„Po co ja pana ministrem robiłem?”, „A po co ja pana prezydentem?” - kłócili się w sądzie w Gdańsku Lech Wałęsa i Jarosław Kaczyński. OKO.press przypomina, kto kogo kim zrobił. Ustalamy, który z nich miał rację

Obok siebie na sądowym korytarzu stanęli dwaj polityczni przyjaciele i współpracownicy z przeszłości, a obecnie już od dziesięcioleci zażarci wrogowie – Lech Wałęsa i Jarosław Kaczyński. Sceny rozgrywające się rano 22 listopada 2018 w gdańskim sądzie trzeba zobaczyć na własne oczy, bo inaczej trudno w nie uwierzyć. Były prezydent i były premier (a obecnie prezes PiS) stali obok siebie przez około 10 minut i nie podali sobie rąk. 

Okazją do tej kłótni był proces o ochronę dóbr osobistych, który Jarosław Kaczyński wytoczył Lechowi Wałęsie. Prezes PiS żąda od byłego lidera „S” przeprosin i wpłacenia 30 tys. złotych na cele społeczne za wpisy na Facebooku z 2016 roku. Wałęsa pisał tam m.in., że to Jarosław Kaczyński nakazał lądowanie samolotu w Smoleńsku mimo złych warunków pogodowych 10 kwietnia 2010, doprowadzając w ten sposób do katastrofy, w której zginął jego brat Lech i 95 innych osób. Wałęsa pisał również o Kaczyńskim, że „nie jest zdrowy i zrównoważony psychicznie” oraz zarzucał mu, że wydał polecenie „wrobienia” Wałęsy w domniemaną współpracę ze służbami PRL.

Na korytarzu sądowym obaj panowie mówili o sobie rzeczy niezbyt miłe.

„Po co ja pana ministrem robiłem?” – mówił Wałęsa. „A po co ja pana prezydentem?” – odgryzł się Kaczyński.

Wałęsa pociągnął:

„Po co ja pana brałem, to moja pomyłka była. W sferze wykonawczej to byli świetni ludzie, ale kiedy zaczęli się usamodzielniać, popełniali błędy i popełniają do dziś (…) Bardzo dobrze się współpracowało, dopóki to kontrolowałem i dopóki wykonywali moje polecenia byli świetni. A jak zaczęli się usamodzielniać…”

„Naprawdę nie mam zamiaru rozmawiać na tym poziomie, to jest po prostu inna kultura” – dystansował się od kłótni Kaczyński.

OKO.press sięgnęło do zakurzonych gazet, zajrzało do książek o historii III RP (w tym zwłaszcza do „Historii politycznej Polski 1989-2015” Antoniego Dudka) i sprawdziło, jak było.

W skrócie: zarówno Wałęsa, jak i Kaczyński mają dużo racji. O ile Wałęsa w istocie zrobił Kaczyńskiego – i jego brata Lecha – ministrami w kancelarii prezydenta po wygranych wyborach 1990 roku, to oni obaj zachęcali go do startu i pomogli mu je wygrać wbrew dużej części towarzyszy z dawnej opozycji demokratycznej. Możliwe oczywiście, że Wałęsa wystartowałby w wyborach i wygrałby je również bez Kaczyńskich – ale tego nie da się dziś ostatecznie stwierdzić.

Na zdjęciu Jarosław Kaczyński i Lech Wałęsa podczas kłótni na korytarzu sądowym 

Przypomnijmy teraz kontekst całej tej historii.

Jak Kaczyński robił Wałęsę

Jarosław Kaczyński zaczął tworzyć swoje ugrupowanie polityczne – Porozumienie Centrum – na początku 1990 roku. Pierwsze rozmowy prowadził w redakcji „Tygodnika Solidarność”, którego był naczelnym, w styczniu i marcu. 7 kwietnia 1990 Kaczyński zgłosił kandydaturę Wałęsy na prezydenta, a sam Wałęsa potwierdził to dopiero kilka dni później, narzekając na przedwczesne ujawnienie jego planów.

12 maja Kaczyński ogłosił powstanie Porozumienia Centrum na konferencji prasowej jednocześnie popierając kandydaturę Wałęsy na prezydenta. PC od razu ustawiło się w kontrze do dużej części obozu postsolidarnościowego, żądając m.in. przyspieszenia wyborów parlamentarnych i prezydenckich, prywatyzacji i demonopolizacji gospodarki oraz debaty nad nową konstytucją. 

Kaczyński grał wówczas wspólnie z Wałęsą na pogłębienie rozłamu w obozie dawnej „S”. Jego głównymi przeciwnikami byli ludzie związani z późniejszą Unią Demokratyczną (założoną w grudniu 1990), a wówczas popierający rząd Tadeusza Mazowieckiego. Kaczyński krytykował rząd za nieudolność i niezdecydowanie. Zgłoszenie kandydatury Wałęsy – jak pisze Antoni Dudek – „otworzyło nową fazę konfliktu”, Lech podjął populistyczną narrację bliską linii PiS z 2005-2007 roku i obecnym rządom: żądał dekomunizacji, wymachiwał polityczną „siekierką”, atakował elity, zapowiadał, że cwaniaków i złodziei będzie puszczał w skarpetkach (samego powiedzenia użył w 1992 roku).

Na konferencji prasowej 23 maja 1990 roku ówczesny minister Aleksander Hall oświadczył, że wybory prezydenckie powinny odbyć się później niż chce Kaczyński i mieć charakter powszechny (Kaczyński postulował wybór Wałęsy przez Zgromadzenie Narodowe). Mówił, że nie wie „na jakiej podstawie senator Kaczyński sądzi, że Lech Wałęsa nie będzie miał poważnego kontrkandydata”. 

Wałęsa spotkał się z przywódcami Porozumienia Centrum 11 czerwca 1990 i udzielił im poparcia, a partia Kaczyńskich stała się (oprócz związku zawodowego „Solidarność”) jednym z głównych organizatorów jego kampanii prezydenckiej. 16 lipca 1990 roku powstał Ruch Obywatelski – Akcja Demokratyczna (ROAD), łączący polityków popierających Mazowieckiego przeciw Wałęsie. Rozłam w dawnej opozycji demokratycznej stał się faktem. 

Ciąg dalszy znamy: po krótkiej, ale brutalnej kampanii – w której w pierwszej turze przegrał z kretesem Mazowiecki, a w drugiej turze Wałęsa wygrał ze Stanem Tymińskim, tajemniczym biznesmenem z Peru – Lech Wałęsa został prezydentem.

Wałęsę popierało jednak nie tylko PC Kaczyńskich, ale także „S” oraz ponad 200 innych organizacji. 

Jak Wałęsa robił Kaczyńskiego

Wałęsa uczynił Kaczyńskich ministrami. Lech Kaczyński był od marca do października 1991 roku ministrem stanu do spraw bezpieczeństwa nadzorującym pracę Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Jarosław Kaczyński od wyborów 1990 do jesieni 1991 roku był ministrem stanu, szefem Kancelarii Prezydenta Lecha Wałęsy.

W grudniu 1990 Wałęsa proponował nawet Jarosławowi Kaczyńskiemu stanowisko premiera. Z drugiej strony prezydent chciał jednak załagodzić konflikt ze środowiskiem ROAD, czego przeciwnikiem był Kaczyński. Pierwotnie Wałęsa wypowiedział się nawet przeciwko dymisji pokonanego w wyborach premiera Mazowieckiego, ale Mazowiecki nie chciał pozostawać na stanowisku z woli Wałęsy. 

Konflikt między Kaczyńskim i Wałęsą narastał szybko. Wałęsa traktował Kaczyńskiego jak podwładnego, który miał realizować jego koncepcje polityczne. Kaczyński popadł też w konflikt z Mieczysławem Wachowskim, kierowcą i ochroniarzem Wałęsy, który został jego zaufanym oraz dyrektorem gabinetu. 

Kaczyńscy rozstali się ostatecznie z Wałęsą po wyborach parlamentarnych na jesieni 1991. Wałęsa popierał wówczas sformowanie rządu opartego na Unii Demokratycznej, który dla Kaczyńskich był nie do przyjęcia.

Jacek Kuroń był świadkiem sceny, w której doszło do ostatecznego rozłamu (cytujemy ją za Antonim Dudkiem). W czasie negocjacji politycznych prowadzących do sformowania rządu po wyborach 1991 roku, Kaczyński mówił o „dekomunizacji” – czyli formalnym zakazie sprawowania urzędów dla członków władz PRL. Wałęsa zaczął wówczas krzyczeć na Kaczyńskiego.

„Przecież to wy doprowadziliście do tego, że leciałem z na swoich najbliższych przyjaciół! Rozpocząłem «wojnę na górze», a nie miałem racji! To ty obiecywałeś dekomunizację! Ty obiecywałeś przyspieszenie! Ja uwierzyłem w to wszystko! Naopowiadałem ludziom i co? Mam się teraz powiesić, bo nie dotrzymałem (…) Kaczyński przerwał mu – wspomina dalej Kuroń – coś krzyczał, ale nie zrozumiałem co.

Również krzycząc, prezydent odpowiedział: «Zajmie się tobą prokurator!». Kaczyński wstał, podszedł do drzwi i otwierając je, rzucił za siebie: «Jeszcze zobaczymy, kim się zajmie!»”.

Od 1991 roku, kiedy rozegrała się ta scena, upłynęło 27 lat. Przez blisko trzy dekady konflikt pomiędzy Wałęsą i Kaczyńskimi nie przygasł. Na korytarzu sądowym w Gdańsku nie podali sobie ręki, ale powiedzieli prawdę – pomogli sobie kiedyś w politycznej karierze. Wzajemnie, ale w pamięci zachowali wyłącznie spór i głęboki konflikt personalny, który trwa już blisko 30 lat.

Ostatnio nabrał nowego wymiaru. Lech Wałęsa wraca w sporze z Kaczyńskim jako symbol polskiej drogi do wolności (choć niekoniecznie obrońca demokratycznych standardów), który przeciwstawia się autorytarnej polityce Prawa i Sprawiedliwości (zobacz wykład Lecha Wałęsy na III Kongresie Edukacji Medialnej w Gdańsku 25 października 2018)

O kontrowersjach wokół postaci Lecha Wałęsy pisał w OKO.press wybitny historyk prof. Andrzej Friszke z Instytutu Studiów Politycznych PAN.


 

 

Historyk i socjolog, profesor na Uniwersytecie SWPS, publicysta. Autor dwóch książek reporterskich o Afryce i kilku książek o historii. "Szkalował" Polskę m.in. w „the Guardian”, „Le Monde”, „El Pais”, „Suddeutsche Zeitung”. Ostatnio wydał książkę o polskiej samoocenie – „No dno po prostu jest Polska. Dlaczego Polacy tak bardzo nie lubią swojego kraju i innych Polaków” (WAB 2017).
W OKO.press pisze o polityce i historii.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym