Ograniczenie zatrudnienia w kopalniach nie będzie żadną katastrofą dla regionu, wręcz przyśpieszy jego rozwój w średnim i długim okresie. Każdy zatrudniony w górnictwie przechodząc do przemysłu maszynowego czy motoryzacyjnego, gdzie brakuje pracowników, dostarczy regionowi znacznie wyższą wartość dodaną, niż fedrując na grubach

Trudno zrozumieć oburzenie wywołane występem górniczej orkiestry dętej na szczycie klimatycznym ONZ w Katowicach. To dziedzictwo kulturowe tego regionu. Piękna karta historii. Niepotrzebnie tylko część polityków próbuje o tej karcie mówić jak o przyszłości. Tego nie rozumieją już nawet Ślązacy.

Dlaczego Polska ma być wyjątkiem? Przecież zniknęło górnictwo węgla kamiennego we Francji, Belgii, Holandii, Wielkiej Brytanii i Norwegii, w tym roku skończy się w Niemczech, a w najbliższych latach także w Hiszpanii, Czechach, Bułgarii i Rumunii.

Starczy na 15 lat

Wszędzie z tego samego powodu – wyczerpania po 150 latach eksploatacji tanich pokładów węgla i coraz bardziej nieopłacalnego wydobycia droższych. Stąd olbrzymie zdziwienie po słowach prezydenta Andrzeja Dudy o węglu, którego nam starczy jeszcze na 200 lat. W OKO.press pisaliśmy, że realne, opłacalne wydobycie węgla kamiennego to perspektywa około 15 lat.

Słowa prezydenta nijak mają się do rzeczywistości gospodarczej, ale przede wszystkim odebrano jako faux pas to, że padły one w trakcie negocjowania, pod przewodnictwem Polski, szczegółów globalnego porozumienia pod egidą ONZ zakładającego de facto niemal całkowitą rezygnację ze spalania paliw kopalnych, bez czego nie ma szans na zatrzymanie wzrostu temperatury na Ziemi.

Niektóre reakcje są jednak mocno przesadzone. Część mediów krytykowała Katowice za to, że na ich stoisku pełno było węgla, a zagraniczna prasa donosiła o skonfundowaniu delegatów przywitaniem zgotowanym im przez górniczą orkiestrę dętą.

Miasto na węglu

Katowice pokazały po prostu swoją historię – tego miasta bez węgla by nie było. Zresztą symbolika zachwycającego centrum kongresowego, w którym szczyt się odbywa, jest taka sama – to czarne „pokłady węgla” ukrytego pod zielonym dachem.

Szkoda tylko, że oprócz węgla, który dla miasta jest już historią, Katowice nie pokazały nic więcej – choćby prężnych śląskich firm nastawionych na eksport nowoczesnych technologii, bo druga taka okazja może się szybko nie trafić.

Elementem bogatego śląskiego dziedzictwa kulturowego jest też górnicza orkiestra, której występu nie powinniśmy się wstydzić.

Węgiel przechodzi do historii

Takie akcenty warto pielęgnować, bo samo górnictwo węglowe nieubłaganie przechodzi do historii. Wydobycie na Śląsku – ostatnim dużym zagłębiu węgla kamiennego w Europie – spada z roku na rok bez względu na zaklęcia i obietnice polityków.

Kilka dekad temu ten sam los spotkał fabryki parowozów – zmiecionych zmianami technologicznymi i większość szwalni – zamkniętych z powodu rosnących zarobków w Polsce i dużo tańszej konkurencji z Azji.

W ich miejsce pojawiły się nowe fabryki, m.in. z przemysłu motoryzacyjnego, i całkiem nowe branże, jak choćby informatyczna czy energetyki odnawialnej.

Na początku transformacji w górnictwie na Górnym i Dolnym Śląsku pracowało ponad 400 tys. ludzi. Dziś to ok. 75 tys. i coraz trudniej znaleźć chętnych do pracy pod ziemią.

Dotyczy to zwłaszcza Polskiej Grupy Górniczej (osiem kopalni), w której płace są niższe niż w Jastrzębskiej Spółce Węglowej (cztery kopalnie). Ta ostatnia ma podobne warunki geologiczne, ale wydobywa węgiel koksowy, znacznie droższy od energetycznego.

Górnictwo jest ciągnięte w dół przez wysokie koszty stałe – czyli płace kompletnie oderwane od efektywności. Wydajność polskich kopalń jest tragiczna.

W USA przeciętny górnik w kopalni podziemnej wydobywa 3,5 tony węgla na godzinę, w Polsce zaledwie 0,4 tony, czyli ponad osiem razy mniej!

Najbardziej zdumiewające jest jednak to, że Amerykanie fedrują pod ziemią 122 mln ton węgla rocznie (prawie dwa razy więcej niż Polacy) eksploatując niemal o połowę mniej ścian wydobywczych – mają ich zaledwie 47 przy 85 w Polsce. Po prostu tam inwestuje się wyłącznie w najbardziej zyskowne pokłady.

Jest praca poza kopalniami

Tylko w jednym serwisie ogłoszeniowym można dziś znaleźć ponad sto ofert pracy ze Śląska dla samych elektryków, którzy zdecydowaliby się zostawić niebezpieczną robotę kilkaset metrów pod ziemią. Zarobki? 4500-7000 zł dla „technika serwisu turbin wiatrowych” czy 4900 zł dla „elektryka, instalatora systemów fotowoltaicznych”.

Wbrew hasłom niektórych polityków, na grubach nie zarabia się dziś już takich kroci jak za PRL. Dlatego coraz mniej chętnych do pracy na dole.

Podczas gdy od 2005 roku produkcja sprzedana górnictwa w cenach bieżących właściwie się nie zmieniła, to produkcja sprzedana całego śląskiego przemysłu wzrosła o ponad 60 proc.

W efekcie udział górnictwa spadł z 15 proc. w 2005 do 10 proc. w 2017 roku. I chociaż górnictwo generuje jedynie dziesiątą część przychodów całego śląskiego przemysłu, to zatrudnia co czwartego pracownika (jeszcze dekadę temu zatrudniało co trzeciego).

Paradoksalnie ograniczenie zatrudnienia w kopalniach nie tylko nie będzie żadną katastrofą dla regionu, ale wręcz przyśpieszy jego rozwój w średnim i długim okresie.

Każdy zatrudniony w górnictwie generuje dwukrotnie mniejszą wartość PKB, niż gdyby pracował w innej gałęzi przemysłu.

Przechodząc do przemysłu maszynowego czy motoryzacyjnego, gdzie brakuje pracowników, dostarczą regionowi znacznie wyższą wartość dodaną, niż fedrując na grubach.

Dobrze zilustrowała to ankieta przeprowadzona w 2011 roku  na zlecenie „Dziennika Zachodniego” w Bytomiu, Katowicach, Sosnowcu i Jastrzębiu Zdroju. Już tylko niespełna jednej trzeciej mieszkańców tych miast górnictwo kojarzyło się z dobrobytem. Znacznie częściej (60 proc.) wskazywali oni na niebezpieczeństwo wypadku oraz szkody górnicze (46 proc.).

Zupełnie inna niż jeszcze trzydzieści lat temu  jest dziś także świadomość, że ten przemysł przechodzi już do przeszłości i kosztowna reanimacja nie ma sensu. Lata takie jak obecnie – gdy ceny sprzedaży są wyższe od kosztów wydobycia – zdarzają się za rzadko i jest niemal pewne, że gdy tylko ceny węgla ponownie spadną, rozmowy o konieczności zamykania kolejnych kopalń wrócą.

Zresztą, już niemal dwadzieścia lat temu nawet górnicy byli podzieleni co do tego czy ich miejsca pracy warto dotować. Za zamykaniem nierentownych kopalń opowiadała się natomiast większość mieszkańców Śląska.

Na Śląsku i w Zagłębiu nie tylko zmniejszyło się od tej pory wsparcie dla utrzymywania górnictwa, ale i wzrosła niechęć do niego.

Spór o Imielin-Północ

Najważniejszym lokalnym sporem o przyszłość górnictwa może być sprawa złoża Imielin-Północ. Liczący niespełna 10 tys. mieszkańców Imielin leży nieopodal Mysłowic i sąsiaduje z kopalnią „Piast-Ziemowit” Polskiej Grupy Górniczej.

Rozciągające się pod nim złoże jest największą nadzieją PGG. Jego eksploatacja pozwoliłaby przedłużyć funkcjonowanie „Piasta-Ziemowita”, w którym kończą się już złoża.

Mieszkańcy Imielina są jednak w większości przeciwni budowie kopalni pod ich domami. Obawiają się szkód górniczych, które mogą uszkodzić ich domy.

„Protest przeciw planom PGG podpisało ponad 1300 mieszkańców” – opowiada nam Alina Zdziechiewicz ze Stowarzyszenia „Zielony Imielin”. – „Nasze domy w ogóle nie były w żaden sposób wzmacniane, przygotowywane na wstrząsy i uszkodzenia. Kilka lat temu obiecywano nam, że te złoża w ogóle nie będą eksploatowane. W Imielinie uchwały sprzeciwiające się wydobyciu węgla pod miasteczkiem wydali też radni”.

Miasto nie jest w jakiś szczególny sposób związane z górnictwem. – „W kopalniach pracuje tylko ok. 200 osób” – mówi Zdziechiewicz. – „Nasze miasto jest bardzo zadbane i zielone, widzimy co się dzieje w innych miejscowościach np. w Bytomiu, gdzie ludziom pękają domy, a kopalnie płacą zaniżone odszkodowania, albo nie chcą płacić w ogóle”.

Teoretycznie odszkodowania należą się ludziom, którzy mieszkają na obszarze eksploatacji. Ale bardzo często wstrząsy są odczuwalne także poza nim. Kopalnie w takiej sytuacji nie chcą płacić odszkodowań, a właściciele domów muszą iść do sądu.

Zbiornik Dziećkowice

Drugim oprócz szkód górniczych problemem jest wpływ ewentualnej kopalni na podziemny zbiornik „Dziećkowice”.

W czerwcu 2018 roku z inicjatywy Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Katowicach odbyła się rozprawa administracyjna w sprawie złóż Imielin. Przyszło kilkadziesiąt osób. Z protokołu widać temperaturę dyskusji – geologowie PGG oraz reprezentujący mieszkańców spierali się o tektonikę i uskoki.

Mieszkańcy ponownie podnosili, że kopalnie unikają płacenia odszkodowań. – „Doświadczenie związane z eksploatacją górniczą w sąsiedniej gminie – Chełmie Śląskim – wykazują, że na dzisiaj nie istnieje skuteczna metoda ochrony budynków zbudowanych w technologii zaprawy wapiennej, czyli bez użycia cementu, bez użycia stali, czyli bez ław fundamentowych. Tego typu budynków z okresu międzywojennego i wcześniejszego w Imielinie jest jeszcze sporo. Doświadczenia właśnie Chełmu pokazują że tych budynków nie da się zabezpieczyć nie da się ich naprawić” – mówił jeden z mieszkańców.

Po obu stronach sporu na rozprawie stanęli… górnicy.

„Jestem związkowcem, reprezentuję około 2 tys. osób pracujących w tej kopalni, z rodzinami to pewno ze sześć tysięcy. Mam pytanie – gdy na skutek tego dzisiejszego spotkania i decyzji, które ewentualnie zapadną, nie uzyskamy koncesji pod Imielinem, to co się stanie z załogą kopalni Ziemowit, która bez tego pola praktycznie za 8 lat nie będzie miała pracy? Drugie pytanie do panów, którzy reprezentują stronę biegłych różnych z górnictwa ekspertów – emerytów co byście robili bez kopalni, bez górników?” – denerwował się z jeden z obecnych na rozprawie górników.

Decyzję Regionalnego Dyrektora Ochrony Środowiska w Katowicach dopuszczającą eksploatację w Imielinie mieszkańcy zaskarżyli do wyższej instancji, czyli Generalnego Dyrektora Ochrony Środowiska w Katowicach.

Sprzeciw wobec planów PGG uchwalili też radni Mysłowic, których mieszkańcy również mają obiekcje w kwestii wydobycia węgla z innego pokładu przez Tauron Wydobycie.

Referendum w sprawie wydobycia węgla?

Na razie w żadnej ze śląskich gmin nie odbyło się referendum w sprawie eksploatacji węgla. Władze wolą jednak dmuchać na zimne. Kilka miesięcy temu wojewoda śląski uznał, że referendum dotyczące możliwości powstania kopalni cynku w Zawierciu jest bezprawne, ponieważ mieszkańcy nie mają prawa do referendum w takiej sprawie.

Decyzja jest dość dziwna, bo podobne referenda odbyły się m.in. w Wielkopolsce i na Dolnym Śląsku. Rada miejska zaskarżyła decyzję wojewody do WSA.

Szans na budowę nowych szybów i kopalni nie ma

Jednak i bez wyraźnego sprzeciwu mieszkańców nie ma już większych szans na budowę nowych kopalń, a nawet większej liczby szybów. Koszt nowej kopalni to kilka miliardów złotych, samego szybu nawet miliard. Chętnych do finansowania takich inwestycji coraz mniej.

Inwestorzy, banki, a coraz częściej nawet i menadżerowie z sektora górniczego, rozglądają się już za możliwościami ulokowania pieniędzy w nowych technologiach. Tych na Śląsku na szczęście przybywa.

Rząd zaś z jednej strony zapewnia o świetlanej przyszłości górnictwa, z drugiej zaś zabiega, z coraz większym powodzeniem,  o stworzenie w następnym unijnym budżecie specjalnego unijnego funduszu, który pomagałby w transformacji regionów górniczych.

Komisja Europejska jest gotowa pomóc, ale przecież nie trzeba specjalnej inteligencji, by przewidzieć, że transformacja będzie polegać na zamykaniu kopalń i ograniczaniu wydobycia.


Prawnik, ekonomista i dziennikarz. Jest absolwentem Uniwersytetu Wrocławskiego oraz Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu. Kształcił się także na Uniwersytecie Warszawskim, Polskiej Akademii Nauk i Politechnice Warszawskiej. Pisze dla portalu WysokieNapiecie.pl. Wielokrotnie nagradzany za publikacje poświęcone energetyce wiatrowej (m.in. w 2017 roku został nagrodzony w konkursie "Dziennikarze dla klimatu" dzięki artykułowi „Na węglu świat się nie kończy. Zwłaszcza na Śląsku”).


Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press