0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: 30.07.2026 Tarnawa Kolonia . Premier Donald Tusk (2l), wicepremier, minister obrony narodowej Wladyslaw Kosiniak - Kamysz (l), minister spraw wewnetrznych i administracji Marcin Kierwinski (2p) i rzecznik rzadu Adam Szlapka (p). Kolejny przypadek naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej przez federacje rosyjska . Miejsce w ktorym spadl niezidentyfikowany obiekt latajacy , prawdopodobnie rosyjska rakieta manewrujaca . Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl30.07.2026 Tarnawa K...

Według aktualnej wiedzy – a niniejszy tekst został napisany 30 lipca – środek napadu powietrznego wykorzystywany przez Rosję, przekroczył granicę Polski. Prawdopodobnie był to pocisk manewrujący dalekiego zasięgu typu Ch-101 lub podobny do niego aparat latający o napędzie odrzutowym, przenoszący głowicę bojową – o czym świadczy duży krater w miejscu upadku. Brak relacji mówiących o charakterystycznym przypominającym pracę silnika kosiarki odgłosie wskazuje, że nie był to samolot – pocisk napędzany silnikiem tłokowym, na przykład Szahid 136.

Ponadto według komunikatu Ministra Obrony Narodowej z 17:34 coraz więcej materiału dowodowego potwierdza, że był to pocisk Ch-101.

View post on Twitter

Sam pocisk ma typową dla tego rodzaju uzbrojenia konstrukcję i parametry. Jest przenoszony przez samoloty Tu-95MS oraz Tu-160. Po zrzucie z nosiciela uruchamiany jest silnik odrzutowy i wysuwane są skrzydła. Pocisk leci nisko nad ziemią z prędkością od 700 do 900 kilometrów na godzinę, a zasięg może sięgać 3500 kilometrów. Lot kierowany jest za pomocą kilku systemów: jednym jest inercyjny (zaliczeniowy) system nawigacyjny korzystający z korekty radarowej, drugim jest układ nawigacji satelitarnej, a trzecim – układ nawigacji optoelektronicznej, porównujący obraz terenu, nad którym przelatuje pocisk z zapisem w pamięci. Głowica bojowa waży 450 kilogramów – istnieje także wersja przenosząca ładunek jądrowy. Jest to więc broń precyzyjna i jak na rosyjskie siły zbrojne – nowoczesna. A więc jedna z najgroźniejszych w arsenale Rosji. I z tego powodu często używana w nalotach na ukraińskie miasta i infrastrukturę.

Zarazem nie jest jasne, czy to zdarzenie było rezultatem awarii pocisku, który pechowo poleciał w stronę Polski, czy też taki tor lotu był celowy.

Oba scenariusze są niestety prawdopodobne. Mimo swojej nowoczesności żadna broń nie jest sprawna w stu procentach i pociski manewrujące nie są wyjątkiem. Awaria systemu naprowadzania może doprowadzić do obrania przez pocisk przypadkowego kierunku.

Oczywiście nie zdejmuje to odpowiedzialności z Rosji – gdyby nie doszło do agresji na Ukrainę, a tym bardziej zbrodniczych ataków na miasta i ludność cywilną – zdarzenia by nie było.

Przeczytaj także:

Rosja testuje

Scenariusz celowego skierowania pocisku na Polskę jest przy tym niewykluczony z kilku przyczyn.

Po pierwsze, Rosja regularnie testuje państwa NATO działaniami poniżej progu wojny – a nad Polskę już w zeszłym roku celowo wysłano i to dwa razy bezzałogowe statki powietrzne.

Po drugie, 29 lipca miało miejsce w Lublinie spotkanie premiera Polski z prezydentem Ukrainy.

Po trzecie, ostatnie tygodnie przyniosły serię wypowiedzi polskich polityków, zarówno szefa MSZ, jak również ministra obrony ostrzegających o możliwej prowokacji Rosji. Ta prowokacja miałaby polegać na użyciu zdobycznych ukraińskich bezzałogowców w celu dokonania ataku „pod fałszywą flagą”. Być może te słowa miały na celu „spalenie” takiego pomysłu, jeśli uzyskano wiarygodne informacje wywiadowcze o takiej prowokacji. Taką tezę stawiał między innymi Jarosław Wolski:

View post on Twitter

Jeśli tak faktycznie było i Rosja zamierzała dokonać prowokacji zdobycznymi dronami – być może wybrano zamiast tego inny wariant wywarcia presji na Polskę.

Zarazem użycie pojedynczego pocisku oznacza możliwość kreowania wygodnej dla siebie narracji – mówiącej właśnie o awarii lub wręcz o zmyleniu pocisku przez ukraińskie środki walki radioelektronicznej. Jest to o tyle mało prawdopodobne, że ten pocisk ma skomplikowany system sterowania i użycie środków zakłócających nie musiałoby spowodować skierowania pocisku w stronę Polski (o ile w ogóle miałoby wpływ).

Scenariusze

Niestety, taki scenariusz oraz szerzej: zagrożenie ze strony Rosji oznacza, że incydenty będą się powtarzać. Mało tego: optymistycznym scenariuszem jest sytuacja, w której będą to pojedyncze rakiety, a ich wlot będzie wynikiem awarii lub prowokacji. I będą to przypadki sporadyczne.

Należy bowiem liczyć się ze scenariuszem, w którym dojdzie do ataków jawnych, celowych, podczas których przeciwko celom w Polsce będzie odpalone kilkanaście, kilkadziesiąt lub wręcz kilkaset pocisków rakietowych i bezzałogowców różnych typów. Na podobieństwo ataków prowadzonych obecnie przeciwko Ukrainie.

Przy czym w obecnej sytuacji, Rosja może próbować działań eskalacyjnych, nawet na małą skalę. Hipotetyczne wystrzelenie salwy rakiet na węzeł logistyczny czy ośrodek szkolenia, w którym przebywają ukraińscy żołnierze, czy ważny zakład przemysłowy (choćby rafinerię albo zakład przemysłu zbrojeniowego) już może być formą eskalacji – poprzez demonstrację siły i determinacji, będącą zarazem testem spójności NATO. Otwartym bowiem pytaniem jest: jak państwa sojuszu zachowają się w sytuacji faktycznego ataku, zwłaszcza że udany atak będzie zarazem groźbą podjęcia kolejnych?

A ataki na dużą skalę mogą mieć na celu zmuszenie atakowanego społeczeństwa i państwa do ustępstw zgodnych z żądaniami Rosji – na przykład zaprzestania pomocy Ukrainie czy wycofania wojsk sojuszniczych z Polski.

Oznacza to, że musimy się przygotować na życie w cieniu wrogich rakiet.

To otwiera kolejne pytania – co można zrobić, gdy takie zdarzenie się powtórzy?

Na co jesteśmy gotowi?

Czynnikiem ryzyka oprócz samych rosyjskich intencji są bowiem także narzędzia, które Kreml ma do dyspozycji. Oprócz Ch-101 są to także pociski manewrujące bazowania morskiego (3M14 Kalibr) i lądowego (9M728 i 9M729 z systemu Iskander). Do dyspozycji są także inne typy pocisków lotniczych (na przykład używane przeciwko Ukrainie Ch-22 czy pociski taktyczne Ch-59). Szczególnie niebezpieczne są także pociski balistyczne 9M723 z systemu Iskander i ich lotnicza mutacja Kindżał.

Oprócz rakiet zagrożeniem jest też szereg bezzałogowych samolotów – pocisków, z najbardziej znanymi Szahedami-136 na czele. Wreszcie niebezpieczeństwem są też normalne naloty samolotów bombowych z użyciem bomb zwykłych lub kierowanych.

Od strony wojskowej, zwłaszcza w przypadku mniejszej skali ataków, jesteśmy przygotowani względnie dobrze. Dotyczy to zwłaszcza zwalczania samolotów – pocisków i pocisków manewrujących.

Polska posiada bowiem liczącą się flotę samolotów myśliwskich – 47 F-16, które wsparte będą dostarczanymi F-35. Do zwalczania samolotów pocisków czy bezzałogowców można obecnie użyć ostatnio używanych MiG-29, a także koreańskich FA-50. Do tego niżej i wolniej latające bezzałogowce mogą strącać śmigłowce, w tym bojowe Mi-24 i zastępujące je AH-64 oraz ewentualnie śmigłowce wielozadaniowe (jak używane już AW149) pod warunkiem posiadania odpowiedniego uzbrojenia.

Ten system ma swoje deficyty – przykładowo wciąż nie posiadamy własnych samolotów tankowania powietrznego, a więc trzeba liczyć na pomoc sojuszników, polskie lotnictwo posiada tylko dwa samoloty wczesnego ostrzegania, nie ma wciąż balonów radarowych, a sieć naziemna zawsze będzie miała swoje ograniczenia związane z horyzontem radiolokacyjnym. Mimo to w powietrzu, jak pokazała „noc dronów” z września 2025, czy efektywne śledzenie i gotowość do strącenia pocisku 30 lipca, do zestrzelenia nie doszło tylko dlatego, że pocisk uderzył w ziemię.

Środki lotnicze uzupełnia uzbrojenie lądowe. Tu od strony wojskowej widoczny jest stopniowy, choć powolny progres. Budowane są zdolności w zakresie naziemnej obrony przeciwlotniczej na różnych jej piętrach dzięki programom takim jak „Wisła”, „Narew”, „Pilica” czy najnowszy „San”. Można więc liczyć, że przynajmniej część spośród potencjalnych celów – w tym największych miast oraz kluczowej infrastruktury – będzie mogła być chroniona. Luką tutaj jest przede wszystkim zdolność do zwalczania pocisków balistycznych – tę mają tylko zestawy Patriot nabywane w ramach programu Wisła oraz…północna flanka obrony.

Niestety, o ile łatwo jest tworzyć obronę na wschodniej granicy, tam, gdzie można łatwo rozmieścić systemy lądowe, to na skutek dekad zaniedbań możliwość stworzenia wysuniętej obrony na morzu dopiero się pojawi, gdy do służby wejdą niszczyciele rakietowe budowane w ramach programu „Miecznik”. A na północy Polski mamy duże miasta, porty, rafinerie, terminale przeładunkowe gazu oraz budowaną sieć morskich elektrowni wiatrowych.

Te luki jednak będzie można załatać względnie łatwo – wystarczy „tylko” kupić odpowiedni sprzęt dla wojska i wdrożyć go do służby. Wyzwaniem jest natomiast budowa odporności poza wojskiem – w zakresie ochrony ludności i obrony cywilnej.

Łańcuch informacji

Teoretycznie sprawa wygląda prosto. Krajowy Plan Zarządzania Kryzysowego zawiera bowiem w części B procedurę SPO-13 o długiej nazwie „Ostrzeganie i alarmowanie wojsk oraz ludności cywilnej o zagrożeniu uderzeniami z powietrza”. Zgodnie z nią, pierwszy krok należy do Centrum Operacji Powietrznych – Dowództwo Komponentu Powietrznego. Jest to ośrodek podległy Dowództwu Operacyjnemu Rodzajów Sił Zbrojnych, do którego trafiają informacje o sytuacji w naszej przestrzeni powietrznej oraz jej otoczeniu (radary pozwalają obserwować sytuację poza naszymi granicami) i skąd dowodzi się na szczeblu centralnym działaniami lotnictwa. Informacja o zagrożeniu jest więc informacją pochodzącą z wojska. To sensowne i logiczne – to wojsko posiada siły i środki pozwalające na wykrycie i śledzenie wrogich samolotów czy pocisków.

Zgodnie z procedurą, wiadomość trafia do wojewódzkich i powiatowych centrów zarządzania kryzysowego, przy czym w zakresie alarmowania ludności najważniejszy jest szczebel powiatowy. Zgodnie z procedurą, z powiatowego centrum zarządzania kryzysowego ma wyjść sygnał, taki jak włączenie syren, przekazanie komunikatu przez stacje radiowe i telewizyjne, „systemy teleinformatyczne” czy głośniki stacjonarne lub na pojazdach. Procedura dopuszcza możliwość wysłania alertu RCB, ale nie jest to krok obligatoryjny.

Samo włączenie syren jednak nie jest sygnałem jednoznacznym, zwłaszcza w czasie pokoju. Było to widać w nocy 30 lipca – osoby, które usłyszały syreny, poszukiwały informacji na własną rękę. Pewnym prowizorycznym środkiem było i jest to, że Dowództwo Operacyjne obecnie podaje komunikaty w czasie gdy mają miejsce większe naloty, lub gdy dochodzi do jakiegoś zdarzenia.

Ale te wiadomości zobaczyły osoby, które albo wcześniej obserwowały któryś z profili DORSZ, albo zobaczyły post podany dalej, ewentualnie same weszły na profil, poszukując informacji.

Co robi władza, gdy leci rakieta

Zalecenia są dość łatwe do napisania – zachować spokój, sprawdzić, czy sąsiedzi wiedzą o alarmie, zejść do schronu (o ile jest…) lub poszukać doraźnego schronienia. Jak podaje rządowy poradnik – takim schronieniem jest miejsce bez okien, o grubych ścianach i stropie, mające dostęp do powietrza i wyjścia awaryjnego.

Niestety dostępność schronów jest ograniczona, zwłaszcza w czasie pokoju. Można się spodziewać, że w razie narastającego zagrożenia pełnoskalową wojną, podejmowane będą prace mające na celu odtworzenie ochronnej roli dawnych obiektów ochronnych lub adaptację istniejących pomieszczeń. Ale incydent poniżej progu wojny pełnoskalowej – z użyciem jednego lub kilkunastu pocisków – może wydarzyć się w każdej chwili.

Oznacza to, że pożądanym zachowaniem będzie zachowanie spokoju i poszukiwanie możliwie dogodnego miejsca schronienia – czy to w budynku, czy też poza nim w przypadku osób, które alarm zastał na zewnątrz, zbyt daleko od budynków. Ideałem będzie także zabranie ze sobą plecaka ewakuacyjnego – jeśli ktoś go ma. Sytuacja komplikuje się, gdy pojawią się inne możliwe okoliczności. Syreny mogą przecież zawyć w czasie dnia w ciągu roku szkolnego albo w sobotnią noc, gdy pełne ludzi są różne lokale rozrywkowe, kina czy teatry. Do tego można wskazać inne scenariusze, choćby dotyczące osób korzystających z różnych form transportu zbiorowego.

Dobrze działający system ostrzegania musi więc uwzględnić, że ludzie przebywają nie tylko w domach (w dodatku w domach, w których jest jakieś schronienie…), a przede wszystkim, że do ludności na obszarze zagrożonym dotrze zarówno sam sygnał alarmowy, jak i zrozumiałe wyjaśnienie: co się dzieje i jak należy reagować.

Najłatwiej jest przy tym określić moment, gdy taki sygnał powinien być wysłany. Takim powinno być w czasie pokoju – przekroczenie granicy państwa, ewentualnie wysoce prawdopodobna informacja o nadchodzącym zagrożeniu. Niestety z tego powodu, trudno się nie zgodzić z Dawidem Kamizelą, że ogłaszanie alarmu podczas każdego nalotu na ukraińskie miasta będzie przeciwskuteczne.

View post on Twitter

Ale gdy pociski przekroczą granicę – jest to zasadne. Podobnie zasadne byłoby ogłoszenie alarmu w sytuacji, w której wykryto by na przykład salwę pocisków odpalonych nad Bałtykiem i lecących w kierunku polskiego wybrzeża.

W idealnej sytuacji sam sygnał alarmowy oraz wyjaśnienie wraz z instrukcją powinny być przekazywane wszystkimi efektywnymi kanałami. Stąd też najprostszym są właśnie syreny alarmowe. Kolejnym powinno być obligatoryjne rozesłanie wiadomości przez alert RCB oraz inne systemy (na przykład mObywatel czy mniej znany Regionalny System Ostrzegania).

Powiadomienie ludności przez środki masowego przekazu jest w obecnej procedurze, ale jest ograniczone do „ośrodków radiowych i telewizyjnych”. Samo w sobie to już może być problemem. Bo stacji telewizyjnych i radiowych jest wiele i pojawia się bardzo zasadnicze pytanie o wykonalność tego kroku – a znów, procedura mówi o wykonaniu tego kroku na szczeblu powiatowym. Być może zasadne byłoby, aby powiadomienie nadawców ogólnopolskich następowało na szczeblu centralnym. Prawdopodobnie w przypadku nadawców publicznych wykonanie takiego kroku może być łatwiejsze, ale w przypadku mediów niepublicznych nawet techniczne przekazanie wiadomości i jej emisja może być problematyczne.

Musi bowiem istnieć wiarygodny sposób przekazania komunikatu – nie może to być zwykły telefon czy mail (taki kanał otworzyłby szeroko wrota dla dezinformacji). Następnie ktoś musi przerwać aktualny program i uruchomić audycję alarmową – już przygotowaną zawczasu lub odczytać przekazany komunikat.

Podobnie sytuacja wygląda w przypadku innych kanałów komunikacji. Radio i telewizja są ważne, ale pojawia się pytanie o portale internetowe – zwłaszcza te największe. Czy procedura powinna je obejmować i wymusić, aby w razie alarmu na głównej stronie emitowana była stosowna treść? Być może tak.

Infrastruktura krytyczna

Innym palącym problem jest to, w jaki sposób mają być informowane i wykorzystane inne, szczególne podmioty. Są to choćby szkoły, uczelnie, szpitale czy inne miejsca użyteczności publicznej. One w ideale powinny mieć swoje wewnętrzne procedury dotyczące postępowania w razie alarmu oraz sytuacji, jeśli atak nastąpi. To samo dotyczy choćby przewoźników kolejowych czy zarządcy infrastruktury. I tutaj procedury powinny być jasne.

To wszystko powinno mieć na celu ograniczenie paniki oraz ofiar. Niestety, smutnym, ale niezbędnym elementem przygotowania się na atak z powietrza musi być ratowanie osób poszkodowanych.

W razie dużego ataku nie wszystkie pociski uda się strącić. Co więcej, nie wszystkie części Polski będą jednakowo chronione – priorytet będą miały obszary, gdzie są najważniejsze dla funkcjonowania państwa obiekty czy instalacje, zaliczane do infrastruktury krytycznej czy obiektów ważnych dla bezpieczeństwa i obronności państwa.

Co więcej, trzeba mieć na uwadze, że ofiar może być sporo, z uwagi na deficyt schronów oraz bardzo różne techniki budowlane stosowane obecnie – w tym rozmaitość materiałów, a więc prawdopodobieństwo zawalenia się budynku lub jego ciężkiego uszkodzenia.

Do tego należy dodać inne czynniki: na przykład rany od elementów budynków (choćby szkło). W razie dużego ataku mogą wystąpić – tak jak w Ukrainie – przerwy w dostawie prądu, obciążenia może nie wytrzymać sieć GSM. Z perspektywy działań ratowniczych to, co jest relatywnie rzadką sytuacją, a więc zawalenie czy pożar budynku może wystąpić w kilku – kilkunastu miejscach. I do tego może wystąpić zagrożenie kolejnymi atakami – także w miejsca, gdzie prowadzona jest akcja ratownicza. Do tego dojść mogą inne wyzwania, choćby związane z opieką nad osobami, które straciły dach nad głową lub zostały ewakuowane z zagrożonych obszarów. Ogromnym wyzwaniem będzie także przeciwdziałanie dezinformacji oraz deeskalacja nastrojów społecznych.

Należy mieć to na uwadze, nie tylko wzmacniając obecny system ratowniczy i adaptując go do zagrożeń wojennych, ale także wykorzystać zasoby społeczeństwa.

Ewentualny kryzys lub wojna, podczas której wystąpią ataki z powietrza – będzie wymagała zaangażowania nie tylko zawodowych służb ratowniczych. Wojna, nawet toczona tylko lotnictwem rakietami i dronami – nie będzie tylko sprawą wojska. Stąd też budowanie odporności powszechnej musi być na chwilę obecną strategicznym celem państwa.

Na zdjęciu Michał Piekarski
Michał Piekarski

Adiunkt w Instytucie Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego, zajmuje się problematyką bezpieczeństwa narodowego, w szczególności zagrożeń hybrydowych, militarnych oraz kultury strategicznej Polski. Autor książki "Ewolucja Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1990-2010 w kontekście kultury strategicznej Polski" (2022), stały współpracownik magazynu „Frag Out” członek Polskiego Towarzystwa Bezpieczeństwa Narodowego

Komentarze