Prawa autorskie: Adam Stepien / Agencja GazetaAdam Stepien / Agenc...
04 listopada 2020

Biden czy Trump w sądach. Czarny dzień amerykańskiej demokracji. Porywczy duch ponad rozumem

Sytuacja zaczyna wyglądać jak początki kryzysu konstytucyjnego, który będzie się zaogniał w nadchodzących dniach, bo jest wysoce prawdopodobne, że zarówno wyborcy Demokratów jak i Republikanów wyjdą na ulice w protestach. Prawnicy Trumpa ruszają do „stanów rdzy"

Cała sytuacja zaczyna wyglądać jak początki kryzysu konstytucyjnego, który będzie się tylko zaogniał w nadchodzących dniach, bo jest wysoce prawdopodobne, że zarówno wyborcy Demokratów jak i Republikanów wyjdą na ulice w protestach, które mogą eskalować - pisze dla OKO.press Josh Pacewicz* (1980), profesor socjologii na Brown University.

Jego analiza, pisana późną nocą z 3 na 4 listopada w USA, oddaje rozczarowanie amerykańskiego demokraty poruszonego ogromnym poparciem, jakie zebrał Trump. Według jego prognozy wynik wyborów rozstrzygnie się w sądach i dojdzie do destabilizacji sytuacji. Czarny scenariusz wygląda tak:

W dniach poprzedzających wybory, demokrata Joe Biden wyprzedzał w sondażach republikanina Donalda Trumpa o 9 pkt proc. Pisałem w OKO.press o trzech możliwych scenariuszach.

  • Sondaże mogły mieć rację i Biden wygrałby ogromną przewagą.
  • Sondaże mogły się trochę mylić, na korzyść Trumpa, co doprowadziłoby do wątpliwości w kwestii zwycięzcy i potencjalnego kryzysu konstytucyjnego, gdy wybory będą rozstrzygane w sądach.
  • Doszło do dużego błędu szacunkowego na korzyść Trumpa, który oznaczałby, że zostanie on ponownie wybrany na prezydenta.

Na nieszczęście dla Demokratów, wygląda na to, że spełnia się właśnie drugi lub nawet trzeci z moich scenariuszy. A o wyborach, też na nieszczęście Demokratów, zadecydują instytucje polityczne, a przede wszystkim kolegium elektorów, które przyznaje głosy elektorskie na zasadzie „zwycięzca bierze wszystko” w poszczególnych stanach.

Politycy i wyborcy partii Demokratów oczekiwali, że Biden wygra ogromną przewagą. Jak ujął to jeden z popularnych komentatorów politycznych, byłoby to nie tylko zwycięstwo polityczne, ale i odrzucenie prezydentury Donalda Trumpa, zwłaszcza jego tendencji do podsycania napięć na tle rasowym i ksenofobicznym.

Jednak, niestety dla Demokratów, znacząca przewaga Bidena nie jest już możliwa i wygląda na to, że to drugi scenariusz będzie miał miejsce. W paru kluczowych stanach między wynikami kandydatów jest zbyt mała różnica, by móc podać ostateczny wynik, ale Trump w bełkotliwym i antydemokratycznym z ducha przemówieniu oskarżył już Demokratów o próbę wygrania wyborów poprzez „oszukanie amerykańskiego narodu”. Zrozumienie powagi tego zarzutu wymaga trochę znajomości historii wyborów w Stanach Zjednoczonych.

Biden nie wygrał tam gdzie mógł, może wygrać tam, gdzie musi

Tak jak w wyborach 2016 roku, wydaje się, że Biden wygrał w głosowaniu powszechnym, choć mniej zdecydowanie niż się spodziewano. Jednak, już na początku wieczoru wyborczego, Biden przegrał w kilku kluczowych stanach, w których przewidywana była jego minimalna wygrana. Przegrał w Północnej Karolinie o 1 pkt proc., w Teksasie i na Florydzie o 4 proc., a w Ohio o 7 procent. Wygrana Bidena w chociaż w jednym z tych stanów oznaczałaby, że droga Trumpa do zwycięstwa byłaby praktycznie zablokowana.

Niestety jednak, nie wygrał w żadnym. Udało mu się za to osiągnąć małą, lecz znaczącą wygraną w Arizonie, jednym ze stanów, o które toczyła się zaciekła walka. W chwili pisania tego tekstu, również w Georgii różnica wyników jest zbyt mała, aby móc określić zwycięzcę, a zliczanie głosów zostało zawieszone do rana.

Tym samym, droga Bidena do zwycięstwa zawęziła się do nieoczekiwanego zwycięstwa w Georgii lub w trzech historycznie niebieskich (głosujących na Demokratów) stanów w tak zwanym Pasie Rdzy, w których Clinton przegrała w 2016: Pensylwania, Michigan i Wisconsin. Biden musi zwyciężyć w przynajmniej jednym, a możliwe, że dwóch z tych stanów, by wygrać wybory.

Te trzy stany, będące kiedyś sercem amerykańskiej i światowej rewolucji przemysłowej, w przeszłości głosowały w przeważającej większości na Demokratów. Jednak globalizacja i fuzje wielkich korporacji zniszczyły przemysł do tego stopnia, że niektóre miasta pełne są zabitych deskami witryn. W tym samym czasie, antyzwiązkowe przepisy unicestwiły ruch robotniczy, który był kiedyś organizacyjnym i ideologicznym fundamentem amerykańskiej partii Demokratycznej.

To właśnie te stany okazały się zaskakująco podatne na antyelitarny, ksenofobiczny, rasistowski, antyglobalizacyjny i antykosmopolityczny przekaz Trumpa w 2016 roku.

Rzecz w tym, że to Trump prowadzi obecnie w Pensylwanii i Michigan, ale po policzeniu 89 proc. w Wisconsin Biden wyszedł na prowadzenie. We wszystkich trzech stanach Pasa Rdzy można się spodziewać, że wynik Bidena będzie rósł, bo dojdą głosy oddane pocztą.

Ponieważ Trump prowadził swoją kampanię między innymi poprzez zaprzeczanie temu, jak niebezpieczny jest koronawirus, jego wyborcy dużo częściej głosowali osobiście. Wyborcy Demokratów znacznie częściej decydowali się na głosowanie korespondencyjne. Podczas gdy większość głosów oddanych osobiście została już zliczona, głosy oddane drogą korespondencyjną w tych kluczowych stanach, Michigan, Wisconsin i Pensylwania, nie są jeszcze podliczone. W Pensylwanii wiele głosów będzie schodzić pocztą jeszcze przez trzy dni.

Co zawiodło Bidena?

Do pewnego stopnia jego teoria była trafna. Biden obiecał podnieść swoje poparcie wśród wyedukowanych, pracujących zawodowo mieszkańców przedmieść, zwłaszcza w kontekście tego jak fatalnie Trump radzi sobie z kryzysem wywołanym przez koronawirusa. I okazuje się, że to mu się udało - jego wyniki są przeciętnie o parę punktów procentowych wyższe na przedmieściach.

Z drugiej strony, frekwencja wśród wyborców o innym kolorze skóry niż biały wydaje się być niższa niż w poprzednich wyborach. Wstępne analizy wskazują na to, że

Biden odniósł znaczną porażkę wśród Latynoamerykanów, a zwłaszcza imigrantów z Kuby i Wenezueli mieszkających na Florydzie, którzy zareagowali, zdaje się, na widmo nadciągającego socjalizmu – bo tak właśnie Trump często przedstawia partię Demokratów.

Ale tak naprawdę, najważniejszą wiadomością tego wieczoru jest Donald Trump, który przebił wszelkie oczekiwania, tak jak w 2016 roku ze względu na frekwencję, frekwencję, frekwencję. I zaskakującą w czasach pandemii aktywność.

Trump: buńczuczny antyegalitaryzm i covidowe wiece

W październiku Trump zaraził się koronawirusem, fatalnie radził sobie z zarządzaniem tym kryzysem, a komentatorzy polityczni krytykowali go i przekreślali jego szanse na wygraną. A jednak spędził on ten miesiąc objeżdżając cały kraj i organizując ogromne wiece, które w regionach wiejskich często przyciągały dziesiątki tysięcy ludzi chcących wysłuchać jego przekazu buńczucznego antyelitaryzmu – wiece odpowiedzialne za liczne ogniska koronawirusa i niejedną śmierć. I to właśnie te regiony poszły głosować na Trumpa masowo, gwarantując mu 80 procent głosów, co skutecznie przytłumiło głosy oddawane na przedmieściach i w miastach w tych kluczowych stanach.

