające – bezzałogowe środki rozpoznania wykrywają zgrupowania sił, na które spada ogień artylerii oraz uderzenia lotnicze.

Siła ognia uzyskała dawno nieobserwowaną przewagę nad manewrem.

Oznacza to, że wojna lądowa staje się wojną na wyczerpanie,

ta strona, która pierwsza straci na tyle dużo ludzi oraz sprzętu, że przestanie być w stanie dźwigać ciężar wojny – przegra.

Taki stan rzeczy oznacza jednak, że musi znaleźć się jakieś rozwiązanie alternatywne. Sposób osiągnięcia celów strategicznych, który nie wymaga toczenia kosztownej i destrukcyjnej wojny na wyczerpanie. Taką szansę daje lotnictwo – w bardzo szerokim tego słowa znaczeniu.

I od zakończenia I wojny światowej poszukiwano takiej alternatywy zarówno w teoretycznych rozważaniach (choćby w fundamentalnej książce G. Douheta „Panowanie w powietrzu”), jak i również w praktyce, zwłaszcza podczas II wojny światowej i późniejszych konfliktów.

Przeczytaj także:

Trzy zadania sił powietrznych

Użycie lotnictwa, aby wesprzeć działania lądowe, można z grubsza podzielić na trzy obszary.

Pierwszym jest bezpośrednie wsparcie lotnicze. Jest to użycie lotnictwa do atakowania tych sił przeciwnika, z którymi aktualnie walczą własne wojska lądowe. I to z reguły właśnie oddziały na lądzie określają cele do ataku i naprowadzają uderzenia.

Do tego można wykorzystywać szereg narzędzi, które muszą spełniać jeden warunek – mają skutecznie zniszczyć wrogi bunkier, czołg czy gniazdo karabinów maszynowych, by umożliwić ominięcie lub przełamanie obrony przeciwnika.

Stąd też do tego celu stosowane były i są różne typy samolotów, śmigłowców czy też bezzałogowych statków powietrznych. Oprócz lotnictwa uzupełnia je artyleria, zwłaszcza lufowa (haubice, moździerze). Jest to mimo technicznego skomplikowania (w końcu razi się cele będące blisko własnych wojsk, więc margines błędu jest mały) zadanie względnie proste, sprowadzające do bombardowania i ostrzeliwania celów na linii frontu.

Drugim jest izolacja pola walki. Polega ona na atakowaniu terenów położonych za linią frontu, tam, gdzie przebiegają linie zaopatrzenia, którymi transportowane są wojska przeznaczone do użycia w walce, paliwo, amunicja i inne rodzaj zaopatrzenia.

To osłabia siły, które są na froncie – posiłki i zaopatrzenie docierają z opóźnieniem, jeśli w ogóle, a jeśli trafią na front, to w mniejszej ilości niż zakładano. To oznacza, że planowany atak nie dojdzie do skutku lub będzie słabszy, osłabione zostaną także możliwości obrony.

Aby wykonać taką misję, potrzebne są informacje o trasach wykorzystywanych przez przeciwnika – o ich położeniu oraz o natężeniu czy harmonogramie ruchu, o węzłach komunikacyjnych, położeniu magazynów. To pozwala uderzyć – lecz aby skutecznie uderzyć, trzeba mieć niezbędne narzędzia, czyli samoloty, rakiety lub bezzałogowe statki powietrzne, które mogą dolecieć do celu i wykonać skuteczny atak.

Może także się okazać, że na określony cel trzeba poczekać lub go poszukać i dopiero wówczas atak będzie możliwy. Także tutaj, w miarę możliwości oprócz lotnictwa, przydatna może być artyleria o odpowiednim zasięgu – zwłaszcza rakietowa.

Trzecim obszarem są naloty strategiczne, z powietrza można uderzyć na głębokie zaplecze przeciwnika. Uderzenia strategiczne mają na celu ograniczenie, a w idealnym przypadku – pozbawienie państwa możliwości toczenia wojny, poprzez niszczenie aparatu kierowania państwem, kluczowych elementów sił zbrojnych, przemysłu, obsługującej go infrastruktury (na przykład energetycznej) oraz wywarcia presji na ludność cywilną, tak aby przestała wspierać wysiłek wojenny. Czasem przybiera to postać decyzyjnych nalotów na wybrane obiekty, czasem – terrorystycznych nalotów na całe miasta.

Skutki nalotów strategicznych mogą być odczuwalne z dużym opóźnieniem, z racji tego, że nie są one wymierzone bezpośrednio w wojska walczące na froncie. Nie jest to niszczenie samych czołgów. Jeśli jednak zniszczone będą huty stali, zerwane łańcuchy dostaw paliw – to owych czołgów będzie z czasem coraz mniej i nie będą one miały paliwa w zbiornikach.

Oczywiście wykonywane są także zadania wspierające. Jednym z nich jest przełamywanie obrony przeciwlotniczej przeciwnika, a więc zwalczanie wrogich radarów i wyrzutni rakiet przeciwlotniczych – po to, by oczyścić pole do właściwych uderzeń.

Siła ognia dominuje nad manewrem

W przypadku pełnoskalowej agresji Rosji na Ukrainę obserwowane były wszystkie trzy rodzaje działań, choć z różnym natężeniem i w różnych okresach. Cały czas prowadzone jest bezpośrednie wsparcie lotnicze. I w przypadku tej wojny Ukrainie można obserwować cały wachlarz środków.

Bliskie wsparcie to zarówno mały bezzałogowiec FPV, pocisk wystrzelony ze śmigłowca, jak i bomba szybująca zrzucona przez samolot. To właśnie te wszystkie środki miały walny wpływ na to, że na szczeblu taktycznym – siła ognia obecnie dominuje nad manewrem i czyni go, zwłaszcza w skali operacyjnej niezwykle trudnym.

Bomba szybująca US Air Force GB-28U
Bomba szybująca US Air Force GB-28 o wadze 2,2 tony. Foto US Air Force, w domenie publicznej

Podobny szeroki wachlarz środków obserwowany był w przypadku prób izolacji pola walki. O ile ataki na bliższe cele mogły być wykonywane początkowo przez artylerię czy proste bezzałogowce, im dalej, tym bardziej potrzebne były środki bardziej zaawansowane. Takimi były dostarczane od 2022 roku wyrzutnie HIMARS czy pociski manewrujące Storm Shadow, do których przenoszenia przystosowano samoloty Su-24.

Rakieta Storm Shadow. Foto na wolnej licencji

Efekt zastosowania tych środków był odczuwalny. W roku 2022 uderzenia pocisków rakietowych na rosyjskie składy zaopatrzenia czy stanowiska dowodzenia walnie przyczyniły się do wyzwolenia znacznych części terytorium Ukrainy, w tym Chersonia. Skuteczność takich ataków doprowadziła wręcz do pojawienia się żargonowego określenia „Himarsowanie”.

Obecnie obserwowane są intensywne działania tego rodzaju, skoncentrowane na okupowanych przez Rosję obszarach Zaporoża i Donbasu, przez które przebiegają linie zaopatrzenia zarówno sił na froncie, jak i zagarniętego przez Rosjan Krymu.

Celem tych ataków są środki transportu – ciężarówki, zarówno stojące, jak i w ruchu oraz pociągi.

Do paraliżowania przepływu zaopatrzenia wykorzystywane są bezzałogowe samoloty pociski. Wśród nich szczególnie eksponowane w przekazie medialnym miejsce zajmują amerykańskie bezzałogowce Hornet.

Hornet attack drone. Fot. US Army

Są to samoloty-pociski o zasięgu do 150 kilometrów, które mogą dotrzeć nad drogi i linie kolejowe. Wykorzystując naprowadzanie optyczne (czyli kamerę) oraz algorytmy obróbki obrazu („sztuczną inteligencję”) mogą wykrywać pasujące do zadanego wzorca obiekty – czyli ciężarówki i atakować je.

Nie jest to metoda nowa – podobnie naprowadzanych jest szereg typów pocisków rakietowych czy bezzałogowców, ale w tym przypadku widać proliferację tego typu rozwiązań – od drogiego dużego pocisku przeciwokrętowego do małego taniego bezzałogowca. Oprócz Hornetów prawdopodobnie wykorzystywane są także inne typy maszyn, zarówno ukraińskich jak FP-1 i FP-2 czy RAM-2X. Ich celami nie są tylko pojazdy – trwają nieustannie uderzenia w cele stacjonarne jak składy zaopatrzenia czy obiekty wojskowe.

Rosja bezradna

Rosja przy tym nie jest w stanie najwyraźniej efektywnie przeciwdziałać takim atakom. Najbardziej pomysłowe dotąd rozwiązanie to malowanie samochodów w rozbijający sylwetkę kamuflaż złożony z biało czarnych pasów powielający eksperymentalny kamuflaż okrętów z I wojny światowej i inne abstrakcyjne wzory.

Rosyjska ciężarówka przemalowana, by zmylić drony. Źródło: media społecznościowe

O ile może to obniżyć skuteczność automatycznego rozpoznawania obrazów, to w przypadku dronów zdalnie sterowanych przez ludzi da to rezultat zupełnie odwrotny, przyciągający uwagę człowieka. Nie widać natomiast, aby Rosjanie byli w stanie efektywnie przeciwdziałać nalotom w bardziej konwencjonalny sposób, zarówno poprzez obronę naziemną, jak i załogowe i bezzałogowe statki powietrzne.

Paraliż logistyki

Rezultatem tych ataków jest paraliż logistyki rosyjskiej na okupowanych obszarach Ukrainy. Konsekwencje są szczególnie odczuwalne na Krymie – gdzie występują bardzo poważne, wymuszające ostre racjonowanie braki pali. Alternatywą dla dróg lądowych jest tylko most kerczeński oraz droga morska przez Morze Azowskie. A zarówno most, jak i porty to kolejne cele dla uderzeń z powietrza.

Bez odpowiedzi pozostaje na razie pytanie o szerszy cel tych działań. Intensywność uderzeń oraz ich koncentracja na jednym obszarze sugerują jednak, że prawdopodobnie ma miejsce przygotowanie warunków do podjęcia ofensywy ukraińskiej. Może to być operacja na dużą skalę – taka, która pozwoli na przełamanie frontu i wyzwolenie przynajmniej części okupowanych terytoriów.

Najbardziej optymistycznym rezultatem byłoby odzyskanie przez Ukrainę terenów utraconych po roku 2022 a jeszcze lepszym – dawnych „republik ludowych”, jakie powstały na skutek agresji w roku 2014. Wymagałoby to od Ukrainy przygotowania sił lądowych, które zdołałyby przełamać front, wykorzystać powodzenie i prowadzić ciągłe, dynamiczne natarcie. Dezorganizacja logistyki byłaby w tym bardzo pomocna.

Możliwe są także bardziej prawdopodobne scenariusze, w których kontrofensywa będzie miała mniejszy rozmach, i pozwoli tylko na wyzwolenie części terytoriów.

Wreszcie interesującą informację podał brytyjski dziennik „The Telegraph”. Według niego działania ukraińskie mają jedynie na celu izolację pola walki oraz przerwanie lądowych linii zaopatrzenia Krymu, co z kolei ma wraz z nalotami na cele w głębi Rosji zmusić Putina do porozumienia pokojowego.

Jeśli nie jest to dezinformacją, oznacza to jednak pewne problemy. Przede wszystkim – Rosjanie dalej będą kontrolować obszary, które zagarnęli. Oznacza to dogodne pozycje wyjściowe do kolejnej wojny.

Alternatywne wyjaśnienie oznacza, że po stronie ukraińskiej panuje albo wiara w moc samych tylko uderzeń z powietrza, albo też nastąpiło pogodzenie się z tym, że utrata części terytorium jest na razie nieodwracalna.

Zasadniczą niewiadomą jest tutaj ilość i jakość nadających się do działań ofensywnych sił po stronie ukraińskiej oraz ocena sytuacji przez ukraińskie dowództwo.

