0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: 06.07.2026 Warszawa , ulica Banacha 2 . Wojskowe Centrum Edukacji Obywatelskiej . Wicepremier, minister obrony narodowej Wladyslaw Kosiniak - Kamysz podczas konferencji prasowej przedstawil szczegoly pomocy wojskowej udzielonej Ukrainie przez Polske od rozpoczecia pelnoskalowej rosyjskiej inwazji. Fot. Robert Kowalewski / Agencja Wyborcza.pl06.07.2026 Warszawa ...

Podczas wtorkowej (7 lipca 2026) konferencji prasowej bardzo z siebie dumny wicepremier i minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz ogłosił całemu światu, że od 2024 roku Polska w zasadzie tylko udaje, że jeszcze pomaga Ukrainie sprzętowo i materiałowo. Był to motywowany bardzo doraźną polityką wewnętrzną – a także zwykłym politycznym tchórzostwem – dyplomatyczny i wizerunkowy samobój.

Polska sama i na własne życzenie, przez nikogo (poza politykami prorosyjskiej prawicy) głośno o to niepytana, ogłosiła, że jej wojskowe wsparcie dla walczącego z Rosją kraju stało się w trakcie ostatnich 2,5 roku jedynie iluzoryczne. Będzie to miało daleko idące skutki – nie tylko, jeśli chodzi o pozycję Polski we wszelkich rozmowach o ewentualnym zakończeniu wojny i przyszłości regionu, ale także w polityce krajowej.

Z hukiem upadł mit, w który chcieli wierzyć wszyscy, w tym najwięksi krytycy Ukrainy i udzielanego jej przez Polskę wsparcia – ten mianowicie, że nasz kraj wciąż ponosi znaczne wyrzeczenia na rzecz walczących na froncie Ukraińców. Rząd postanowił bowiem wykazać czarno na białym, że to po prostu nieprawda.

10 razy mniej – jak to dumnie brzmi!

„Łączny koszt zrealizowanych donacji na rzecz Ukrainy to 16,45 mld zł, z czego w latach 2024-2026 wartość wyniosła 1,55 mld zł, co stanowi 9,4 procent całej kwoty” – informował na konferencji Kosiniak-Kamysz.

Oznacza to, że za rządów obecnej koalicji przekazaliśmy Ukrainie sprzęt i amunicję o łącznej wartości zaledwie 362 mln euro. W dodatku i to nie oddaje skali różnic. Bo wśród sprzętu przekazanego Ukrainie za rządów PiS było kilkaset (nawet łącznie do ok. 1000) czołgów i wozów bojowych. Był to sprzęt mocno wysłużony (posowieckie czołgi T-72 i ich modernizacje PT-91 oraz BWP, a także czołgi Leopard II kupione od Niemców z drugiej ręki), więc księgowo bardzo nisko już wyceniany. Realna wartość tej pomocy w krytycznym momencie wojny była jednak trudna do ocenienia. Sprzęt był w pełni funkcjonalny i gotowy do natychmiastowego użycia. Został zresztą doskonale użyty – najpierw do powstrzymania „walca” rosyjskiej ofensywy, a następnie do spektakularnych ukraińskich kontruderzeń w obwodach charkowskim i chersońskim.

Jeśli chodzi jednak o wsparcie sprzętowe i militarne z tych obecnych czasów – nie da się go nawet porównywać z tym udzielonym Ukrainie w trakcie 2 pierwszych lat wojny. I to nawet po uwzględnieniu nieujętych przez szefa MON świadczeń logistycznych, komunikacyjnych (np ok 80 mln euro wydanych od początku wojny na sponsorowane przez Polskę ukraińskie Starlinki) czy paliwowych (bo Orlen jest istotnym dostawcą paliw dla ukraińskich pojazdów wojskowych, choć absolutnie nie za darmo).

Jakby tego było za mało, rząd postanowił również ujawnić excelowską tabelę, w której pieczołowicie rozpisano poszczególne typy przekazanego uzbrojenia i ich księgową wartość. Z tej tabeli wynika przede wszystkim to, że nasza pomoc w trakcie pierwszych dwóch lat wojny przewyższała dziesięciokrotnie tę udzieloną w kolejnych latach. Potem jeszcze kolejni przedstawiciele rządu chwalili się na przykład, że podczas gdy za rządów PiS Polska przekazała Ukrainie 44 donacje sprzętowe, to za rządów obecnej koalicji było ich jedynie 5.

View post on Twitter

Polityczne przedszkole dla mniej bystrych dzieci

Wtorek 6 lipca był dniem, w którym ważni polscy ministrowie publicznie i bez żenady chwalili się tym, że po przejęciu władzy od PiS zakręcili kurek z pomocą dla Ukrainy znacznie mocniej, niż zrobił to Donald Trump po przejęciu władzy od Joe'go Bidena. O ile bowiem amerykańska pomoc sprzętowa dla Ukrainy zmalała od tego momentu wyraźnie, o tyle nie dziesięciokrotnie. Amerykanie są zresztą na tyle rozsądni, by się do ujawniania realnych różnic nie posuwać. Polska – nie.

Logika, która do tego doprowadziła, była rodem z politycznego przedszkola. Zaczęło się od tego, że Marcin Przydacz z Kancelarii Prezydenta oskarżył rząd w demaskatorskim tonie o przekazanie w marcu tego roku Ukrainie pocisków do baterii Patriot. Rząd zareagował niezwykle nerwowo – jakby Przydacz przyłapał go na realnej zbrodni, a nie na przekazywaniu Ukrainie krytycznie ważnego dla obrony ukraińskich miast przed rosyjskimi atakami rakietowymi uzbrojenia. I jakby sam Przydacz te kilka lat temu nie był regularnie orędownikiem udzielania Ukrainie potężnego wsparcia przez rząd PiS, którego był zresztą członkiem. W tym wypadku jednak i Przydacz (razem ze swoim politycznym szefem Karolem Nawrockim) i następnie Władysław Kosiniak-Kamysz (razem z jego politycznym szefem Donaldem Tuskiem) postanowili grać dokładnie pod dyktando Grzegorza Brauna i nacjonalistycznie pobudzonej antyukraińskiej i prorosyjskiej prawicy.

A przypomnijmy, że 2 i 6 lipca doszło właśnie do krwawych w skutkach ataków z użyciem dronów i pocisków balistycznych na Kijów. O ile z dronami ukraińska obrona powietrzna jak zwykle nieźle sobie poradziła, o tyle ze względu na brak pocisków do Patriotów właśnie, pociski balistyczne trafiły w liczne cele w stolicy Ukrainy i na jej obrzeżach powodując łącznie śmierć ponad 60 osób. To jest właśnie miara tego, jak dramatycznie potrzebuje pocisków do patriotów kraj piąty rok broniący się przed rosyjską agresją.

Oskarżenia Przydacza i lęk przed antyukraińskim wzmożeniem w mediach społecznościowych wystarczyły, by rząd postanowił popełnić wizerunkowe samobójstwo, jeśli chodzi o realną skalę jego pomocy dla walczącego z Rosją kraju – i upublicznić tajne dotąd dane.

Ostatecznie na konferencji prasowej Władysław Kosiniak-Kamysz tłumaczył się z przekazania pocisków do Patriotów Ukrainie, tym, że po pierwsze Polska zrobiła to pod naciskiem NATO i Amerykanów, a po drugie, to przekazała Kijowowi jedynie symboliczną liczbę rakiet.

„Na wniosek i prośbę sekretarza Generalnego NATO, dowództwa sił amerykańskich w Europie oraz dowódcy sił połączonych amerykańskich w Europie, po przeprowadzeniu konsultacji z grupą użytkowników, podjęto decyzję o donacji pocisków do systemu Patriot. Przekazana ilość stanowi margines naszych zdolności i w ocenie nie tylko Sztabu Generalnego, ale głównego dowodzącego armii amerykańskiej i sojuszniczej w Europie, nie wpływa na zdolności obrony powietrznej Polski” – mówił Kosiniak-Kamysz.

Aha, tych przekazanych w marcu pocisków do Patriotów było 5. Słownie: pięć.

Co sami sobie zrobiliśmy?

Skutki tego wystąpienia są rozległe i biją w kilka różnych obszarów – z których każdy należy do tych dla rządu priorytetowych.

Po pierwsze – autodenuncjacja polskiego rządu w tym zakresie nastąpiła dosłownie w przededniu szczytu NATO w Ankarze. Jest to zaś szczyt, na którym Polska domaga się od sojuszników potwierdzenia ich solidarności z krajami wschodniej flanki Sojuszu w obliczu płynących z wielu źródeł doniesień o możliwej zbrojnej prowokacji Rosji wymierzonej przeciwko jednemu z tych państw w tym Polsce. Tymczasem kraj, który publicznie ogłasza, że jego pomoc sprzętowa dla walczącej z Rosją Ukrainy zmalała do żałosnego poziomu 144 milionów euro rocznie, dość wyraźnie mówi swym sojusznikom, jak w rzeczywistości sam postrzega solidarność, zwłaszcza z tymi, którzy najbardziej jej potrzebują.

Po drugie – rząd postanowił ogłosić, że jego pomoc sprzętowa dla Ukrainy jest już jedynie symboliczna dokładnie w apogeum konfliktu o politykę historyczną między Warszawą a Kijowem, w momencie, gdy najważniejsi politycy obu państw prawie porzucili we wzajemnych relacjach kwestie bieżące, oddając się awanturze o UPA i Wołyń.

Polska tę awanturę na każdej linii przegrywa – a teraz podsunęła Kijowowi dodatkowo również bardzo rzeczowy argument, dlaczego właściwie zdaniem Warszawy nie warto się szczególnie przejmować.

To pod rozwagę zwłaszcza niezwykle licznym ostatnio zwolennikom prowadzenia wobec Ukrainy twardej i pragmatycznej realpolitik.

Przeczytaj także:

Po trzecie – rząd zrobił to, co zrobił, już po tym, jak weszły w życie tzw ustawy wygaszeniowej drastycznie ograniczające pomoc dla Ukrainek i Ukraińców uciekających przed wojną udzielaną przez nasz kraj. Ograniczyliśmy Ukraińcom dostęp do pomocy socjalnej i opieki medycznej. Teraz zaś ograniczamy najgorzej radzącym sobie uchodźcom z Ukrainy możliwość przebywania w tak zwanych Ośrodkach Zakwaterowania Zbiorowego, czyli w tych wieloosobowych halach i salach przypominających doraźne schronienia dla ofiar katastrof żywiołowych. Uznaliśmy bowiem, że nawet to jest za dużym ciężarem dla Polski i jej budżetu.

Po czwarte – przedstawienie danych o drastycznie malejącej skali wsparcia dla Ukrainy zbiega się w czasie z momentem, w którym Polska wciąż usiłuje zabiegać o udział w rozmowach dotyczących zakończenia wojny i przyszłego bezpieczeństwa w regionie. Choć ani Ukraina, ani kraje grupy E3 (Niemcy, Francja, Wielka Brytania) wydają się już miejsca przy tym stole dla Polski nie widzieć, wciąż można było próbować się do niego dopchać. Teraz – z danymi o 144 milionach euro rocznie na papierze – będzie o to o wiele, wiele trudniej.

Po piąte – przedstawiając realne dane dotyczące skali pomocy dla Ukrainy, rząd wrzucił granat do szamba, którym stał się w ostatnich miesiącach nacjonalistycznie wzmożony polski dyskurs dotyczący relacji Warszawy i Kijowa. Opublikowane przez rząd dane całkowicie przekreślają jeden z głównych mitów założycielskich tego dyskursu – ten mianowicie, że Polska wciąż ponosi nieproporcjonalnie duże wyrzeczenia na rzecz wspierania Ukrainy. Generalnie obalenie tego mitu nie jest niczym, co byłoby niegodne pochwały, problem w tym jednak, że rząd się nim dotąd ochoczo posługiwał w swej reaktywnej wobec rosnących oczekiwań prawicy coraz twardszej polityce prowadzonej wobec Ukrainy i Ukraińców.

Trudno powiedzieć, jakie będą tego skutki – mit jak to mit może bowiem w sprzyjających okolicznościach nadal funkcjonować w zupełnym oderwaniu od rzeczywistości. Samo jego zachwianie chwieje też jednak uzasadnieniami licznych polskich pretensji i roszczeń pod adresem Ukrainy. I tych wyrażających się w regularnym domaganiu się okazywania przez Kijów wdzięczności Warszawie, i tych, które mają motywować kolejne i kolejne cięcia dotyczące wsparcia dla Ukraińców obecnych w naszym kraju.

***

Ujawnienie przez rząd danych dotyczących realnej skali pomocy dla Ukrainy było jedną z najmniej przemyślanych decyzji tego rządu od początku jego funkcjonowania. Zrozumiały i przykry wstyd znacznej części wyborców tego rządu z powodu tego, jak nikłe stało się nasze wsparcie dla kraju skutecznie powstrzymującego Rosję w piątym roku wojny obronnej, to jednak i tak mało w porównaniu z bardziej długofalowymi skutkami tej decyzji w polityce międzynarodowej.

Na zdjęciu Witold Głowacki
Witold Głowacki

Dziennikarz, publicysta, rocznik 1978. Pracowałem w "Dzienniku Polska Europa Świat" (obecnie „Dziennik Gazeta Prawna”) i w "Polsce The Times" wydawanej przez Polska Press. W „Dzienniku” prowadziłem dział opinii. W „Polsce The Times” byłem analitykiem i komentatorem procesów politycznych, wydawałem też miesięcznik „Nasza Historia”. Współprowadziłem realizowany we współpracy z amerykańską fundacją Democracy Council i Departamentem Stanu USA cykl szkoleniowy „Media kontra fake news”, w ramach którego ok 700 dziennikarzy mediów lokalnych z całej Polski zostało przeszkolonych w zakresie identyfikacji narracji dezinformacyjnych i przeciwdziałania im. Wydawnictwo Polska Press opuściłem po przejęciu koncernu przez kontrolowany przez rząd PiS państwowy koncern paliwowy Orlen. Wtedy też, w 2021 roku, wszedłem w skład zespołu OKO.press. W OKO.press kieruję działem politycznym, piszę też materiały o polityce krajowej i międzynarodowej oraz obronności. Stworzyłem i prowadziłem poświęcony wojnie w Ukrainie cykl „Sytuacja na froncie” obecnie kontynuowany przez płk Piotra Lewandowskiego.

Komentarze