Porywczy duch górą nad rozumem

Oznacza to, że nawet jeśli Demokraci zdołają wygrać minimalną przewagą, liderzy partii będą bez wątpienia uważać, że ich teoria była błędna, tak jak w 2016 roku.

Głównym hasłem wyborczym Bidena był powrót do normalności: powrót do profesjonalizmu i eksperckości, do wiary w naukę, do przyzwoitości i wielokulturowości. Chociaż sondaże wskazywały, że przekaz ten jest popularny, okazuje się, że nie zachęca on do głosowania tak skutecznie jak porywczy duch pobudzany przez Trumpa.

Nie ulega też wątpliwości, że Demokraci padli ofiarą wymogu stworzenia skomplikowanej koalicji wyborców, jako że ich apele do wyborców o innym kolorze skóry niż biały, którzy są rosnącą, ale nadal nie większościową częścią elektoratu – prawdopodobnie spolaryzowały amerykańską politykę pod względem rasowym, podnosząc frekwencję wśród białych wyborców w regionach wiejskich.

Prawnicy Trumpa ruszą do pasa rdzy

Zatem wybory przeciągną się do czwartku 5 listopada – zliczane będą głosy korespondencyjne, a prawnicy Donalda Trumpa ruszą do Pasa Rdzy, tak jak obiecywał w przypadku trudnych do rozstrzygnięcia wyborów, i będą próbować powstrzymać zliczanie głosów nadesłanych pocztą za pomocą sądowych nakazów, które mogą ostatecznie zadecydować o wyniku.

Biorąc pod uwagę tylko zliczone do tej pory głosy, Trump na razie prowadzi, ale w przerażającym, bezprecedensowym przemówieniu już oznajmił swoją wygraną. Analitycy spodziewają się, że Biden nadal może zwyciężyć, lecz Trump ogłosił, że należy zaprzestać podliczania nadchodzących jeszcze głosów korespondencyjnych. Zarówno on, jak i Demokraci, zmobilizowali już prawników, którzy w nadchodzących dniach z pewnością ruszą do walki w stanach Pasa Rdzy.

To czyni sytuację bardzo nieprzewidywalną, gdyż wielu amerykańskich sędziów nominowanych jest przez partie, a sędzia prowadzący każdą sprawę wybierany jest losowo. A powód (Trump lub Biden) ma prawo odwoływać się do sądu wyższej instancji, na Sądzie Najwyższym kończąc. W roku 2000 Sąd Najwyższy zadecydował o wygranej Republikanina George'a Busha, gdy zawiesił powtórne zliczanie głosów na Florydzie.

Finał w Sądzie Najwyższym?

Tym razem jednak politycy Demokratów otwarcie kwestionują legalność Sądu Najwyższego ze względu nominację Amy Coney Barret, której w ostatniej chwili dokonał Trump - łamiąc amerykański zwyczaj, jako że żaden prezydent do tej pory nie nominował sędziów w roku, w którym odbywają się wybory.

Cała sytuacja zaczyna wyglądać jak początki kryzysu konstytucyjnego, który będzie się tylko zaogniał w nadchodzących dniach, bo jest wysoce prawdopodobne, że zarówno wyborcy Demokratów jak i Republikanów wyjdą na ulice w protestach, które mogłyby szybko eskalować.

Amerykańskie stacje telewizyjne zaprzestały analizy wyników i refleksji nad znaczeniem głosów elektorskich, przerzucając się na wywiady z prawnikami i ekspertami prawa konstytucyjnego. Dyskusja zaczęła skupiać się nad tym, jak zareagują na sytuację ważne postaci amerykańskiej polityki – przede wszystkim przedstawiciele Partii Republikańskiej.

Można z pewnością powiedzieć, że wynik tegorocznych wyborów pozostaje niejasny i wszystko, co teraz nastąpi, będzie miało ogromny wpływ na demokrację w Stanach Zjednoczonych przez wiele lat.

W ostatniej książce „Partisans and Partners: The Politics of the Post-Keynesian Society” Josh Pacewicz opisuje radykalną polaryzację amerykańskiej sceny politycznej spowodowaną oddolną zmianą w partiach.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne