12 stycznia 2022

Co się stało w nocy 11 stycznia w Mielniku. Aktywistów straszą bronią, reporterom OKO.press odbierają telefon

Las pod Mielnikiem, środek nocy z 10 na 11 stycznia. Minus 13 stopni, albo zimniej. Ismail leży w lesie, całkowicie wyziębiony, nieprzytomny, w drgawkach. Wpadamy na miejsce, tuż za karetką. Służby zabierają nam telefon. Drugi ukrywam w kurtce. Z Centrum Prasowego MON dostaję potem maila: "brak zaufania jest naturalny"

W nocy z 10 na 11 stycznia opisałam - częściowo dyktując przez telefon - interwencję w Sutnie pod Mielnikiem, której byłam świadkiem tuż po północy. Niezidentyfikowane służby zatrzymały aktywistów, zanim zdążyli pomóc 18-letniemu Syryjczykowi w stanie hipotermii. Służby rekwirowały telefony. Z relacji aktywistów wynika, że niezidentyfikowane wojsko trzymało ich pod bronią.

Tekst ukazał się 11 stycznia rano i wywołał burzę. O szczegóły prosiły inne media. Znajomi i nieznajomi pytali, jak to się wszystko odbyło. Opiszę więc nieco szerzej.

Od czasów Usnarza Górnego regularnie jeżdżę na granicę. Towarzyszyłam aktywistkom i aktywistom w interwencjach humanitarnych. Robiłam wywiady z tymi, którzy ratują migrantów przed wyziębieniem, głodem, rozpaczą. Humanitarny dramat i humanitarny skandal na granicy polsko-białoruskiej stał się dla mnie tematem numer 1 nie tylko w OKO.press i mojej pracy dziennikarskiej.

Widziałam dramat uchodźców, słyszałam opowieści o przemocy fizycznej i psychicznej, o bezdusznym traktowaniu migrantek i migrantów, a także ich dzieci. Ale tym razem na własnej skórze poczułam, co to znaczy bezprawne traktowanie.

To zaczęło się w poniedziałek 10 stycznia trochę po 23:00. Jesteśmy w Hajnówce, kładziemy się już spać, gdy dostaję wiadomość, że niedaleko Mielnika, gdzie teraz "ruch migrantów" jest stosunkowo duży, blisko strefy stanu wyjątkowego (ale poza nią) pomocy potrzebuje młody mężczyzna "w bardzo złym stanie". Trzeba będzie wezwać karetkę oraz oczywiście służby.

Aktywistki już tam jadą, my jako media możemy zrobić relację. Obecność mediów stanowi zawsze jakieś dodatkowe zabezpieczenie, że funkcjonariusze będą, choćby w pewnym stopniu, przestrzegać międzynarodowego prawa humanitarnego.

Pół godziny po północy jesteśmy w Mielniku, ale informacje od aktywistów się urywają. Dziwne, nie powinni tracić zasięgu (później dowiemy się, że aktywistom odebrano telefony, wojskowi byli tam przed nimi).

Już prawie zaczynamy wracać, gdy z ciemności wyjeżdża karetka z sygnalizacją świetlną. To musi być karetka wezwana do chłopaka! Jedziemy za nią. We wsi Sutno, pod Mielnikiem karetka skręca w las.

Oddawaj telefon, albo ci zabiorę

Ratownicy parkują za wielkim wozem wojskowym, jakieś 300 metrów od kępy drzew. Widać światła, wszędzie mnóstwo policji i osób w mundurach wojskowych. Aktywiści przejmują ratowników i prowadzą ich przez pole. Idziemy za nimi. Na miejscu widzę nieprzytomnego mężczyznę - jak później się okaże, 18-latka z Syrii.

Został właśnie ułożony na noszach. Sześć osób niesie go już do karetki. Zaczynam nagrywać tak, by nie pokazać jego twarzy, Andrzej (kolega, z którym wspólnie dokumentujemy kryzys na granicy) robi zdjęcia.

Mężczyzna cały się trzęsie, jak podczas ataku epilepsji, co chwilę wstrząsają nim kolejne fale drgawek. Nigdy jeszcze na granicy nie widziałam człowieka w takim stanie, chociaż to nie jest pierwsza interwencja, w której biorę udział. Cały czas po głowie chodzi mi myśl "On może umrzeć, może umrzeć" (później aktywiści opowiedzą mi, że jeszcze z karetki jedna z ratowniczek pokaże im na migi, że mężczyzna przeżyje, że go uratują).

Nagle do Andrzeja podbiega jeden z wojskowych. "Zakaz rejestracji!" - krzyczy. Odruchowo chowam telefon do kieszeni.

Po chwili, gdy Syryjczyk jest już prawie w karetce, wojskowy wskazuje na Andrzeja: “Ten robił zdjęcia”.

"Oddawaj telefon" - krzyczy drugi facet w wojskowym mundurze. Twarze zasłonięte czarnymi maskami, sądzę, że obaj są po trzydziestce.

"Na jakiej podstawie?" - pyta Andrzej, ale wojskowy tylko ponawia żądanie: "Oddaj, albo ci zabiorę".

Andrzej ustępuje, podaje mu telefon, a ja swój chowam głębiej. Korzystam z okazji, że jest ciemno i służby nie zwróciły na mnie uwagi. Mam w telefonie krótki film, na którym widać jak ratownicy niosą nieprzytomnego mężczyznę do karetki.

Słyszę głos jednego z wojskowych: "Ktoś jeszcze robił zdjęcia". Teraz już naprawdę się boję - a co, jeśli zaczną nas przeszukiwać, albo zatrzymają na dobę? Zapominam na chwilę, że jako dziennikarka i obywatelka mam swoje prawa, że jestem poza strefą zakazaną, że nikt nie ma prawa mnie zatrzymywać i zabierać nam własności. Oraz utrudniać wykonywania pracy.

Zamiast tego w myślach przeglądam zawartość telefonu i liczę ewentualne straty. Zwłaszcza, że słyszę rozmowę wojskowych o telefonie Andrzeja.

Jeden: "Może skasować zdjęcia i oddać telefon. Chodzi tylko o zdjęcia".

Drugi: "Nie, zabieramy".

Po chwili orientuję się, jak absurdalna jest ta sytuacja. Film z interwencji, na którym nie ma nic podejrzanego, może być potraktowany jako dowód... no właśnie, czego? Przestępstwa?

Karetka odjeżdża. Stoimy w kole z aktywistami, gdy próbuję odejść na kilka kroków, wojskowi ostrzegają: "Proszę się nie oddalać".

Nie ma jak ich zapytać o podstawę ich działań, zachowują się dziwnie, biegają w kółko, nie reagują na pytania.

Aktywiści zaczynają nam opowiadać, co się wydarzyło, zanim przyjechaliśmy. Ich relację można znaleźć w naszym tekście oraz na briefingu prasowym Fundacji Ocalenie:

Niezidentyfikowane wojsko znika

Opowieść aktywistek i aktywistów pokazuje, z jakim absurdem i bezprawiem mamy do czynienia. W skrócie: do niosących pomoc wyskoczyło "jakieś wojsko", do którego nie przyznaje się żadna jednostka, zagroziło im bronią. Nie wylegitymowali się.

Mam dość. Zaczynamy gonić wojskowego, który zabrał nam telefon: "Gdzie jest nasz telefon, na jakiej podstawie został zabrany, jesteśmy z mediów". Wojskowy nie reaguje, oddala się, ponawiamy pytania, ale nie odpowiada. Już go nie dogonimy, znika w wozie wojskowym.

Niezidentyfikowane wojsko odjeżdża, jeszcze tylko skrupulatnie obfotografowują nasze auto.

Na szczęście okazuje się, że zostawiają telefon Andrzeja w rękach policjantów. Policjanci proszą nas o dowody, spisują dane. Razem z aktywistami zaczynamy ich zagadywać, bo wydają się bardziej przystępni niż tamci.

Okazuje się, że policjanci nie rozumieją, dlaczego tamci zabrali telefony aktywistów i jeden nasz (wojsko odjechało, nie tłumacząc się z niczego).

Twierdzą, że nie wiedzą, kim byli wojskowi, nie potrafią zidentyfikować ich jednostki (Wojsko Polskie, WOT?). Wyglądali na profesjonalistów, mówią . Znaczy - nie WOT.

Nie umieją też wyjaśnić aktywistkom, dlaczego zostały zatrzymane pod bronią. "Nie są państwo zatrzymani" - tłumaczą.

"Ale wcześniej byliśmy. Dlaczego?" - pytają aktywiści.

"Nie wiemy".

Widząc, że policjanci po zniknięciu wojska pokazują ludzką twarz, pytam, czy mogę wreszcie zacząć pracować, czyli nagrywać.

Policjant patrzy na mnie ze zdziwieniem: "Oczywiście".

"Ale ma pan nasz telefon".

"A, rzeczywiście, proszę. Tylko bez naszego wizerunku" - i oddaje aparat, o którym najwyraźniej zapomniał.

"Ale za dużo do nagrywania to już pani nie ma", dodaje.

Faktycznie, wojsko odjechało, karetka odjechała, a z nami zostało dwóch policjantów, którzy - jak się okazuje - nie do końca rozumieją, po co tam są. Przyszło im najwyraźniej tłumaczyć się z czyjegoś działania i mają tego coraz bardziej dość.

Ale to nie Polak był

W tym czasie aktywiści - Tomasz Thun-Janowski i Agata Ferenc - mówią policjantom, że chcą złożyć zawiadomienie o kradzieży. Podczas napaści - bo trudno to inaczej nazwać - wojskowi zabrali im sprzęt medyczny, m.in. defibrylator (potem utrzymywali, że sprzęt pozostał w lesie. Ale to nieprawda, aktywiści przeszukali miejsce interwencji kawałek po kawałku).

Rozmowa z policją przebiega już niemal w przyjaznej atmosferze. "Jeszcze chwila i odwiozą nas do domu. Żebyśmy przypadkiem nie zmarzli - dorzucam w myślach gorzki żart".

Miło, miło ale zgłoszenia o kradzieży sprzętu przyjąć nie chcą, każą jechać na najbliższy komisariat. Aktywiści jadą więc - a jest już po 03:00 w nocy - na komisariat do Siemiatycz. Tam składają zeznanie i dowiadują się, że sprzęt znajduje się w placówce Straży Granicznej w Mielniku. O 04:30 aktywiści jadą do placówki - przed bramę wychodzą funkcjonariusze ze zgubionymi rzeczami - plecakiem medycznym i defibrylatorem. Przy okazji odbywa się rozmowa, która jeży włos na głowie. Okazuje się, że nie-Polaków ratować nie trzeba. Posłuchajcie sami:

Ismail na Białorusi

Migrant zabrany karetką spędza mi sen z powiek, bo cały czas czuję, jak jest zimno. Z drugiej strony dobrze, że jest w szpitalu. Dzisiaj jest mu ciepło.

Ale we wtorkowe południe [11 stycznia] dostaję informację: "Ismail znowu na Białorusi, wywieziony o 7 rano".

"Niemożliwe, ze szpitala nie zabierają tak szybko za druty, zwłaszcza w takim stanie. Poczekają chociaż kilka dni" - pocieszam się.

O 14:00 informację potwierdza Homo Faber. Człowiek, którego widziałam w drgawkach leży znowu w lesie na granicy.

Epilog: "Brak zaufania jest naturalny"

Od rana we wtorek próbuję dowiedzieć się, co właściwie wydarzyło się w nocy.

Telefonu w MON nikt nie odbiera, piszę więc pytania na podany adres e-mail - do Wydziału Prasowego Centrum Operacyjnego MON. Chcę wiedzieć: Jakie jednostki (oraz przez kogo dowodzone) brały udział w akcji? Na jakiej podstawie aktywistkom i aktywistom, a także nam, dziennikarzom, zabrano telefony? Na jakiej podstawie aktywistów trzymano pod bronią? Pytam też, czy MON potwierdza naszą wersję wydarzeń.

Ok. 18:00 - ekspresowo, jak na wojskowe zwyczaje - dostaję odpowiedź. Niestety, to raczej brak odpowiedzi:

"Od kilku miesięcy na granicy polsko-białoruskiej dochodzi do eskalacji napięcia i agresywnych zachowań ze strony migrantów oraz funkcjonariuszy białoruskich służb. Żołnierze Wojska Polskiego, razem z funkcjonariuszami Straży Granicznej i policjantami byli i są atakowali, obrzucani kamieniami, gałęziami i granatami hukowymi. Kilkoro z nich odniosło obrażenia.

W strefie przygranicznej operują także przestępcy, w tym kurierzy i przemytnicy ludzi. Służby zatrzymują codziennie od kilku do kilkunastu osób.

Brak zaufania wobec nieznanych osób, sprawdzanie tożsamości i posiadanych przedmiotów w takiej sytuacji jest czynnością zrozumiałą i naturalną.

Wobec wolontariuszy nie używano siły, ani przemocy, a wszystkie przedmioty zostały zwrócone. Na miejscu była również policja. Żołnierze byli zaangażowani w niesienie pomocy znalezionej osobie.

Ponadto informujemy, że żołnierze Wojska Polskiego w strefie nadgranicznej z Republiką Białorusi wspierają Straż Graniczną na podstawie ustawy z 12 października 1990 r. o Straży Granicznej. Żołnierzom przysługują uprawnienia funkcjonariuszy Straży Granicznej w zakresie niezbędnym do wykonywania ich zadań".

"Żołnierze byli zaangażowani w niesienie pomocy znalezionej osobie" - tak to przedstawiają władze wojskowe.

Udostępnij:

Magdalena Chrzczonowicz

Wicenaczelna OKO.press, redaktorka, dziennikarka. W OKO.press od początku, pisze o prawach człowieka (ostatnio prawach uchodźców i uchodźczyń), prawach reprodukcyjnych, Kościele katolickim i polityce.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne