Jaki paragraf złamała Magdalena Sroka, odwołana szefowa Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej? Wicepremier Gliński nie pierwszy raz nie podaje podstawy prawnej zwalniając szefa instytucji kultury. Już wcześniej przegrywał w sądach sprawy z tymi, których bezprawnie wyrzucił

Ustawa o kinematografii bardzo ściśle wymienia sześć powodów, które uprawniają ministra do odwołania dyrektora PISF. Oto one:

  • działania z naruszeniem prawa,
  • zrzeczenia się funkcji,
  • choroby uniemożliwiającej pracę,
  • skazania prawomocnym wyrokiem za przestępstwo umyślne,
  • niezatwierdzenia rocznego sprawozdania finansowego Instytutu bądź
  • negatywnej opinii Rady na temat działalności PISF”.

W oświadczeniu ministerstwa o odwołaniu Sroki czytamy o „naruszeniu przepisów prawa”. Resort nie wskazał jednak konkretnych przepisów prawa, które miałyby zostać naruszone, przypomina jedynie sprawę listu, który Magdalena Sroka rzekomo wysłała do Motion Picture Association of America. List może zawierać niefortunne sformułowania albo nie odzwierciedlać poglądów ministra – trudno jednak powiedzieć, jakie prawo zostało złamane przez jego wysłanie. Ministerstwo również nie wymienia żadnych paragrafów. Komentując decyzję, wiceminister Jarosław Sellin wskazał za to na „utratę zaufania”, jako powód końca współpracy ze Sroką.

Minister przegrywa w sądach

Odwołując podległych sobie szefów wicepremier i minister kultury Piotr Gliński sięga najczęściej po argumenty znacznie bardziej ogólne niż paragrafy. Najgłośniejszy był przypadek Pawła Potoroczyna, dyrektora Instytutu Adama Mickiewicza odpowiadającego za promocję polskiej kultury zagranicą. Również tutaj Gliński tłumaczył swoją decyzję „utratą zaufania”. Potoroczyna zwolniono we wrześniu 2016 roku – ponad rok przed końcem jego kadencji.

Były dyrektor szybko znalazł zatrudnienie jako dyrektor generalny Uniwersytetu Humanistyczno-Społecznego SWPS. W międzyczasie zaproponowanie mu stanowiska wiceprezydenta Warszawy ds. kultury rozważała Platforma Obywatelska.

Potoroczyn poszedł do sądu, zaskarżając decyzję Glińskiego. W pierwszej instancji wygrał z ministerstwem w sądzie pracy – w listopadzie 2016 roku Sąd Rejonowy Warszawa-Śródmieście orzekł, że „akt odwołania powoda nie tylko nie zawierał uzasadnienia, ale w ogóle nie wskazano w nim jakiejkolwiek przyczyny (…). W konsekwencji rozwiązanie stosunku pracy nastąpiło w sposób niezgodny z przepisami prawa”. Jak powiedział OKO.press, Potoroczyn wygrał tę sprawę w drugiej instancji i dostał odszkodowanie od ministerstwa.

W lipcu 2017 Potoroczyn wygrał jeszcze równoległą sprawę w Wojewódzkim Sądzie Administracyjnym, który uchylił akt odwołania ze stanowiska. Sąd uznał, że minister „w żaden sposób nie uzasadnił wydanego aktu, a więc tym samym nie wskazał w ogóle, która przyczyna (przesłanka) odwołania dyrektora instytucji kultury przed upływem okresu, na który został on powołany, zaszła w niniejszej sprawie” (Sygn. akt II SA/Wa 1820/16).

Zdaniem sądu minister naruszył w ten sposób „zarówno zasadę praworządności, wyrażoną w (…) art. 7 Konstytucji RP, jak i zasadę pogłębiania zaufania obywateli organów praworządnego Państwa”.

Ministerstwo może złożyć jeszcze skargę kasacyjną do Naczelnego Sądu Administracyjnego.