Scenariusze bardziej i mniej prawdopodobne

Wielką niewiadomą jest także reakcja Rosji. Prawdopodobnie w sytuacji, w której wojna lądowa przeszłaby – przynajmniej na jednym kierunku operacyjnym znów do działań manewrowych, podejmowane byłyby działania opóźniające, wykorzystano by lotnictwo do ataków na nacierające wojska i ich zaplecze.

Być może przekierowano by także bezzałogowce i pociski manewrujące, gromadzone do ataków na ukraińskie miasta, w celu użycia ich do prób izolacji pola walki. Otwartym pytaniem jest skuteczność takich działań, zwłaszcza że Ukraina może podejmować choćby ataki na lotniska a ponadto, w przeciwieństwie do roku 2022 (nie mówiąc o latach wcześniejszych) jej lotnictwo jest wyraźnie silniejsze.

I może komplikować rosyjskie działania. Możliwe są także inne scenariusze, na przykład ogłoszenie mobilizacji rezerwistów lub zerwanie z fikcją „specjalnej operacji wojskowej” i rzucenie na front poborowych.

Inna możliwość to uderzenie o skali operacyjnej w innym miejscu, na przykład na północy Ukrainy lub wręcz atak z Białorusi (choć to jest już najmniej prawdopodobny scenariusz).

Należy bowiem mieć na uwadze, że dla Ukrainy oprócz wymiaru czysto humanitarnego i symbolicznego, odzyskanie choćby części okupowanych terenów daje silniejszą pozycję przetargową, jeśli dojdzie do poważnych rozmów o zawieszeniu broni. Rosjanie będą starali się tę kartę albo odebrać, albo zrównoważyć. Ich sytuacja jest jednak trudna.

Kolejnym elementem układanki są bowiem ataki strategiczne. Od 2022 roku prowadzą je obie strony. Rosja atakuje ukraińskie miasta, a zwłaszcza infrastrukturę energetyczną i ciepłowniczą. I o ile nie udało się doprowadzić do załamania tych systemów ani ukraińskiej woli walki, to jednak zadawane są poważne straty.

Nie ma pewności, że kolejną zimę uda się przetrwać – jest to wypadkowa efektywności rosyjskich ataków, skuteczności rosyjskiej obrony, zdolności do napraw infrastruktury oraz finalnie – wytrzymałości społeczeństwa, które czeka prawdopodobnie czwarta zima pod bombami. To z kolei może być kolejnym powodem, dla którego władze w Kijowie mogą zaryzykować lądową kontrofensywę, aby tej zimy pod ostrzałem uniknąć.

Sytuacja jest niepomyślna, ale Rosja nie jest w lepszej.

Ukraińcy wciąż atakują obiekty przemysłowe, w tym rafinerie. Bezzałogowce uderzają w cele wojskowe, w tym w bardzo odległych regionach. Takie epizody jak uderzenia podczas forum ekonomicznego w Petersburgu, czy w rejonie Moskwy są dla Rosji upokarzające i ośmieszające zarazem. Do tego dochodzą straty gospodarcze oraz militarne. O ile takie niedawne straty jak spalenie stojącej w doku korwety „Bojkij” czy zniszczenie samolotów Tu-142MR (służących do utrzymywania łączności radiowej z okrętami podwodnymi) nie mają bezpośredniego przełożenia na sytuację na froncie – to podobnie jak szereg innych zadanych Rosji strat, choćby podczas operacji „Pajęczyna” czy innych walk – oznacza, że potencjał militarny Rosji słabnie, a odtworzenie zasobów będzie kosztowne. A nie widać oznak polepszenia sytuacji gospodarczej, zwłaszcza w świetle obciążenia gospodarki kosztami wojny oraz sankcjami.

dym po ukraińskim ataku unosi się nad Petersburgiem
Dym po ukraińskim ataku unosi się nad Petersburgiem

Krym na celowniku

Zdolność Rosji do toczenia wojny, zarówno tej aktualnej, jak i również hipotetycznych innych – na przykład agresji na jedno lub kilka państw NATO – słabnie. Powoli niezbyt spektakularnie, ale słabnie. Nie oznacza to, że Rosja nie jest niebezpieczna – przeciwnie. To państwo agresywne, którego wojska popełniają liczne zbrodnie wojenne. Mające w pogardzie prawo międzynarodowe czy prawa człowieka. Okazuje się jednak państwem pod względem militarnym znacznie słabszym niż dekadę temu.

Lub może raczej: inaczej wówczas ją postrzegano. Dość wspomnieć, że Rosja, która posiadała systemy obrony przeciwlotniczej, liczne i uważane za nowoczesne, zarówno w wojskach lądowych, jak i również w siłach powietrzno-kosmicznych – wraz z samolotami wczesnego ostrzegania, myśliwcami przechwytującymi i rakietami zdolnymi do zwalczania pocisków balistycznych – ma ogromny problem, by efektywnie przeciwdziałać ukraińskim uderzeniom. Pewne są więc kolejne straty i rosnące koszty wojny.

Nawet jeśli ukraińska ofensywa na Zaporożu nie doprowadzi do wyzwolenia dużych obszarów (choć nie można nie trzymać kciuków choćby za wyzwolenie Mariupola), to ataki na rosyjskie zaplecze – bliższe i dalsze mogą mieć wpływ na wynik wojny.

Stopniowo słabnący rosyjski potencjał militarny i gospodarczy może bowiem sprawić, że elity władzy nawiążą w końcu kontakt z rzeczywistością i zaczną podejmować kroki zmierzające ku realnemu porozumieniu pokojowemu. Alternatywą może być bowiem rosnące prawdopodobieństwo gospodarczego i społecznego załamania – nie dziś nie jutro, ale kiedyś. A to może doprowadzić do załamania systemu władzy.

Oczywiście władza, zwłaszcza w państwie autorytarnym, zmierzającym z powrotem ku totalitaryzmowi może próbować przeciwdziałać – poprzez represje. Ale represje także oznaczają koszty – choćby wykorzystanie żołnierzy do pacyfikacji niepokojów, których nie będzie można posłać na front.

Mężczyzna z założoną na twarz czarnym urządzeniem z czterema wystającymi na boki antenkami.
Książę Harry testuje sterowanie robotami służącymi do rozminowywania. 24 kwietnia 2026 niedaleko miejscowości Bucza, w regionie kijowskim. Fot. Valentyn KUZAN/The HALO Trust Ukraine/AFP

Wnioski dla Polski

Ostrożnie optymistycznym scenariuszem jest więc sytuacja, w której Rosja zgadza się na jakieś porozumienie – zapewne będące kontrowersyjnym, niewygodnym kompromisem i de facto początkiem przerwy (być może trwającej lata) przed kolejnym konfliktem. Pesymistyczny scenariusz to zmuszenie Ukrainy do takiego porozumienia, w sytuacji, gdy na froncie sytuacja nie zmieni się, a ataki lotnicze i rakietowe na ukraińskie zaplecze doprowadzą do poważnego kryzysu i załamania się woli oporu.

W każdym przypadku można zauważyć, że o wyniku wojny przesądzić mogą ataki lotnictwa (w tym bezzałogowego) i sił rakietowych – oraz zdolność lub jej brak do ochrony własnego terytorium przed takimi atakami drugiej strony. Są to elementy współczesnej wojny, których także w Polsce, analizując hipotetyczne scenariusze wojny z Rosją – nie można lekceważyć.

Cykl „SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE” to propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak i ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Rozbrajamy mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I piszemy o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

Na zdjęciu Michał Piekarski
Michał Piekarski

Adiunkt w Instytucie Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego, zajmuje się problematyką bezpieczeństwa narodowego, w szczególności zagrożeń hybrydowych, militarnych oraz kultury strategicznej Polski. Autor książki "Ewolucja Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1990-2010 w kontekście kultury strategicznej Polski" (2022), stały współpracownik magazynu „Frag Out” członek Polskiego Towarzystwa Bezpieczeństwa Narodowego

Komentarze