Po trzech latach sprawowania władzy PiS stracił zdolność odtwarzania centrum władzy, które potrafiłoby koordynować działania złożonej struktury współczesnego państwa. Nowe stulecie niepodległości zaczynamy więc z państwem tracącym kompetencje. Dlatego stawką dziś, tak jak przed stu laty, jest odbudowa państwa. A czasu niewiele - ocenia Edwin Bendyk

Historyczna rocznica 100-lecia niepodległości skłania do podróży w czasie. Odrodzona Rzeczpospolita wyłaniała się z chaosu kończącej się Wielkiej Wojny, naznaczonego rozwijającą się w Rosji rewolucją bolszewicką. Stary ład światowy upadał, nowego jeszcze nikt nie znał.

Kształtowanie się nowej polskiej państwowości też miało chaotyczny przebieg i raczej zdumiewa, jak szybko z tego chaosu wyłonił się ład instytucjonalny zdolny organizować życie wielokulturowego, wieloetnicznego i skonfliktowanego społeczeństwa.

Regres państwa

Sto lat później, w listopadzie 2018 roku można odnieść wrażenie, że Polska zafundowała sobie wielki projekt rekonstrukcji historycznej, której celem jest odtworzenie chaosu odrodzenia:

  • wyrywanie sobie Marszu Niepodległości,
  • brak pomysłu na państwowe obchody,
  • bezmyślnie procedowana kwestia 12 listopada jako dnia wolnego od pracy,
  • „psia grypa” wśród policjantów.

Dla wielu komentatorów zamieszanie z 11 listopada jest oznaką regresu państwa, które stało się zakładnikiem bieżących politycznych emocji zamiast pełnić funkcję stabilizatora życia publicznego.

Słusznie, a spostrzeżenie to potwierdził, mimo zapewne odmiennej intencji, wicepremier Piotr Gliński swym stwierdzeniem „nie jesteśmy demiurgami, by wszystko zaplanować, poukładać”.

Gliński, socjolog przecież, przyznał, że

po trzech latach sprawowania władzy jego formacja straciła zdolność odtwarzania centrum władzy, które potrafiłoby koordynować działania złożonej struktury współczesnego państwa.

Strategiczne centrum decyzyjne zostało spersonalizowane i ulokowane w osobie prezesa partii rządzącej, formalnie osobie prywatnej i nie ponoszącej odpowiedzialności konstytucyjnej za swe działania.

Gliński, Morawiecki, prezes…

To najdobitniejszy przykład deinstytucjonalizacji władzy i państwa w Polsce, bardzo dobrą ilustracją jest jednak też sam Piotr Gliński. Minister kultury uwielbia wypowiadać się o decyzjach swojego urzędu w pierwszej osobie: to ja nie dałem pieniędze na „Kler” Smarzowskiego i ja nie dam pieniędzy na prowokatora Olivera Frljicia.

Na szczęście jako minister kultury Gliński wiele nie dać (i dać) nie może, gorzej, że jego sposób mówienia jest wyrazem sposobu myślenia jego formacji o państwie i instytucjach.

Pełnym wyrazem takiego myślenia stała się samorządowa kampania wyborcza, podczas której premier Mateusz Morawiecki mógł obiecywać, że da oraz grozić, że nie da, znacznie większe kwoty w zależności, czy zostanie wybrany samorząd „warczący” na rząd, czy z rządem współpracujący.

Samorządowcy na ogół spokojnie podchodzili do starań premiera-komiwojażera i pogróżek prezesa, zauważając uprzejmie, że nie są psami, więc warczeć nie mogą, ani też nie mają zwyczaju jeść z ręki.

Realizują natomiast ustawowe zadanie wobec swych lokalnych wspólnot finansując je z jasno określonych przepisami prawa wpływów z podatków, subwencji, dochodów własnych i środków unijnych.

W tej przestrzeni nie ma miejsca na „ja” Piotra Glińskiego, nie pasują też do niej kłamstwa Mateusza Morawieckiego nierozumiejącego w ogóle nie tylko jak działa samorząd, ale także państwo jako większa całość.

W efekcie kampania samorządowa miała wymiar zderzenia dwóch cywilizacji:

  • coraz bardziej instytucjonalizującego się i profesjonalizującego świata samorządu terytorialnego
  • z woluntarystyczną władzą centralną działającą w sposób anarchiczny, bez respektu dla instytucji, procedur i reguł.

Znamienne, że ta konfrontacja miała miejsce w 100-lecie odzyskania niepodległości. Wynik sporu, czyli wynik wyborów, niesie ciekawe informacje i będzie brzemienny w skutki dla przyszłości nie tylko w perspektywie najbliższego roku naznaczonego kolejnymi wyborczymi emocjami czy najbliższej pięcioletniej już samorządowej kadencji.

Wiele wskazuje, że zdecyduje o przyszłości w wymiarze dekad.

Wniosek najważniejszy, Polacy w swej masie nie dali się ani kupić, ani zastraszyć, i nie tylko wybierali tak, jak uważali, ale jeszcze ukarali rząd warczący na samorząd, odbierając partii władzy większość znaczących miast.

PiS stracił kontakt

W efekcie powstała zdumiewająca sytuacja – PiS kontroluje jedynie 5 (i to mniejszych) ze 107 miast prezydenckich. Tymczasem to właśnie miasta, i szerzej gminy, są w polskim ustroju głównymi dostarczycielami usług publicznych.

Miasta też są w swym wymiarze instytucjonalnym ośrodkami, które nieustannie muszą się mierzyć z rosnącą złożonością współczesnego społeczeństwa. Co najważniejsze, radzą sobie z tym coraz lepiej, co też potwierdzają choćby regularnie powtarzane badania CBOS, z których wynika rosnące zadowolenie i zaufanie wobec samorządu terytorialnego.

Po tych wyborach samorządowych jednak partia rządząca została odcięta od bezpośredniego dostępu do wiedzy o współczesnym społeczeństwie, jaką można uzyskać jedynie poprzez bezpośrednią interakcję przestrzeni społecznej z przestrzenią instytucjonalną, tak jak to się dzieje w miastach, a w największym stopniu w metropoliach.

W tym kontekście słowa Glińskiego „nie jesteśmy demiurgami” są nie tylko wyrazem niekompetencji, ale także głębokiego strukturalnego problemu – państwo w wymiarze instytucji centralnych nie dysponuje mechanizmami uczenia się i rozwoju jakie zapewnić jedynie mogą bezpośrednie transfery wiedzy i praktyk z „linii frontu”.

Problem ten tylko się pogłębi, jeśli Zjednoczona Prawica po wyborach parlamentarnych w 2019 roku utrzymałaby władzę, do czego wystarczy obok wierności „twardego rdzenia” utrzymanie elektoratu wiejskiego i poparcia wśród emerytów.

Nowe stulecie niepodległości zaczynamy więc z państwem deinstytucjonalizującym się i tracącym kompetencje.

Z drugiej strony w samorządzie terytorialnym, zwłaszcza na poziomie metropolitalnym, ale także i w większości średnich miast nastąpiło odnowienie i wzmocnienie władzy – prezydenci Lublina, Łodzi, Warszawy, Poznania, Białegostoku, by wymienić tylko kilka przykładów zyskali niezwykle mocne mandaty i mocne zaplecze w postaci silnych rad miasta.

Jak zdecydują się wykorzystać te polityczne zasoby? Ile z nich będą musieli zmarnować na rozwiązywanie bezsensownych problemów kreowanych przez władzę centralną, która sama już przyznaje, że demiurgiem nie jest, ale sama tej wiedzy nie uznaje i jak demiurg próbuje się zachowywać?

To fundamentalne pytanie, bo właśnie w tej kadencji musimy w Polsce przygotować się do najważniejszych wyzwań, które kładą się cieniem na możliwościach rozwoju w kolejnych dekadach. Wyzwanie najważniejsze i wydawałoby się najlepiej opisane, to oczywiście demografia.

Polska się wyludnia

Wyludnianie się Polski spowodowane już nie tylko procesami migracyjnymi, ale także wymieraniem.

Weszliśmy w nieodwracalną w dłuższej perspektywie tendencję, kiedy więcej mieszkańców Polski umiera niż się rodzi.

Żadne 500 plus tego nie zmieni, choć, zgodnie z prognozami GUS, jeszcze do 2030 będzie nam się wydawało, że nie jest tak źle, bo mniej więcej do tego czasu będzie jeszcze przybywać w Polsce rodzin, a więc także utrzymywać się będzie popyt na mieszkania.

To jednak złudzenie demograficznej żywotności, już w tej chwili Polacy w wieku do lat 30 są mniej liczni od osób w wieku 50+. W 2050 roku, zgodnie z przewidywaniami GUS, będzie w Polsce 3,5 mln osób w wieku powyżej 80 lat (w kraju liczącym 32-34 mln mieszkańców).

Konsekwencje dotyczące rynku pracy, potrzeb starzejącego się społeczeństwa, etc., są dość dobrze opisane. Ciągle niewiele jednak robimy, by się z nimi zmierzyć, choć widać już wyraźnie, że tzw. polityka senioralna stała się jednym z głównych tematów w samorządach i mocno wybrzmiewała podczas ostatniej kampanii wyborczej. Trudno się dziwić, wszak seniorzy to coraz liczniejszy i najbardziej zdyscyplinowany elektorat.

Młodzi dyskryminowani

Paradoksalnie więc mniej należy obawiać się o obsługę potrzeb seniorów, o wiele większym wyzwaniem będzie w nadchodzących latach obsługa interesów ludzi młodych, ze względu na swą malejącą liczebność tracących siłę w demokratycznej arytmetyce.

Dopóki w „systemie” jest wystarczająca ilość zasobów, by obsługiwać potrzeby wszystkich, to nie ma problemu. Co jednak, gdy wytwarzane zasoby zaczną się kurczyć, a potrzeby i koszty (choćby utrzymanie wybudowanej w ostatnich latach infrastruktury) rosnąć.

Na ile już obecnie obserwowana radykalizacja młodzieży, jeszcze marginalna, jest symptomem nadciągających problemów? Czyli wychodzenia młodych z systemu demokratycznego albo poprzez radykalizację albo emigrację.

Wagę tych pytań zaostrzają ostrzeżenia przed konsekwencjami – zdaniem coraz liczniejszych ekonomistów – nieuchronnego w najbliższych latach światowego kryzysu i recesji o skali tego, co się wydarzyło w 2008 roku.

Tylko że już niedostępne są instrumenty przeciwdziałania, jakie rządy i banki centralne mogły użyć przed dekadą. Nic więc dziwnego, że przybywa książek i analiz z hasłem „faszyzm” w tytułach oraz ostrzeżeniem przed faszyzacją życia publicznego i polityki.

Miasta pierwsze się zmierzą z tymi problemami, nie podołają im jednak bez państwa. Dlatego stawką dziś, tak jak przed stu laty, jest odbudowa państwa, co wymagać będzie zarówno reinstytucjonalizacji jak i odbudowy republikańskiego ducha, czyli podstawowych zasad organizujących Rzeczpospolitą.

Jedno i drugie równie trudne, a czasu niewiele.


Dziennikarz, publicysta, pisarz. Pracuje w tygodniku „Polityka”. Autor książek „Zatruta studnia. Rzecz o władzy i wolności” (2002), „Antymatrix. Człowiek w labiryncie sieci” (2004), „Miłość, wojna, rewolucja. Szkice na czas kryzysu” (2009) oraz „Bunt Sieci” (2012), „Jak żyć w świecie, który oszalał” (wspólnie z Jackiem Santorskim i Witoldem Orłowskim, 2014). Na UW w ramach DELab prowadzi Laboratorium Miasta Przyszłości. Wykłada w Collegium Civitas, gdzie kieruje Ośrodkiem badań nad Przyszłością. W Centrum Nauk Społecznych PAN prowadzi seminarium o nowych mediach. Członek Polskiego PEN Clubu.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym