0:00
30 czerwca 2022

Bug umiera za drutem kolczastym. I przyrodniczo, i turystycznie. Ostatni moment, by usunąć zasieki

Zniesienie zakazu wstępu do strefy przygranicznej to nie wszystko. Pozostaje drut kolczasty rozpleciony na 170 km na brzegu rzeki Bug, która stanowi naturalną granicę z Białorusią na jednej trzeciej jej długości. Jego pozostawienie grozi katastrofą ekologiczną i turystyczną

Wydrukuj

1 lipca przestaje obowiązywać zakaz wjazdu do strefy przygranicznej z Białorusią. Zakaz od dawna był kwestionowany jako bezprawny i znajdowało to potwierdzenie w wyrokach niezawisłych sądów. To ostatni moment nie tylko z punktu widzenia zwykłego humanitaryzmu. Chodzi też o funkcjonowanie branży turystycznej w regionie, która przez zakaz stanęła na krawędzi przepaści.

Niestety, zdjęcie formalnego zakazu to nie wszystko. Pozostaje jeszcze jeden zasadniczy problem: drut kolczasty rozpleciony na brzegu Bugu, który stanowi naturalną granicę Polski i Białorusi na jednej trzeciej jej długości. Jeśli drut tam pozostanie, grozi nam katastrofa. I to podwójna: ekologiczna i turystyczna.

W OKO.press ostrzegała przed tym Katarzyna Kojzar:

Drut żyletkowy jako „polityczne złoto"

Przypomnijmy najpierw stan faktyczny. Mimo zapowiedzi szefa Kancelarii Premiera Michała Dworczyka, że tak zwanej „zapory” na brzegu Bugu nie będzie, na początku grudnia 2021 roku nagle nad rzeką pojawili się żołnierze i rozciągnęli zasieki z drutu żyletkowego zawiniętego w spirale. Drut rozciągnięto nad samym brzegiem rzeki, co całkowicie odcięło od niej mieszkańców oraz uniemożliwiło migrację zwierząt.

Dotknęło to cały polsko-białoruski odcinek Bugu, liczący ponad 170 kilometrów.

Dodajmy do tego istotny kontekst polityczny. Kilka miesięcy wcześniej w ujawnionych w tzw. aferze mailowej (#DworczykLeaks) prywatnych mailach do Michała Dworczyka premier Morawiecki określił eskalację sytuacji na Białorusi jako „polityczne złoto”. W różnych działaniach rządu wokół kryzysu na granicy polsko-białoruskiej widać było jasno ten sposób myślenia. Z jednej strony podsycane jest poczucie zagrożenia, a z drugiej – tworzy się wrażenie, że rząd „coś robi”, żeby nas przed owym bliżej nieokreślonym zagrożeniem uratować.

Im bardziej to działanie jest widoczne, im mocniej pokazuje wyraźną ingerencję, najlepiej militarną, tym lepiej - bo daje większy efekt propagandowy. To, czy naprawdę rozwiązuje jakikolwiek problem, nie ma żadnego znaczenia.

Dojmujący absurd

W przypadku Bugu absurd i szkodliwość tego modelu działania jest szczególnie dojmująca.

Bug to rzeka dzika i nieuregulowana na całej długości. Czyni to z niej nie tylko unikat na skalę Europy, ale też naturalną „barierę”, która żadnych wzmocnień nie potrzebuje.

Już przed rozpleceniem na jego brzegu drutu liczba nielegalnych przekroczeń granicy na linii rzeki była znikoma i przyznawała to sama Straż Graniczna. Brzegi pokrywają mokradła, naturalne lasy łęgowe czy olbrzymie połacie dzikich, zarośniętych łąk.

Jeśli gdzieś w Polsce możemy jeszcze zobaczyć, jak mogło wyglądać słynne Polesie w latach II Rzeczpospolitej, to właśnie tam, nad Bugiem. Owo Polesie od zawsze stanowiło naturalną barierę dla migracji ludności, a zachowanie go w stanie dzikim było elementem polskiej strategii obronnej od wielu stuleci.

To dlatego w latach II RP wielki projekt osuszenia poleskich bagien został zablokowany między innymi głosami wojskowych.

Współczesna polska armia i Straż Graniczna nie odrobiła tej podstawowej lekcji. Czysto propagandowy efekt zastąpił realne myślenie strategiczne. Po pierwsze, niewielka liczba przekroczeń granicy pokazuje, że dzika rzeka sama świetnie sobie radzi jako “bariera”. Po drugie, jeśli ktoś już tę naturalną barierę przekroczy, to drut kolczasty, który napotka na samym końcu drogi, go nie powstrzyma.

Poszkodowani? Mieszkańcy, turyści, firmy

Kogo zatem powstrzyma, jeśli nie osoby przekraczające zieloną granicę? Trzy grupy. Pierwsza to mieszkańcy, którzy zostali odcięci od dostępu do rzeki. Bug i jego okolice stały się dla nich polem minowym, na które strach wchodzić.

Druga grupa to turyści, dla których przygraniczny Bug był jednym ze wspanialszych polskich szlaków kajakowych. Wytyczony został zresztą z udziałem Polski, Ukrainy i Białorusi. Wieloletnie wysiłki województwa lubelskiego, które stopniowo rozwijało szlak, w bardzo trudnym terenie tworząc miejsca biwakowe czy tablice z oznaczeniami szlaku, zostaną zaprzepaszczone.

Działające na tym terenie przedsiębiorstwa turystyczne – np. firmy wynajmujące kajaki czy organizujące wycieczki – skazano na klęskę. Dla wielu osób oznacza to stracone nadzieje na przyszłość i zaprzepaszczone środki, często oszczędności, zainwestowane w biznes.

Miałem okazję spłynąć polsko-białoruskim odcinkiem Bugu latem 2019 roku. Nie wiem, czy gdzieś w Polsce jest miejsce pozwalające na tak głębokie obcowanie z przyrodą i całkowite odcięcie się od cywilizacji. Piaszczyste łachy, wysokie skarpy, gęste lasy łęgowe, dzikie łąki - i ani kilometra uregulowanego brzegu.

Przygraniczny Bug to polskie Orinoko, ale wciąż nieodkryte. Jednocześnie przez słaby nurt i niewielką głębokość - szlak kajakowy na Bugu jest absolutnie bezpieczny, łatwy i przyjazny dla początkujących kajakarzy.

To dlatego w tym regionie rozkręciły się małe przedsiębiorstwa wspierające zrównoważoną, ekologiczną turystykę. W tym roku, już po pojawieniu się drutu, miałem okazję rozmawiać z jednym z przedsiębiorców z regionu. M. prowadzi wynajem sprzętu wodnego i organizację wypraw, a w ostatnich latach biznes zaczął się mocno rozkręcać.

Druty całkowicie to przekreśliły

M. nie jest w stanie zrozumieć, jak można było podjąć tak bezsensowną decyzję. "Tu każdy wie, że te zasieki prędzej czy później woda zmyje i rozniesie po rzece" – mówił. – "A w dodatku odcięły nas od rzeki, nie można pójść na ryby, nie można zwodować łódki. Zrobiono to nagle i bez uprzedzenia".

Zdaniem mojego rozmówcy, jeśli ochrona granicy powinna być wzmocniona, to przez dodatkowe patrole, punkty obserwacyjne czy sprzęt do patrolowania granicy z wody, a nie przez zasieki.

Co gorsza, zdaniem M., czasu na zdemontowanie zasieków jest coraz mniej. Jeśli woda je zmyje, to nie będzie się dało ich już uprzątnąć.

Powstaną gigantyczne zatory na rzece złożone z drzew poplątanych drutem. To będzie koniec szlaku kajakowego na Bugu i ogromna katastrofa ekologiczna.

W tej pułapce ginąć będą zwierzęta, ryby, a także ludzie, którzy zapuszczą się w tereny nadrzeczne. "Do tej pory czasem zdarza mi się znaleźć resztki drutu kolczastego z czasów II wojny światowej. Jeśli on tyle czasu tu zalega, to pomyślmy, co będzie, jak te wielkie zasieki nurt rozwlecze po rzece" – tym smutnym wnioskiem kończy rozmowę M.

RDOŚ do Straży Granicznej: Zasieki zostaną zalane

Dokładnie te same obawy mają też oficjalne instytucje. W piśmie z 24 stycznia 2022, do którego dotarł „Dziennik Wschodni”, dyrektor Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska Arkadiusz Iwaniuk pisał do komendanta Straży Granicznej: „(…) zachodzi realna obawa, że zasieki zostaną zalane, a na niektórych odcinkach rzeki przemieszczone”. Niestety, Straż te ostrzeżenia zignorowała.

Jeśli Ministerstwu Obrony czy Straży Granicznej nie spędza snu z powiek wizja katastrofy ekologicznej i zabicia branży turystycznej w regionie Bugu, to może powinna przemówić do nich wizja tego, jaki będzie wizerunek polskiego wojska, gdy do sieci trafią pierwsze filmy pokazujące nurt rzeki zrywający coś, co zostało przedstawione jako „zapora”?

Czy w Ministerstwie ktoś pomyślał jakie to wystawi świadectwo polskiej armii? Czy naprawdę propagandowa szopka, która służyła przetapianiu „politycznego złota” jest tego warta?

W Ministerstwie zresztą zdają sobie sprawę. „W przypadku zaistnienia okoliczności o charakterze naturalnym (...) strona wojskowa, w zależności od potrzeb, dokona ich przesunięcia lub demontażu” – powiedział resort redakcji „Dziennika Wschodniego”.

Ten moment nadszedł właśnie teraz. 1 lipca, wraz ze zniesieniem zakazu poruszania się w strefie przygranicznej, turyści mogą wrócić nad Bug, a kajakarze - na rzekę. Bez dostępu do Bugu, wielkiej atrakcji i skarbu wschodniej Polski, cała branża w regionie nie przetrwa tego sezonu.

Za miesiąc lub dwa może być już za późno.

Udostępnij:

Jan Mencwel

Aktywista, publicysta, współzałożyciel i były prezes, a obecnie Sekretarz stowarzyszenia Miasto Jest Nasze. Autor książki "Betonoza. Jak się niszczy polskie miasta".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne