Cena jaką płacimy za amerykańskie „usługi” obronne nie jest mała. Nie ogranicza się do wymiaru finansowego. To „niepieniężne” koszty mogą się okazać dla Polski największe. Należy poważnie liczyć się z tym, że „antyeuropejskie” oczekiwania USA wobec Polski będą narastały, a sytuacja uzależnienia będzie przez Amerykanów bezpardonowo wykorzystywana

Dla zewnętrznego obserwatora wizyta Andrzeja Dudy w USA wygląda jak niekwestionowany sukces. Bardzo dobra atmosfera, wzajemne zapewnienia o strategicznym sojuszu, zdjęcia polskiego prezydent z amerykańskim odpowiednikiem na czerwonym dywanie, obaj panowie podpisujący wspólną deklarację (na siedząco, przy oddzielnych stolikach).

Rachunek za usługę

Za ładnymi obrazkami i gładkimi słowami kryje się jednak dużo mniej atrakcyjna rzeczywistość. Polska potrzebuje parasola bezpieczeństwa, a USA wystawia nam za tę „usługę” rachunek. Wizyta Dudy unaoczniła coraz bardziej transakcyjną naturę relacji polsko-amerykańskich. Pokazała także, że niestety Warszawa kupuje nie to co chce, ale to, co zostaje wystawione na półkach. Na dodatek płacimy nie po cenach rynkowych, lecz tych narzuconych przez sprzedającego.

Rozmowy dotyczyły różnych sfer współpracy, ale dla wszystkich było jasne, że „gwoździem” programu jest finalizacja toczonych od prawie 4 lat negocjacji o zwiększeniu amerykańskiej obecności wojskowej w Polsce.

Zapowiedzi rządu Prawa i Sprawiedliwości były bardzo ambitne. Nad Wisłą miała powstać stała baza (tzw. Fort Trump). Zabiegano także o to, by w naszym kraju stacjonowało permanentnie ok. 20 tys. żołnierzy USA. Rząd deklarował gotowość wyasygnowania na ten cel ok. 2 mld dolarów.

W podpisanej w środę, 12 czerwca 2019, polsko-amerykańskiej deklaracji nie ma jednak ani Fortu Trump, ani stałej obecności wojsk USA. Nasi sojusznicy zobowiązali się do zwiększenia już istniejącego 4500 rotacyjnego kontyngentu o ok. 1000 żołnierzy.

Nie został też wskazany żaden horyzont czasowy dla stacjonowania amerykańskich żołnierzy w Polsce. A jest to kwestia kluczowa. Na razie bowiem zaangażowanie USA uzależnione jest od corocznej decyzji Kongresu.

Nie trzeba tłumaczyć, że stwarza to ryzyko, iż w przypadku zmiany woli politycznej w Waszyngtonie, dotychczasowe ustalenia mogą zostać po prostu odwrócone.

Pomimo nikłej oferty zobowiązania finansowe Polski się nie zmniejszyły, a według niektórych kalkulacji mogą okazać się nawet większe niż deklarowane wstępnie 2 mld. Co więcej, strona polska ogłosiła, iż zakupi 32 myśliwce F-35.

Zważywszy, iż decyzję upubliczniono przed ustaleniem ostatecznych warunków transakcji, należy się spodziewać, że umowa nie będzie należała do najbardziej korzystnych dla Warszawy.

Cena jaką płacimy za amerykańskie „usługi” obronne nie jest więc delikatnie mówiąc mała. Co gorsza, wcale nie ogranicza się ona do wymiaru finansowego. I to właśnie te „niepieniężne” koszty mogą się okazać dla Polski największe.

Podobnie jak w czasie poprzedniej wizyty Andrzeja Dudy, także i teraz Donald Trump ewidentnie ustawiał Polskę w kontrze do Europy, zwłaszcza Niemiec. Amerykański przywódcza nie krył, że większe zaangażowanie USA w Polsce może wiązać się z redukcją liczby żołnierzy stacjonujących w Niemczech.

Podziały w Europie

To nie pierwszy raz kiedy Trump podsyca podziały w Europie. Polskę stawia to jednak w bardzo niekomfortowej sytuacji. Podważa bowiem zaufanie do nas ze strony europejskich sojuszników, wśród których Warszawa postrzegana jest coraz częściej nie jako „transatlantycki łącznik”, lecz amerykański koń trojański.

Co gorsza, wobec narastających napięć pomiędzy Waszyngtonem a Brukselą należy poważnie liczyć się z tym, że „antyeuropejskie” oczekiwania USA wobec Polski będą narastały. Przedsmak takiej sytuacji Warszawa miała już w czasie organizowanej u nas w lutym 2019 konferencji bliskowschodniej.

Wbrew intencjom strony polskiej, Waszyngton nadał spotkaniu jednoznacznie antyirański charakter. To nie tylko doprowadziło do zapaści naszych relacji z Teheranem, ale przede wszystkim zostało bardzo źle przyjęte w wielu europejskich stolicach.

Oczekiwania USA wobec naszego kraju mogą zresztą wykraczać poza relacje Bruksela-Waszyngton. Ostatnio coraz częściej mówi się o możliwym powiązaniu amerykańskiego parasola bezpieczeństwa z gotowością solidaryzowania się danego państwa z polityką Stanów Zjednoczonych wobec Chin.

Polska nie ma wpływu na coraz bardziej drapieżny styl działania Waszyngtonu. Ma jednak wpływ na to, jak się wobec tej nowej rzeczywistości ustawiać.

Deklaracja poddańcza

W przemówieniu podczas wspólnej konferencji z Donaldem Trumpem, Andrzej Duda 10 razy użył słowa „dziękuję”. Dziękował za uwagę skierowana na Polskę i region, za współpracę energetyczną, za dostawy surowców (za które Polska płaci), za wszystkie zawarte umowy.

Podziękował nawet za skuteczne wcielanie w życie hasła „make America great again”. To przemówienie można by uznać po prostu za przesadnie kurtuazyjne, gdyby nie fakt, że oddaje ono istotę polskiego podejścia do USA. Podejścia opartego na poddańczej pozycji wdzięcznego biorcy wobec łaskawego dawcy.

Taka pozycja zapewnia doraźnie dobrą atmosferę, zdjęcia na czerwonym dywanie i uściski dłoni. Problem polega jednak na tym, że w ten sposób zamiast obniżać podbijamy tylko koszty naszej współpracy z USA.

Im bardziej dzisiaj przyzwyczajamy Waszyngton do myślenia o Polsce jako kraju uzależnionym i podległym, tym bardziej musimy się liczyć z tym, że w przyszłości uzależnienie to będzie przez Amerykanów bezpardonowo wykorzystywane.

Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz jest dyrektorką forumIdei, think tanku Fundacji Batorego, wcześniej była ambasadorem RP w Moskwie i wiceministrem w MSZ. ten tekst opublikowała na swoim profilu na Facebooku. 

Socjolog i politolog, specjalistka w zakresie problematyki wschodnioeuropejskiej. Od 2012 do 2014 podsekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, od 2014 do 2016 ambasador Polski w Federacji Rosyjskiej. W 2016 roku została dyrektorem programu Otwarta Europa Fundacji im. Stefana Batorego a następnie dyrektorem forumIdei, think tanku pro publico bono Fundacji Batorego.


Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press