Rząd bez żadnego planu niszczy instytucje o liczącym ponad pół wieku dorobku - uważa wielu przedstawicieli środowiska filmowego. "Zamiast likwidować studia może lepiej pomyśleć, jak postawić na ich czele sensowne osoby. Centralizacja nie jest dobra" - mówi OKO.press Borys Lankosz

Tuż przed wyborami PiS uruchomił ostatni etap reformy, która radykalnie zmieni kształt polskiej kinematografii. Do publicznych studiów filmowych – Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych, Studia Miniatur Filmowych, oraz Studiów KADR, TOR, ZEBRA i KRONIKA – wkroczył rządowy likwidator. Instytucje mają przestać istnieć z końcem miesiąca. Niektóre z nich wywodzą się z zespołów filmowych, oryginalnej wywalczonej na fali odwilży formy organizacji produkcji filmowej w PRL, uważanej za jedno ze źródeł wielkich sukcesów polskiego kina w tym okresie.

Zespoły przetrwały zawirowania PRL, w nowej formie odnalazły się w III RP. Od 2012 roku funkcjonują jako państwowe instytucje kultury. Działają jako publiczni producenci: wynajdują interesujące projekty, zdobywają na nie dofinansowanie (ściągając publiczne i prywatne środki), wchodzą w koprodukcje z innymi podmiotami. Teraz ich historia wydaje się dobiegać końca.

Wszystko za sprawą decyzji ogłoszonej przez premiera Glińskiego pod koniec 2018 roku o połączeniu istniejących publicznych studiów filmowych w jeden wielki „profesjonalny ośrodek produkcji filmowej”. Miałby on stać się „centrum usług dla polskiego przemysłu filmowego” i działać jako partner dla „wysokobudżetowych produkcji europejskich i amerykańskich”.

Rewolucja bez konsultacji

Kierujący studiami filmowcy mają poczucie, że rząd bez żadnego planu niszczy instytucje o liczącym ponad pół wieku dorobku. „Czuję się fatalnie. Dziś podpisałem dokument – który kazano mi podpisać – o tym, że przyjmuję do wiadomości, że za miesiąc kończy się nasza działalność” – mówił Onetowi Krzysztof Zanussi, dyrektor TOR-u. W czwartek na premierze wyprodukowanego przez KADR „Piłsudskiego” dyrektor studia Filip Bajon z wyraźnym smutkiem w głosie zapraszał na film: „To ostatnia premiera KADR-u. Studio założone przez Jerzego Kawalerowicza odchodzi w administracyjny niebyt”.

Bajon przekonywał na premierze, że Zespoły i wywodzące się z nich studia filmowe były „zbiorową mądrością polskiego kina”, przekazującą kolejnym pokoleniom wiedzę nagromadzoną przez jego mistrzów. Premier Gliński jest innego zdania. W grudniu studia nazywał „reliktami PRL”, których niska efektywność ma prowadzić do „marginalizacji polskiej produkcji filmowej”.

Jak jest naprawdę? Ocena funkcjonowania studiów budziła w środowisku filmowym kontrowersje. „Legenda zespołów filmowych była często używana do uzasadniania funkcjonowania Studiów w obecnym kształcie. Tymczasem studia te miały też gorsze okresy. Trudno mówić, że są w prostej linii kontynuatorami złotego okresu Zespołów, że mentorzy ze starszego pokolenia czuwali tam nad następnymi” – mówi OKO.press prof. Marcin Adamczak, filmoznawca z Uniwersytetu Adama Mickiewicza, zajmujący się badaniem produkcji filmowej.

Borys Lankosz, który zadebiutował „Rewersem” w KADRZ-e, wspomina: „Przez piętnaście lat po śmierci Kawalerowicza nic się tam nie działo. Aż dyrektorem został Jurek Kapuściński. On tchnął nowe życie w tę instytucję. Za jego dyrekcji powstał mój debiut, »Jesteś bogiem«, »Sala samobójców« Janka Komasy. Zamiast likwidować studia może lepiej pomyśleć, jak postawić na ich czele sensowne osoby. Centralizacja nie jest dobra, dziś mogę iść do kilku publicznych producentów, za chwilę zostanie jeden”.

Wiele osób z branży było otwartych na dyskusję o zmianach w modelu funkcjonowania studiów. „Pewnie można by dyskutować o tym, czy studia filmowe w tej formie nie są anachroniczne” – mówiła w grudniu OKO.press Agnieszka Holland. Reżyserka miała jednak problem z trybem wprowadzania tak wrażliwych zmian: „Zmiany można było szeroko skonsultować. Tymczasem minister po prostu ogłasza, że będzie łączył stare studia i budował nową instytucję”.

Ostatnie dziewięć miesięcy nic nie zmieniły w kwestii braku konsultacji. Mówił też o tym Onetowi Zanussi: „Z ministrem rozmawiałem trzy miesiące temu, ale wszystko stanęło w martwym punkcie. Minister wydał oświadczenie, że nie jest prawnie zobowiązany do żadnych uzgodnień środowiskowych i z tego korzysta”. „To, w jaki sposób potraktowano Krzysztofa Zanussiego, to policzek dla niego. Z jednej strony odbiera w tym roku w Gdyni nagrodę za całokształt twórczości, z drugiej ministerstwo traktuje go w ten sposób. Można to było inaczej załatwić” – komentuje Lankosz.

Problemy okresu przejściowego

Likwidacja wywołuje wiele problemów związanych z okresem przejściowym, gdy stare studia przestaną istnieć, a nowa instytucja jeszcze nie zostanie powołana do życia. Największy problem to kwestia praw autorskich do starych polskich filmów, produkowanych w zespołach filmowych: do tej pory znajdowały się przy studiach i stanowiły jedno ze źródeł ich przychodów.

Proces przejęcia praw, ujednolicenia wszystkich licencji i zawartych przez studia umów będzie pracochłonny i może prowadzić do przejściowego chaosu. Pojawiają się też pytania o to, jak pod rządami nowej instytucji wyglądał będzie dostęp do praw – zarówno do odtwarzania filmów, jak i wykorzystania ich jako archiwów w nowych tekstach audiowizualnych.

Studia mają także pozawierane umowy na cyfryzację swoich archiwów z różnymi podmiotami. Nowa instytucja musi przejąć pieczę nad tymi działaniami, kluczowymi z punktu widzenia troski o polskie dziedzictwo audiowizualne. Wiele studiów przerywa też swoje funkcjonowanie w trakcie prac nad kolejnymi projektami. Wszystkie zobowiązania produkcyjne ma przejąć nowa instytucja. Na ile jednak ten proces będzie miał płynny charakter?

Wciąż nie znamy szczegółów

To nie jedyne znaki zapytania. Jak mówi OKO.press wykładowca Szkoły Filmowej w Łodzi, jeden z autorów książki „Pieniądze – produkcja – rynek. Finansowanie produkcji filmowej w Polsce”, dr Artur Majer, ciągle więcej nie wiemy, niż wiemy o tym, jak ma wyglądać planowana przez rząd instytucja. „Kto będzie jej beneficjentem, współpracownikiem, jakie projekty będzie produkować lub wspierać? Jakie będzie miała uprawnienia? Czy będzie miała obowiązek realizować tzw. misję publiczną? Jak zostanie ona zdefiniowana?” – wylicza wątpliwości.

Wtóruje mu profesor Adamczak: „Mam wrażenie, że dziś, we wrześniu 2019 roku, nie wiemy więcej, niż w grudniu zeszłego roku. Trudno więc jest sensownie ocenić, czy mamy do czynienia z racjonalnie zaprojektowanym rozwiązaniem, mającym szanse realnie usprawnić pracę kinematografii, czy z czysto polityczną próbą stworzenia skrojonej pod polityczne potrzeby instytucji”.

„Odpowiedzi, jakie dostajemy na pytania o nową instytucję są często zdawkowe, a nawet wykluczające się” – dodaje Majer. W styczniu w drugim programie Polskiego Radia wiceminister kultury Paweł Lewandowski przedstawiał wizję nowej instytucji przede wszystkim jako centrum usług dla kinematografii, wchodzącego w koprodukcję aportem, poprzez wniesienie swojego sprzętu, infrastruktury, pracy swoich pracowników technicznych itd.

Oznaczałoby to, że w przeciwieństwie do likwidowanych studiów, nowa instytucja nie działałaby jako faktyczny producent: czuwający nad produkcją filmu od początku do końca. Od znalezienia pomysłu, przez prace literackie i finansowanie, po produkcję i post-produkcję. Zapytany na antenie, czy taki jest cel reformy, Lewandowski zaprzeczył i stwierdził, że przecież w nowym studiu też znajdzie się jakiś dział literacki. Brzmiało to jednak, jakby sam minister nie miał jasnego zdania, jak nowa instytucja ma działać.

Komu się to przysłuży?

Kontekstu do działania nowej instytucji dostarcza obowiązująca od tego roku ustawa o zachętach produkcyjnych. Zakłada ona, że każdy podmiot – nie tylko polski – inwestujący w produkcję filmową w Polsce może liczyć na zwrot do 30 proc. kosztów produkcji poniesionych w Polsce – wszystko w ramach określonej puli budżetowych środków.

Rozwiązanie to wzorowane jest na podobnych przepisach z Czech i Węgier. Ma przyciągnąć do Polski zagranicznych producentów i ożywić polski przemysł filmowy. Zdaniem ministerstwa system finansowania oparty o PISF i środki prywatne nie jest w stanie uruchomić pełnego potencjału polskiego przemysłu filmowego. Zachęty mają dać mu dodatkowy ekonomiczny impuls, a ściągając do polski wielkie produkcje, umożliwić transfer wiedzy, umiejętności i know-how.

„W Czechach wprowadzenie zachęt wytworzyło dwa alternatywne systemy kinematografii: produkującą dla Czech i drugą, nastawioną na serwis i usługi postprodukcyjne jako jedynie podwykonawca. Trudno mówić o jakiś wielkich transferach know-how”. „Jeśli dostrzegłbym gdzieś pozytywy projektu” – mówi ekspert z UAM – „to w tym, że ma on stworzyć silnego, polskiego partnera dla zagranicznych koprodukcji, tak, by polski przemysł filmowy też na nich korzystał. Inaczej system zachęt może okazać się mechanizmem przekazywania publicznych środków na rzecz najsilniejszych amerykańskich i europejskich producentów. Pytanie jednak, czy taki silny partner się wyłoni w sytuacji, gdy nie wiemy, kto będzie kierował nową instytucją i jak zostanie zaprojektowana, jest wróżeniem z fusów”.

Równie dobrze państwowy super-producent może okazać się mechanizmem wspierającym bliskie ideologicznie rządowi produkcje i środowiska – bez ruszania podstawowego systemu finansowania kinematografii, w postaci PISF. Znów można odnieść wrażenie, że rządy „dobrej zmiany” wikłają instytucje kultury w radykalne reformy bez rozważenia wszystkich scenariuszy i niebezpieczeństw, jakie przynieść mogą zmiany.

Piszemy o wydarzeniach sezonu. Kulturalnie.
Wesprzyj nas, byśmy mogli działać dalej.

Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) “Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.


Komentarze

  1. Andrzej Lisiak

    W Polsce Ludowej kultura filmowa jaka była taka była (Nawet w systemie mono-partyjnym) ale szła ciągle ku lepszemu. Obecnie wygląda na to, że będzie szła w kierunku interesu wyłącznie jednej partii w dodatku partii, która pokazuje, iż raczej nakaże dryfować w kierunku dewocji; nie postępu, ale wstecznictwa – beż żenady fałszując historię.
    No i oczywiście aby ten skrajnie monopolistyczny a zarazem negatywny cel osiągnąć musi zdruzgotać wszystko co stoi temu na przeszkodzie.

  2. Mariusz Was

    Mam przeczucie, że znajdą się pieniądze na filmy:
    – Smoleńsk II
    – biografie Wielkich Polaków : L. Kaczyńskiego, A.Walentynowicz, A Gwiazdy
    – filmy wojenne: Brygada Świętokrzyska, wyklęci
    – i w końcu o genialnym strategu Jarosławie

  3. Jacek Doliński

    Czyli z ministrem Glińskim wracamy już nie tyle do czasów gomułkowskich (zespoły filmowe powstały na fali odwilży lat 1955-56 i przeżyły PRL), co stalinowskich. Przypomnę, że mające monopol na produkcję i dystrybucję filmów, podległe bezpośrednio Ministerstwu Kultury Przedsiębiorstwo Państwowe "Film Polski" utworzono tuż po "wyzwoleniu" Polski.

Masz cynk?