Również sprawę Sroki Gliński może przegrać w sądzie. Jak powiedziała OKO.press Agnieszka Holland – „Zwolnienie przed końcem pięcioletniej kadencji jest sprzeczne z ustawą i zapewne zakończy się wyrokiem sądu, ale – jak słyszałam – minister Gliński powiedział, że woli zapłacić karę niż tolerować takie porządki w PISF. Ma chłop gest. Zwłaszcza, że nie ze swoich będzie płacił”.

Wyrzucenie przez połączenie

Potoroczyn to nie jedyny szef państwowej instytucji kultury, który za rządów PiS pożegnał się ze stanowiskiem przed końcem kadencji. Odwołany został też m.in. Grzegorz Gauden, dyrektor Instytutu Książki. Gliński zarzucał mu, że mimo działań na rzecz promocji czytelnictwa, nie udało się powstrzymać jego spadku. Dyrektora wymieniono w kwietniu, czytelnictwo spada nadal.

Niektórzy dyrektorzy pożegnali się ze stanowiskami bez formalnego odwołania, jak Michał Merczyński, szef Narodowego Instytutu Audiowizualnego. NInA połączono z Filmoteką Narodową, tworząc nową placówkę: Filmotekę Narodową – Instytut Audiowizualny. Krytycy tej decyzji uważali, że Gliński podjął ją ze względów personalno-politycznych, by pozbyć się Merczyńskiego – z chwilą przekształcenia NInA w nową instytucję, umowa dyrektora wygasła.

Ten sam manewr wykonano w Muzeum II Wojny Światowej. Jego dyrektor Paweł Machcewicz stracił stanowisko, gdy otwierającą właśnie nową ekspozycję instytucję połączono z pozostającym „w organizacji” Muzeum Westerplatte. Choć decyzję resort tłumaczył podobnym profilem obu muzeów, to Gliński i jego ludzie nie kryli niechęci do wystawy stworzonej przez ekipę Machcewicza, wpisującej polskie doświadczenie wojny w szerokie, światowe tło.

Szczególny przypadek

PISF ma ogromny budżet, nieporównywalny z żadną z wymienionych wyżej instytucji. W 2016 łącznie dysponował kwotą 168 milionów zł. To nie tylko dotacja z podatków, ale też środki z opłat, które ustawa o kinematografii nakłada na dystrybutorów, prywatnych nadawców telewizyjnych, platformy cyfrowe, TVP czy właścicieli kin. Muszą oni oddawać Instytutowi 1,5 proc. wpływów z biletów. Dotacja z budżetu państwa na działalność PISF wynosiła w 2016 r. 11 mln złotych. Zaś łączny budżet programów operacyjnych Instytutu opiewał w ubiegłym roku na kwotę 168,9 mln zł. Z tego na produkcję filmową wydano 111 mln zł, 37 mln na edukację i upowszechnianie kultury filmowej, a na promocję polskiego kina zagranicą – ok. 9 mln zł.

Również pod względem prawnym PISF to szczególny przypadek – jego działalność reguluje osobna ustawa. W przypadku pozostałych instytucji ministrowi (albo lokalnemu samorządowi) jest znacznie prościej usunąć nieodpowiadającego władzy dyrektora lub dyrektorkę. Wystarczy, że minister uzna, że dyrektor odstąpił od wykonywania umowy określającej „warunki organizacyjno-finansowe działalności instytucji kultury oraz program jej działania”. Tak mówi ustawa o prowadzeniu działalności kulturalnej. Tyle że finanse instytucji kultury to sprawa zawiła (szczególnie w samorządach), m. in. ze względu na niejasne i niedostosowane do specyfiki pracy w kulturze prawo – sporo mówiono o tym na organizowanej niedawno przez samo ministerstwo Ogólnopolskiej Konferencji Kultury. A podpisywany przez dyrektora program często bywa dokumentem bardzo ogólnym, zaś interpretacja stopnia jego realizowania może być subiektywna.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym