Chociaż procedura relokacji uchodźców z Grecji i Włoch już się zakończyła, kraje UE negocjują reformę europejskiego systemu azylowego. Wszystko wskazuje na to, że zostanie wprowadzony stały, obowiązkowy rozdzielnik uchodźców. Polska i Węgry nie przyjęły ani jednego uchodźcy w ramach unijnych mechanizmów – ale wbrew narracji PiS, uchodźcy i tak są wśród nas

W maju 2016 Komisja Europejska przedstawiła swoje propozycje reformy europejskiego systemu azylowego – zmianę tzw. systemu dublińskiego oraz stały, obowiązkowy rozdzielnik uchodźców z karą 250 tys. euro za każdego nieprzyjętego uchodźcę. Od czerwca 2017 odbywają się w tej sprawie regularne spotkania robocze.

Według informacji RMF RM to właśnie na ostatnim z nich, 9 marca 2018, miała zapaść – na razie nieoficjalna – decyzja o tym, że w przyszłości wszystkie kraje członkowskie będzie obowiązywał stały rozdzielnik uchodźców, których będą musiały przyjąć.

To bardzo kłopotliwa sytuacji dla Polski i innych krajów wyszehradzkich, które odmawiają udziału w europejskich mechanizmach rozdziału uchodźców, tłumacząc to kwestiami bezpieczeństwa. Tymczasem nie chodzi tylko o solidarność z ofiarami wojny, ale też solidarność z innymi krajami członkowskimi, zwłaszcza Włochami i Grecją, do których przyjeżdża najwięcej uchodźców i migrantów.

Polityka migracyjna powinna opierać się na zasadzie solidarności

Ostateczna decyzja zapadnie w czerwcu, ale taka decyzja to znak, że kraje europejskie powoli godzą się z faktem, że nie mamy do czynienia z „kryzysem uchodźczym”, ale z nową rzeczywistością, w której do Unii Europejskiej przybywa najwięcej uchodźców i migrantów w historii – i chcą stawić jej czoła. Relokacja nie jest mechanizmem adekwatnym do sytuacji – dlatego trwają intensywne prace nad reformą całego systemu azylowego w Unii Europejskiej. Chodzi zwłaszcza o tzw. Konwencję Dublińską, według której cudzoziemiec może starać się o azyl tylko w pierwszym kraju Unii Europejskim, do którego dotrze. Właśnie z tego powodu tak bardzo obciążone napływem uchodźców są Grecja i Włochy. Mechanizm relokacji objął bowiem osoby, które dotarły do Grecji przed podpisaniem umowy UE z Turcją (marzec 2016 r.), a do Włoch przed wrześniem 2017 roku. Europa nie ma pomysłu co zrobić z osobami, które dotarły  (i docierają dalej) do Europy po tej dacie, albo które z innych powodów nie zakwalifikowały się do procedury relokacyjnej.

Jak twierdzą rozmówcy dziennikarki RMF FM, na pewno jednym z aspektów reformy będzie wprowadzenie stałej, obowiązkowej liczby uchodźców, którą będzie musiał przyjąć każdy kraj członkowski.

W propozycji reform Komisji europejskiej możemy przeczytać, że „stabilny i odporny na nieprzewidziane sytuacje system azylowy musi być zbudowany na mocnych fundamentach i przejrzystych wartościach: bardziej efektywnym i bardziej sprawiedliwym podejściu opartym na solidarności i odpowiedzialności. Centralna rola tych wartości jest zapisana w Traktatach: „Polityka Unii w dziedzinie Kontroli Granic, Azylu i Migracji oraz wdrażanie jej w życie muszą być oparte na zasadzie solidarności i sprawiedliwego podziału odpowiedzialności, również finansowej, pomiędzy kraje członkowskie”.

Polska, Czechy i Węgry przed Trybunałem Sprawiedliwości

W grudniu 2017 Komisja Europejska ogłosiła, że pozywa Polskę, Czechy i Węgry za odmowę przyjęcia uchodźców z tzw. procedury relokacyjnej. To już ostatni – trzeci – etap procedury dyscyplinującej za złamanie prawa unijnego, czyli decyzji Rady Europejskiej z 2015 roku. Grożą nam w związku z tym ogromne kary finansowe.

  • Przeczytaj, na czym polega procedura relokacji

    Czym jest relokacja? Wbrew temu, co mówi minister Kempa, to nie jest „bezkrytyczne otwarcie granic”, ale okazanie solidarności innym krajom członkowskim Unii Europejskiej. Relokacja to transfer osób ubiegających się o azyl z Grecji i Włoch do innych członków Wspólnoty. Procedurę relokacji rozpoczęły w 2015 roku decyzje Rady Unii Europejskiej, wydane na podstawie art. 78.3 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej w związku z bezprecedensową liczbą migrantów do Grecji i Włoch. Art. 78.3 dotyczy pomocy krajom członkowskim, które znajdują się w sytuacji kryzysowej w związku z napływem obywateli krajów trzecich. Proces miał potrwać dwa lata i zakończyć się we wrześniu 2017 roku. Relokacja jest więc procedurą, która została uchwalona, żeby poradzić sobie ze skutkami kryzysu migracyjnego – rozdzielić między kraje członkowskie 160 tys. osób, które do Europy już dotarły albo w najbliższej przyszłości miały dotrzeć. Procedurą relokacji objęte są osoby pochodzące z państw, których lista jest stale aktualizowana przez Komisję Europejską – obecnie to m.in.: Syria, Bahrajn, Erytrea i Jemen.

    Do tej pory przesiedlono 31 tysięcy osób, w tym ani jednej do Polski. Czechy przyjęły zaledwie 12 osób, Węgry nie zaproponowały miejsc dla nikogo i nikogo też nie przyjęły.

Decyzję o przeniesieniu części uchodźców z Włoch i Grecji do pozostałych państw członkowskich UE podjęła jesienią 2015 roku Rada Europejska, czyli najwyższy organ władzy w UE. Rada składa się z szefów rządów i głów państw. Decyzja Rady Unii Europejskiej (każda decyzja Rady staje się obowiązującym prawem) została podjęta na podstawie art. 78.3 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej. Dotyczy on pomocy krajom członkowskim, które znajdują się w sytuacji kryzysowej. W tym wypadku kryzys został spowodowany gwałtownym napływem uchodźców z Syrii, Iraku i Afganistanu. Samo przenoszenie uchodźców nazwano relokacją.

W imieniu polskiego rządu w Radzie Europejskiej brała udział premier Ewą Kopacz. Jej rząd PO-PSL był bardzo niechętny przyjmowaniu uchodźców i w końcu zgodził się na przyjęcie ponad 6 tys. osób. I to ta liczba – według Komisji Europejskiej – obowiązuje Polskę.

Według danych Komisji Europejskiej z 9 listopada 2017, państwa członkowskie przyjęły w ramach relokacji 31 tys. osób (10 tys. z Włoch i 21 tys. z Grecji).

PiS: uchodźcy z relokacji zagrażają bezpieczeństwu Polaków

Konfliktu z Komisją Europejską i pozwu można by uniknąć, gdyby polski rząd zgodził się przyjąć chociaż kilkudziesięciu uchodźców – twierdzą brukselscy eksperci. Nie zostały pozwane inne kraje, które przyjęły mniej – czasami znacznie mniej – uchodźców, niż zadeklarowały. Tymczasem politycy PiS uparcie powtarzają, że uchodźcy z relokacji byliby zagrożeniem dla bezpieczeństwa Polski i nie przyjęli ani jednego. OKO.press wielokrotnie tłumaczyło, że uchodźcy z relokacji byliby najstaranniej prześwietlonymi cudzoziemcami przekraczającymi granice Polski, bo:

  • procedura relokacji obejmuje tylko osoby z kilku państw, których lista jest stale aktualizowana przez Komisję Europejską – obecnie są to Syria, Bahrajn, Erytrea i Jemen. Są to osoby, które według prawa międzynarodowego są uchodźcami: uciekające z powodu zagrożenia zdrowia lub życia, często z terenów objętych działaniami zbrojnymi,
  • kandydaci do relokacji są podwójnie sprawdzani: najpierw przez urzędników unijnych, a potem przez urzędników kraju członkowskiego, który miałby ich przyjąć. W przypadku Polski odpowiedzialny za to jest Urząd ds. Cudzoziemców, który może przyznać konkretnym osobom którąś z form ochrony międzynarodowej,
  • w maju 2016 roku rząd PiS wprowadził poprawki do ustawy o udzielaniu cudzoziemcom ochrony na terytorium RP, zakładające, że każdy uchodźca przybywający do Polski w ramach relokacji będzie prześwietlony trzykrotnie (już po pierwszej kontroli przez urzędników unijnych): przez policję, Straż Graniczną i ABW. Jeśli którakolwiek z tych instytucji uznałaby daną osobę za zagrożenie dla bezpieczeństwa publicznego, nie zostałaby ona przyjęta (art. 86 Ustawy o cudzoziemcach). To oznacza, że polski rząd ma faktyczną wolność w ustalaniu, kto stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa.

Oczywiście, zawsze jest ryzyko, że do Polski trafiłby terrorysta – ale równie wysokie jest ryzyko, że taka osoba przyleci do Polski samolotem jako turysta.

W Polsce są już uchodźcy

Konflikt z Brukselą w sprawie relokacji jest tym bardziej absurdalny, że wbrew narracji PiS w Polsce są już uchodźcy – tak jak na Węgrzech, choć oba kraje odrzucają procedurę relokacji. Potwierdzają to dane Urzędu ds. Cudzoziemców: W 2017 roku w Polsce różne formy ochrony otrzymały 742 osoby, w tym 29 osobom z Syrii (wniosków było 44) i 21 z Iraku (na 41 wniosków). W 2016 roku takich decyzji było 567. Wśród osób, które Polska obejmuje ochroną międzynarodowa rośnie proporcja Ukraińców, ale – jak widać – przyjmujemy także osoby z Syrii, Iraku czy Afganistanu. Do kategorii „uchodźcy” zaliczamy osoby, które otrzymały wszystkie formy ochrony, krajowej i międzynarodowej: status uchodźcy, ochrona międzynarodowa, zgoda na pobyt humanitarny i pobyt tolerowany.

W świetle tych danych tym bardziej absurdalny jest argument rządu PiS, że Polska nie będzie przyjmować żadnych uchodźców z relokacji (w domyśle: z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej), bo zagrażają oni naszemu bezpieczeństwu. Osoby z tych krajów już u nas są! A uchodźcy z relokacji przechodziliby przez proces prześwietlania podwójnie – na poziomie i europejskim, i polskim, sprawdzane przez Urząd ds. Cudzoziemców.

Upór rządu PiS i deklaracje nowego premiera Morawieckiego o tym, że Polska nie przyjmie uchodźców z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej, oraz stwierdzenia Beaty Kempy, minister ds. pomocy humanitarnej i uchodźców o tym,  że Polska woli sankcje finansowe niż „ewentualne niebezpieczeństwa, które możemy sprowadzić z uchodźcami do Polski”, są więc bez sensu.

Takie stwierdzenia służą tylko polityce zarządzania strachem, dzięki której PiS utrzymuje wysokie poparcie jako jedyna partia, która broni Polski przed „obcymi”. Gwarantuje bezpieczeństwo, łagodząc lęki, które sama rozbudza.

PiS nie chce prowadzić uczciwej debaty o kryzysie uchodźczym, woli powtarzać propagandowe kalki. Fałszywie utożsamiając uchodźców z terrorystami PiS dokonało niemożliwego – przekonało obywateli kraju, gdzie cudzoziemcy stanowią 0,3 proc.społeczeństwa, że „obcy” stanowią dla nich śmiertelne niebezpieczeństwo. Od kampanii wyborczej 2015 PiS konsekwentnie przedstawia uchodźców jako przestępców, terrorystów i nosicieli chorób.

Europa nie ma pomysłu na rozwiązanie kryzysu

Komisja Europejska nazywa relokację „sukcesem”, ale nieoficjalnie w Brukseli mówi się otwarcie o tym, że procedura relokacyjna okazała się nieskuteczna – mało który kraj przyjął taką liczbę uchodźców, do jakiej się zobowiązał (ale tylko Polska, Czechy i Węgry nie przyjęły ani jednej osoby).  Do tego obowiązkowy charakter relokacji bardzo wzmocnił nastroje populistyczne i ksenofobiczne w naszej część Europy, i posłużył jako polityczne paliwo prawicowym politykom. A kryzys migracyjny wcale się nie skończył, wręcz przeciwnie – stał się stałym czynnikiem w nowej rzeczywistości.

Według danych UNHCR, w 2017 roku do Europy drogą morską dotarło 160 tys. osób, a w Morzu Śródziemnym utonęło już ponad 3 tysiące osób (stan na 5 grudnia 2017).

W wyniku umowy UE-Turcja i Włochy-Libia znacznie spadła liczba migrantów, którzy przypływają do Europy – straż przybrzeżna w Turcji i Libii za europejskie pieniądze pilnuje granic i zawraca łódki z migrantami. Nie jest to jednak długoterminowe rozwiązanie, Europa w ten sposób kupuje sobie (tymczasowy i relatywny) spokój. Ceną za relatywny spokój w Europie jest przymknięcie oczu na rażące łamanie praw człowieka w Turcji i Libii. Migranci przebywający w zamkniętych ośrodkach w Libii są bici, gwałceni i torturowani.

Przedstawiciel ONZ ds. uchodźców nazwał umowę z Libią „nieludzką”, a 15 listopada 2017 CNN opublikował film ze współczesnego „targu niewolników” w Libii, na którym migranci sprzedawani są za 400 dolarów od głowy. Ponadto, w związku z zamknięciem szlaku bałkańskiego tysiące uchodźców nadal przebywają w obozach przejściowych we Włoszech (116 tys. osób) i Grecji (30 tys. osób, w tym 13 tys. na wyspach – dane UNHCR), często w namiotach, pomimo zbliżającej się zimy. Poza tym większość osób przypływających do Włoch pochodzi z Afryki subsaharyjskiej i ucieka przed biedą i beznadzieją, a nie wojną i bezpośrednim zagrożeniem życia. W związku z tym nie objęła ich procedura relokacji.

Nowo wybrany przewodniczący Komisji Episkopatów Unii Europejskiej, arcybiskup Jean-Calude Hollerich z Luksemburga powiedział 10 marca 2018 po objęciu stanowiska: „W tej sprawie moje stanowisko jest bardzo jasne: jako biskup nie mogę zamknąć drzwi przed migrantami, ubogimi, uchodźcami; to oczywiste. Nie do pomyślenia jest to, że w naszej epoce Europa buduje, także w przenośni, mury w Libii, by nie dopuścić do tego, by ludzie stamtąd przybywali”.


Absolwentka studiów europejskich na King’s College w Londynie i stosunków międzynarodowych na Sciences Po w Paryżu. Współzałożycielka inicjatywy Dobrowolki, pomagającej uchodźcom na Bałkanach i Refugees Welcome, programu integracyjnego dla uchodźców w Polsce.
W OKO.press pisze o służbie zdrowia, uchodźcach i sytuacji Polski w Unii Europejskiej.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym