0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Roman Bosiacki / Agencja GazetaRoman Bosiacki / Age...

12 kwietnia w „Gościu Wydarzeń" Polsatu gości było dwóch: dr Konstanty Szułdrzyński, kierownik Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii szpitala MSWiA, członek Rady Medycznej przy premierze oraz dr Paweł Basiukiewicz, kardiolog i specjalista chorób wewnętrznych ze Szpitala Zachodniego w Grodzisku Mazowieckim.

Dr Szułdrzyński jest znanym intensywistą specjalizującym się w terapii ECMO, czyli urządzeniu służącym do pozaustrojowego natleniania krwi, który stosuje się w sytuacjach poważnego uszkodzenia płuc u chorych na COVID. Dr Basiukiewicz jest znanym przedstawicielem „antylockdownowców", czyli osób przekonanych, że zamykanie gospodarki i życia społecznego przynosi więcej szkód niż pożytku i należy zaufać odporności zbiorowiskowej, którą nabędziemy, gdy większość społeczeństwa zakazi się koronawirusem i będzie odporna na jego kolejne ataki.

Lockdown działa

Dr Basiukiewicz wygłosił podczas zaledwie 15-minutowego programu wiele opinii, z którymi nie zgadza się większość naukowców, nie zostały potwierdzone badaniami.

Dr Basiukiewicz powołuje się tutaj na opublikowaną w „European Journal of Clinical Investigation" pracę kilku autorów, m.in. Johna Ioannidisa ze Standfordu, epidemiologa, który w swoich pracach stara się udowodnić tezy takie jak dr Basiukiewicz – że odporność zbiorowiskowa jest bliżej niż nam się wydaje i że lockdowny są nieskuteczne.

Autorzy porównali skutki lockdownu w krajach zachodniej Europy z przypadkami Szwecji i Korei Południowej, które wiosną 2020 roku takich ograniczeń nie wprowadziły – mówimy tu o prawdziwym lockdownie, czyli nakazaniu obywatelom pozostawania w domu, zamknięciu szkół i zakładów pracy itp. I doszli do wniosku, że te restrykcje w minimalnym stopniu przekładają się na spadek zakażeń.

Na łamach „Nature" pojawiła się zaś praca kolejnych badaczy, którzy analizowali potencjalny związek liczby zgonów z powodu COVID na milion mieszkańców ze stopniem mobilności społecznej. I również doszli do wniosku, że przekonanie o skuteczności lockdownów może być błędem poznawczym. Ich praca opatrzona jest uwagą, że pojawiły się wobec niej uwagi krytyczne i wkrótce „Nature" opublikuje polemikę.

Sami autorzy w przeglądzie literatury przytaczają zresztą kilkanaście badań wskazujących na to, że lockdowny jednak odnoszą skutek, jeśli chodzi o obniżanie zakażeń. Chociażby pracę z tego samego „Nature" z czerwca 2020 roku, która pokazuje, że lockdown miał największe znaczenie w ograniczeniu transmisji wirusa.

efekt lockdownu w wybranych krajach

Poza wszystkim wspomniane przez dr Basiukiewicza badania nie dotyczą obecnej sytuacji w Polsce. W tej chwili poziom restrykcji w naszym kraju jest średni: działają zakłady pracy, możemy poruszać się swobodnie po kraju. Trochę więc porównujemy gruszki z jabłkami. Sam Ioannidis pisze, że jego krytyka, w której podnosi negatywne skutki lockdownu, które wszyscy już dobrze znamy (koszt społeczny, gospodarczy, zdrowotny), dotyczy rygorystycznego zamknięcia gospodarki i życia społecznego.

Ale wychodząc już poza strefę naukowego rygoru, można zadać sobie zdroworozsądkowe pytanie: jak drastyczne ograniczenie ludzkich kontaktów mogłoby nie zmniejszyć zakażeń, skoro zakażamy się przez kontakt z drugim człowiekiem? W jaki sposób ten wirus miałby się transmitować, kiedy wszyscy siedzą w domach?

Dlaczego Polska to nie Szwecja?

Dalej dr Basiukiewicz powołuje się na przykład Szwecji i Białorusi, gdzie „społeczeństwo żyje, a śmiertelność jest mniejsza niż w Polsce". Zostawmy na boku Białoruś, gdzie dane o zakażeniach i zgonach nie są uważane za wiarygodne, i skupmy się na Szwecji. Tam rzeczywiście wiosną 2020 roku wprowadzono mniejsze ograniczenia niż w innych krajach – nie zamknięto szkół ani restauracji czy kawiarni, nie nakazano maseczek. Najważniejszą z punktu widzenia epidemiologicznego restrykcją było wtedy ograniczenie zgromadzeń do 50 osób.

Dr Basiukiewicz mówił, że nie należy porównywać Szwecji z innymi krajami nordyckimi, tylko z Polską, bo np. w Sztokholmie jest wyższa gęstość zaludnienia niż w Warszawie, a Norwegia czy Finlandia są rzadziej zaludnione. To ma sens, ale z innego powodu, o którym poniżej. Na wykresie porównane są dzienne nowe zakażenia wiosną i latem 2020 roku w Polsce i w Szwecji. Polska wprowadziła wtedy silne restrykcje, Szwecja niewielkie.

Szwecja i Polska zakażenia

To dobre porównanie, bo do Szwecji i Polski fala epidemii zbliżała się mniej więcej w tym samym tempie. Polska, podobnie jak Czechy czy Słowacja zdążyły wprowadzić wtedy lockdown, zanim fala koronawirusa na dobre do nas dotarła. Nie zdążyły tego zrobić kraje zachodniej Europy, przyjmując na siebie pierwsze uderzenie. Fala rozchodziła się po Europie się jak ta morska, od której bierze nazwę: zaczynając od Włoch, Hiszpanii, Francji, potem idąc ku Europie Środkowej i krajom skandynawskim i dalej przez Białoruś, Ukrainę, Rosję.

Przeczytaj także:

To dlatego w analizie Ioannidisa i innych dużo zakażeń miały i kraje pod lockdownem, i Szwecja bez niego. Kraje pod lockdownem potrzebowały również czasu, żeby fala opadła – bo tyle było osób zakażonych i tyle wirusa, że zanim współczynnik R, czyli liczba osób, którą zakazi jedna zakażona osoba spadła poniżej 1, minęło kilka tygodni. W krajach bez lockdownu fala zresztą również opada – bo zaniepokojeni ludzie coraz bardziej uważają, bo część populacji nie jest podatna na zakażenia. Za to kraje, które wprowadziły lockdown na czas, uniknęły zakażeń i zgonów – w odróżnieniu od Szwecji.

Jeśli przedłużymy oś czasu na tym wykresie, to widać, że i później Szwecja ma wysoką liczbę zakażeń na głowę przy podobnym poziomie Government Stringency Index, czyli indeksu rządowych obostrzeń (rozjeżdżają się dopiero w ostatnich tygodniach, w Szwecji nieco maleją, w Polsce rosną). We wtorek 13 kwietnia miała najwięcej zakażeń na milion mieszkańców w Europie i rosła liczba osób na intensywnej terapii.

Szwecja i Polska zakażenia 2

Nadmiarowe zgony

Ale rzeczywiście, jak mówi dr Basiukiewicz, śmiertelność w Polsce jest wielokrotnie większa. Jeśli chodzi o nadmiarowe zgony w porównaniu do poprzednich lat jesteśmy w smutnej czołówce UE, podczas gdy w Szwecji nawet na wiosnę nie udało się osiągnąć rozmiarów naszej listopadowej tragedii.

Szwecja i Polska nadmiarowe zgony

Co ciekawe, gdy w Szwecji opada kolejna fala epidemii, zgony spadają poniżej średniej. Można to tłumaczyć m.in. tym, że dzięki wprowadzonym ograniczeniom, od jesieni 2020 roku stopniowo coraz większym i porównywalnym z polskimi z wyjątkiem zamknięcia szkół oraz restauracji i barów (w Szwecji korzystanie z nich podlega ograniczeniom) oraz społecznej dyscyplinie Szwedzi umierają mniej z innych przyczyn. Taki całościowy ujemny bilans w 2020 roku ma na przykład Norwegia.

Ale właśnie przykład Polski pokazuje, że nie każdy kraj może sobie pozwolić na naśladowanie „szwedzkiego modelu". Nasze społeczeństwo jest coraz mniej skłonne przestrzegać rządowych zakazów. Nasz system ochrony zdrowia jest biedniejszy i gorzej zorganizowany niż szwedzki, w końcu nasze społeczeństwo jest bardziej schorowane, przoduje w statystykach np. jeśli chodzi o choroby układu krążenia. A ten gwałtowny spadek zgonów w Szwecji od początku 2021 roku można wiązać nie tylko ze spadkiem zakażeń, ale także imponującym tempem szczepienia seniorów –

według danych Europejskiego Centrum ds. Kontroli i Prewencji Chorób zaszczepiono tam już 97,5 proc. osób powyżej 80. roku życia. W Polsce to 51,8 proc.

„Wszędzie, gdzie wprowadzono lockdown, była bardzo wysoka śmiertelność pozaszpitalna" – mówił dr Basiukiewicz. Owszem była, ale – jak przytomnie stwierdził dr Szułdrzyński – myli się tu skutek z przyczyną. Lockdown był konieczny, bo szpitale nie dawały sobie rady z ilością chorych na COVID, którzy wymagają podawania tlenu albo łóżka respiratorowego. Jak otwieranie wszystkiego w momencie, kiedy w szpitalach jest 35 tys. chorych na COVID może spowodować spadek liczby tych chorych zamiast ich wzrostu?

W lecie otworzyliśmy prawie wszystko (zresztą w odróżnieniu od Szwecji, która wciąż utrzymywała zakaz dużych zgromadzeń) i wirus mógł swobodnie przeskakiwać z nosiciela na nosiciela, rozpędzając się niczym śnieżna kula do jesiennej fali. Wtedy okazało się, że Szwecją nie są również Czechy ani Słowacja – wszędzie tam doszło do kryzysowej sytuacji w szpitalach i na oddziałach intensywnej terapii.

Mamy odporność stadną?

Na koniec dr Basiukiewicz stwierdził: „prawdopodobnie w Polsce odporność na koronawirusa ma już połowa populacji i osiągamy odporność stadną". Odporność ogłaszano już wielokrotnie w wielu częściach świata i jak na razie w żadnym kraju ta wiadomość się nie potwierdziła – sprawdza się to bardzo prosto, patrząc, czy zakażenia rosną, czy też nie. Ostatnio takie wieści płynęły z Indii, które teraz borykają się z drugą falą koronawirusa, znacznie potężniejszą od pierwszej. W tym kontekście warto przypomnieć poprzednią głośną wypowiedź o tym, że osiągnęliśmy odporność zbiorowiskową: 11 grudnia 2020 roku w Magazynie „Gazety Wyborczej" ukazał się wywiad pt. „Trzeciej fali nie będzie. Zaraz 20 mln Polaków przejdzie COVID-19 i będzie po sprawie".

Udostępnij:

Miłada Jędrysik

Miłada Jędrysik – dziennikarka, publicystka. Przez prawie 20 lat związana z „Gazetą Wyborczą". Była korespondentką podczas konfliktu na Bałkanach (Bośnia, Serbia i Kosowo) i w Iraku. Publikowała też m.in. w „Tygodniku Powszechnym", kwartalniku „Książki. Magazyn do Czytania". Była szefową bazy wiedzy w serwisie Culture.pl. Od listopada 2018 roku do marca 2020 roku pełniła funkcję redaktorki naczelnej kwartalnika „Przekrój".

Przeczytaj także:

Komentarze