Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump przemawia podczas konferencji prasowej w sali konferencyjnej Brady Press Briefing Room w Białym Domu w Waszyngtonie, 20 lutego 2026 r. (Zdjęcie: Mandel NGAN / AFP)Prezydent Stanów Zje...

Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych unieważnił w piątek 20 lutego kluczową część polityki celnej Donalda Trumpa, uznając, że prezydent przekroczył swoje uprawnienia, nakładając cła na import z niemal wszystkich państw świata na podstawie ustawy o nadzwyczajnych uprawnieniach gospodarczych z lat 70. XX wieku.

Orzeczenie podważa legalność taryf wprowadzonych na podstawie International Emergency Economic Powers Act (IEEPA) i obejmujących około połowy wszystkich ceł pobieranych obecnie przez federalne władze.

Administracja Trumpa ściągała w ostatnich miesiącach około 30 miliardów dolarów miesięcznie z tytułu ceł – czterokrotnie więcej niż przed powrotem prezydenta do Białego Domu.

Mimo to dochody z taryf stanowią nieco ponad 5 proc. całkowitych wpływów budżetowych.

Część produktów, takich jak kawa czy banany, została z ceł wyłączona, a importerzy próbowali ograniczać koszty, przenosząc produkcję do krajów objętych niższymi stawkami.

Wyrok otwiera drogę do zwrotu nienależnie pobranych opłat, choć – jak zauważali sędziowie podczas rozprawy – proces ten może być skomplikowany. Prawnicy specjalizujący się w prawie celnym podkreślają jednak, że system rozliczeń jest skomputeryzowany i pozwala na identyfikację płatności objętych decyzją sądu.

Biały Dom zapowiedział, że będzie próbował odtworzyć część polityki celnej na podstawie innych przepisów,

m.in. sekcji 122 i 301 ustawy handlowej z 1974 roku oraz sekcji 232 ustawy o ekspansji handlu z 1962 roku. Te instrumenty dają prezydentowi wyraźniejsze podstawy prawne, ale nakładają dodatkowe ograniczenia czasowe i proceduralne.

Sam Donald Trump zareagował na wyrok Sądu Najwyższego konfrontacyjnie i demonstracyjnie. W sobotę 21 lutego ogłosił w mediach społecznościowych, że podnosi globalną stawkę celną z 10 do 15 procent — do maksymalnego poziomu dopuszczonego przez przepis, z którego właśnie korzysta — i że decyzja wchodzi w życie natychmiast.

Oświadczył, że wiele państw „od dekad wykorzystywało” Stany Zjednoczone i że dopiero jego administracja przynosi „odwet”. Zapowiedział też, że w najbliższych miesiącach Biały Dom przedstawi kolejne, „prawnie dopuszczalne” taryfy, podtrzymując kurs na dalszą eskalację wojny handlowej mimo sądowego ograniczenia jego wcześniejszych działań. Ton komunikatu — utrzymany w retoryce „Make America Great Again” — nie pozostawiał wątpliwości, że prezydent traktuje wyrok nie jako hamulec, lecz jako wyzwanie do znalezienia nowych instrumentów nacisku.

Przeczytaj także:

Gospodarka nie odbija

Jednak wbrew temu, co Trump powtarza o cłach, jego opowieść o „złotej erze” amerykańskiej gospodarki coraz częściej rozmija się z faktami. Niezależne analizy fact-checkingowe z pokazują, że prezydent systematycznie zawyża swoje zasługi i manipuluje danymi, a nowa wojna celna nie prowadzi do wyników ekonomicznych, jakimi się chwali.

Trump konsekwentnie wyolbrzymia skalę inwestycji napływających do USA, podczas gdy twarde dane wskazują na znacznie niższe kwoty niż te, którymi operuje w swoich wystąpieniach. Nawet często przywoływany argument o rekordowej liczbie pracujących Amerykanów okazuje się zabiegiem retorycznym. Wzrost ten w dużej mierze wynika ze zwiększenia liczby ludności, a nie z faktycznej poprawy wskaźników zatrudnienia. Jak zauważają analitycy PBS Newshour i FactCheck.org, gospodarcza narracja Trumpa jest mniej opisem rzeczywistości, a bardziej polityczną konstrukcją, mającą uzasadnić kolejne decyzje – w tym agresywną politykę celną.

Równolegle z coraz bardziej triumfalną retoryką Białego Domu pojawiają się twarde dane, które ten obraz wyraźnie podważają. Najnowsze raporty agencji Reuters pokazują, że amerykańska gospodarka zaczyna wykazywać oznaki osłabienia: wzrost zatrudnienia okazał się niższy od prognoz, a dane za wcześniejsze miesiące zostały istotnie zrewidowane w dół, co przełożyło się na wzrost stopy bezrobocia.

Jednocześnie spadło zaufanie konsumentów – coraz więcej Amerykanów obawia się zarówno dostępności pracy, jak i rosnących kosztów życia.

Ekonomiści oraz przedstawiciele Rezerwy Federalnej twierdzą, że sygnały płynące z rynku pracy świadczą raczej o słabnącej dynamice niż o gospodarczym boomie, co każe mówić o narastających ryzykach, a nie o powodach do triumfalizmu.

Styczniowe dane o inflacji w Stanach Zjednoczonych pokazują zaś, że presja cenowa – choć wyraźnie słabsza niż w szczytowym momencie cyklu – wciąż nie została całkowicie opanowana.

Według najnowszego odczytu wskaźnika CPI roczna inflacja wyniosła w styczniu 2026 r. około 2,4–2,5 proc., co oznacza spadek w porównaniu z grudniem, ale nadal poziom powyżej celu Rezerwy Federalnej wynoszącego 2 proc. Również inflacja bazowa, po wyłączeniu cen energii i żywności, utrzymuje się w okolicach 2,5 proc. rok do roku. Oznacza to, że podstawowe koszty utrzymania nie obniżają się szybko, a presja cenowa w sektorze usług pozostaje podwyższona.

Rezerwa Federalna utrzymała główną stopę procentową w przedziale 3,50–3,75 proc., sygnalizując, że nie widzi jeszcze przestrzeni do zdecydowanego luzowania polityki pieniężnej. Przedstawiciele FOMC podkreślają, że choć ogólny wskaźnik inflacji spada, proces powrotu do celu jest nierównomierny, a część kategorii cen – w tym te zależne od kosztów importowanych dóbr i komponentów – pozostaje podatna na wstrząsy.

W praktyce oznacza to, że Fed zachowuje ostrożność i nie przyspiesza obniżek stóp, obawiając się ponownego wzrostu presji cenowej. Ta postawa banku centralnego wyraźnie kontrastuje z triumfalistyczną retoryką administracji i pokazuje, że inflacja – nawet niższa niż rok wcześniej – wciąż ogranicza pole manewru amerykańskiej polityki gospodarczej.

Wyższe cła, droższe życie

Od inauguracji 47. prezydenta administracja Donalda Trumpa radykalnie przebudowywała amerykańską politykę handlową, wprowadzając wyjątkowo wysokie stawki celne. Uzasadnień było wiele: ograniczenie deficytu handlowego, odwet wobec innych państw, względy bezpieczeństwa narodowego czy „sprowadzanie produkcji z powrotem do USA”. W tym katalogu niemal nie pojawiał się jeden argument, który przez dekady uznawano w krajach rozwiniętych za anachroniczny – finansowanie państwa. Tymczasem właśnie do tej, dawno porzuconej logiki cła Trumpa nas cofają.

Taryfy działają w sposób prosty i bezwzględny, choć w przemówieniach opisywane są jak heroiczne starcie z „zagranicznymi oszustami”. Cło na stal i aluminium nie zatrzymuje się na granicy ani w hutach. Podnosi koszt surowca, a ten koszt płynnie przechodzi przez cały łańcuch produkcji: od blach przez komponenty, aż po gotowy wyrób. Dlatego podwyżki cen metali nie kończą się na przemyśle ciężkim, lecz trafiają na rynek mikrofalówek, lodówek i samochodów. Producenci, którzy nie mogą zastąpić surowca ani obniżyć kosztów bez strat, podnoszą ceny. W efekcie polityczna decyzja o cle przedstawiana jako narzędzie obrony narodowego przemysłu staje się impulsem inflacyjnym rozlanym po absolutnie całej gospodarce.

Jeszcze wyraźniej mechanizm ten widać w przypadku ceł na towary z Chin, bo tamtejszy import to przede wszystkim przedmioty codziennego użytku: elektronika, odzież, obuwie, szkolne plecaki, drobne wyposażenie domu.

Gdy rośnie koszt ich sprowadzenia, firmy najpierw próbują negocjować z dostawcami, zmieniać źródła zaopatrzenia albo odkładać podwyżki w czasie. W pewnym momencie jednak pole manewru się kończy i pozostaje jedyne wyjście: przerzucić część kosztów na klientów. Badania pokazują, że w amerykańskiej wojnie handlowej ciężar ceł w dużej mierze ponosili importerzy i konsumenci, a nie zagraniczni producenci. Klasycznym przykładem są pralki: po wprowadzeniu ceł ochronnych ich ceny wzrosły wyraźnie, a wraz z nimi podrożały także suszarki, choć formalnie nie objęto ich taryfą. To typowy efekt parasola cenowego – gdy drożeje jeden element rynku, drożeje cały segment.

W codziennym doświadczeniu oznacza to po prostu droższe życie.

Zamiast abstrakcyjnych opowieści o miliardach „ściągniętych z zagranicy” są wyższe rachunki przy kasach dużych sieci handlowych i droższe zakupy w sklepach spożywczych. Są też rosnące ceny części samochodowych i narastające problemy małych firm, które opierają swoją działalność na importowanych komponentach i nie mają zaplecza, by amortyzować nagłe skoki kosztów. Dla nich cło nie jest elementem strategii geopolitycznej, lecz realnym problemem skutkującym nieplanowanym wydatkiem, który trzeba natychmiast pokryć.

Najgorzej najbiedniejszym

Paradoks polega na tym, że państwo musi dziś łagodzić skutki własnej polityki. Cła odwetowe zamykają rynki zbytu, więc administracja sięga po miliardowe rekompensaty dla rolników i innych poszkodowanych branż.

Te pieniądze nie biorą się jednak znikąd. Pochodzą z budżetu, czyli ostatecznie z kieszeni podatników. Wojna handlowa, która w retoryce ma być dowodem siły i sprytu, w praktyce działa jak ukryty podatek konsumencki: rozłożony w cenach, mało widoczny, ale odczuwalny przy każdym zakupie.

Powiedzmy rzecz rzadko wypowiadaną wprost: cła są podatkiem regresywnym. Nieprzypadkowo Stany Zjednoczone – podobnie jak inne bogate gospodarki – odeszły od ceł jako trwałego źródła dochodu. To jeden z najbardziej kosztownych i najmniej efektywnych sposobów opodatkowania. Cła zniekształcają decyzje gospodarcze: albo hamują wzrost, co z czasem podcina także wpływy do budżetu, albo skłaniają firmy i konsumentów do omijania podatku poprzez zmianę łańcuchów dostaw, co również ogranicza dochody państwa. Najczęściej dzieje się jedno i drugie naraz. To podatek regresywny, ponieważ jego ciężar relatywnie silniej obciąża osoby o niższych dochodach niż osoby zamożniejsze.

Mechanizm jest prosty. Cło to podatek nakładany na importowane towary, który w praktyce podnosi ich cenę detaliczną. Importer płaci cło na granicy, ale koszt ten zostaje przerzucony dalej – na hurtowników, sprzedawców i ostatecznie na konsumentów. W efekcie to kupujący płaci wyższą cenę za ten sam produkt.

Gospodarstwa domowe o niskich dochodach przeznaczają znacznie większą część swoich pieniędzy na konsumpcję dóbr materialnych – żywność, odzież, podstawowe artykuły codziennego użytku – a znacznie mniejszą na usługi, oszczędności czy inwestycje. To właśnie towary, a nie usługi, są bezpośrednio objęte cłami. Oznacza to, że wzrost cen wywołany cłami pochłania większy procent dochodu osób biedniejszych niż osób zamożnych.

Dla przykładu: jeśli podwyżka cen wynikająca z ceł kosztuje gospodarstwo domowe 100 dolarów miesięcznie, to dla rodziny o niskich dochodach może to oznaczać kilka procent całego budżetu, podczas gdy dla rodziny zamożnej będzie to ledwie zauważalny wydatek. Nominalnie płacą tyle samo, ale relatywnie – znacznie więcej płacą biedniejsi.

Dodatkowo osoby o wyższych dochodach mają większą możliwość omijania skutków ceł: mogą wybierać droższe, nieobjęte cłami alternatywy, przerzucać wydatki na usługi, kupować za granicą lub absorbować wzrost cen bez zmiany stylu życia. Gospodarstwa uboższe takiej elastyczności nie mają – nie mogą zrezygnować z podstawowych zakupów ani łatwo znaleźć tańszych substytutów.

W rezultacie cła działają odwrotnie niż progresywny system podatkowy: im niższy dochód, tym większy udział „podatku celnego” w budżecie domowym. Z tego powodu ekonomiści uznają cła za jeden z najbardziej regresywnych sposobów pozyskiwania dochodów przez państwo.

Światło na to, że Biały Dom wie, że zbłądził, rzuciła Susie Wiles, szefowa kancelarii Donalda Trumpa, w szeroko komentowanej rozmowie opublikowanej przez „Vanity Fair”.

Przyznaje ona, że wprowadzone przez prezydenta cła okazały się „bardziej dotkliwe, niż się spodziewano”, a ich ogłoszenie w kwietniu, podczas obchodów symbolicznego „Dnia Wyzwolenia”, było w istocie formą improwizacji – „myśleniem na głos”, zanim administracja zdążyła wypracować spójne stanowisko.

Wiles relacjonuje, że wokół ceł toczyły się ostre wewnętrzne spory, a ona sama próbowała studzić zapędy prezydenta, prosząc J.D. Vance’a, by przekazał mu apel o powstrzymanie się od publicznych deklaracji do momentu osiągnięcia pełnej jednomyślności w gronie doradców. Choć wierzyła w możliwość kompromisowego rozwiązania, ostatecznie musiała przyznać, że skutki tej polityki okazały się znacznie bardziej bolesne, niż zakładano – co brzmi jak ciche przyznanie, że decyzje sprzedawane wyborcom jako demonstracja siły były w rzeczywistości obarczone poważnym ryzykiem, którego skali nie doszacowano.

Jest jeszcze jedna sprawa. Rewizje danych o zatrudnieniu potwierdzają, że rynek pracy w USA w 2025 r. nie był tak silny, jak wcześniej sugerowały wstępne szacunki, co wyraźnie osłabia tezę o „boomie napędzanym protekcjonizmem”.

W corocznej korekcie statystyk łączną liczbę nowych miejsc pracy za 2025 r. obniżono z pierwotnie raportowanych około 584 tys. do około 181 tys., co oznacza radykalne zmniejszenie tempa wzrostu zatrudnienia i przeciętny miesięczny przyrost rzędu 15 tys. etatów. To dynamika bliższa stagnacji niż ekspansji typowej dla silnej gospodarki rozwiniętej. W efekcie znaczna część wcześniejszego obrazu rynku pracy okazała się nadmiernie optymistyczna.

Choć stopa bezrobocia w styczniu 2026 r. utrzymuje się w okolicach 4,3 proc., skala rewizji sugeruje, że wcześniejsze dane przeszacowywały rzeczywiste tempo ożywienia. Zestawienie słabych, skorygowanych przyrostów zatrudnienia z triumfalną retoryką administracji pokazuje, że rynek pracy nie potwierdza narracji o dynamicznym wzroście napędzanym protekcjonistyczną polityką handlową.

Jak w XIX wieku

Sięgnijmy tymczasem do historii, aby mieć – jak to mówią rozkochani w języku korporacyjno-biznesowym Amerykanie – big picture. Amerykański protekcjonizm celny XIX i wczesnego XX wieku wyrastał z przekonania, że młode państwo musi najpierw zbudować własną siłę gospodarczą, zanim wystawi się na pełną konkurencję świata. Taryfy miały chronić „rodzący się przemysł” przed tańszym importem z Europy, przede wszystkim z Wielkiej Brytanii, i stworzyć warunki do akumulacji kapitału, rozwoju fabryk oraz infrastruktury. Była to filozofia państwa aktywnego, które nie wstydzi się ingerować w rynek w imię długofalowego interesu narodowego.

W długim trwaniu protekcjonizm rzeczywiście sprzyjał uprzemysłowieniu Stanów Zjednoczonych i wyrastaniu potężnych gałęzi przemysłu, ale niósł też koszty: wyższe ceny dla konsumentów, konflikty handlowe i narastające napięcia między regionami, zwłaszcza między przemysłową Północą a rolniczym Południem. Gdy jednak Ameryka przestała być krajem „doganiającym”, a stała się potęgą eksportową i centrum globalnej gospodarki, ta sama polityka zaczęła działać jak hamulec, sprzyjając monopolom i skostnieniu rynku.

Jednak właśnie do tej dawnej, historycznie uwarunkowanej doktryny odwołuje się dziś Donald Trump, traktując ją jak uniwersalną receptę na problemy XXI wieku. W jego retoryce Stany Zjednoczone znów jawią się jako państwo, które musi zamknąć się przed światem, by odbudować przemysł i odzyskać suwerenność gospodarczą – jakby nadal znajdowały się w realiach końca XIX wieku, epoki wysokich ceł i wiary, że taryfy same w sobie produkują dobrobyt.

Tyle że współczesna gospodarka USA nie jest już młodą gospodarką wymagającą ochrony, lecz centralnym węzłem globalnych łańcuchów dostaw. Narzędzia, które niegdyś miały wspierać industrializację, dziś podnoszą koszty produkcji, uderzają w amerykańskie firmy zależne od importowanych komponentów i przerzucają ciężar na konsumentów. Trumpowski protekcjonizm nie jest więc powrotem do sprawdzonej tradycji, lecz próbą zastosowania anachronicznych instrumentów do świata, który funkcjonuje według zupełnie innych reguł.

Jeżeli protekcjonizm ma być odpowiedzią na globalną konkurencję, to musi być precyzyjnym narzędziem przemysłowym, a nie fiskalnym młotkiem. W obecnym kształcie cła Trumpa są nie strategią rozwojową, lecz redystrybucją kosztów – od państwa w stronę konsumentów o najniższych dochodach.

;

Komentarze