0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: 10.04.2013 Rzeszow , Uniwersytet Rzeszowski . Sala do przeprowadzania zogniskowanych wywiadow grupowych ( Focus Group Interview - FGI ) . Fot. Patryk Ogorzalek / Agencja Wyborcza.pl10.04.2013 Rzeszow ,...

Czy polska polityka to już tylko gra pozorów toczona nad głowami obywateli? Relacja między społeczeństwem a elitami utknęła w martwym punkcie, rozpięta między potrzebą kompetencji a tęsknotą za autentycznością. Spojrzenie przez lustro weneckie do sali badań fokusowych ujawnia obraz narastającej frustracji i cichego wyczekiwania na nową, polityczną nadzieję.

Po drugiej stronie lustra

Szklana tafla weneckiego lustra oddziela salę fokusową od ciemnego pokoju obserwacyjnego. Po jednej w wygodnych fotelach stronie siedzą badacze – w ciszy i skupieniu sporządzając notatki. Po drugiej – ośmioro uczestników na plastikowych krzesłach, na stole papierowe kubki z kawą. Zanim rozpocznie się badanie, pokój wypełnia nieśmiałość, zmieszanie, ale także ciekawość. Uczestnicy zaczynają, mówiąc półgłosem, uśmiechem maskują niepewność. Z upływem czasu, kiedy poczują się pewniej, zaczną wypowiadać się bardziej zdecydowanie i pełniej prezentować swojego poglądy i emocje.

Tego typu spotkania to tzw. wywiady fokusowe (FGI – Focus Group Interview) – jedna z podstawowych metod badań jakościowych, wykorzystywana do analizy postaw, emocji i sposobów myślenia uczestników życia społecznego. W odróżnieniu od klasycznych sondaży, które pokazują rozkład odpowiedzi na wcześniej zdefiniowane pytania, FGI pozwalają obserwować proces dochodzenia do opinii: momenty zawahania, emocjonalne reakcje, język, metafory czy spontaniczne skojarzenia pojawiające się w grupowej interakcji.

Kluczowe jest tu nie tylko, „co” ludzie mówią, ale także „jak” o tym mówią oraz w jaki sposób reagują na wypowiedzi innych uczestników. Dzięki temu możliwe staje się uchwycenie społecznych intuicji, lęków i napięć, które często pozostają niewidoczne w badaniach ilościowych – które w mediach znamy najczęściej pod postacią sondaży.

Przeczytaj także:

Właśnie na takim podejściu oparty jest projekt „Światowid”, realizowany przez Fundację IBRiS od stycznia 2021 roku. Jest to cykliczny program badań jakościowych prowadzonych w odstępach trzymiesięcznych, którego celem jest identyfikowanie głębszych procesów społecznych i politycznych zachodzących w Polsce.

W przeciwieństwie do dominujących w przestrzeni medialnej badań sondażowych – skupionych głównie na bieżących ocenach wydarzeń, notowaniach partyjnych czy prostych wskaźnikach poparcia – „Światowid” koncentruje się na tym, co dopiero dojrzewa pod powierzchnią codziennych deklaracji.

Badanie ma pozwolić na wychwycenie zmiany emocji, aspiracji i społecznych wyobrażeń, zanim przełożą się one na trwałe zachowania polityczne. Dzięki temu możliwe jest obserwowanie nie tylko tego, co Polacy myślą dziś, ale także tego, w jakim kierunku może zmieniać się ich sposób postrzegania państwa, elit i własnego miejsca w rzeczywistości społecznej. Ten tekst opiera się właśnie na obserwacjach z tego projektu.

Mniejsze zło w wielkich domach

Kiedy grupa jest już rozgrzana, moderator rzuca w przestrzeń pokoju pytanie o polityków. Najpierw cisza — krótka, ale gęsta. Potem ktoś mówi: „Oni żyją w swoim świecie. My się zastanawiamy, czy starczy do pierwszego, a oni się kłócą o jakieś swoje wojny”.

Inni dorzucają – „To są dwa różne światy – politycy i zwykli ludzie”. „Mam wrażenie, że oni się bardziej zajmują sobą nawzajem niż nami”. Pojawiają się nerwowe śmiechy. Nikt nie polemizuje z tymi zdaniami. To jeden z tych nielicznych tematów, który łączy ludzi nawet o różnych poglądach – „Oni żyją w swoim świecie. My się zastanawiamy, czy starczy do pierwszego, a oni się kłócą o jakieś swoje wojny.”

Rozmowa szybko się rozkręca. Jedni próbują być ostrożni, bardziej wyważeni, inni mówią ostrzej. Ale szybko okazuje się, że różnice dotyczą raczej tego, kogo się krytykuje, niż czy w ogóle się krytykuje. Nawet gdy ktoś mówi o „swoich” politykach, robi to bez entuzjazmu „Nawet tym z mojej strony, to nie do końca ufam”. Badani czują się skazani na wybór mniejszego zła „Nie ma dziś polityków, za którymi człowiek by poszedł w ogień”.

Ktoś zauważa, że politycy żyją w zupełnie innym świecie – „mam wrażenie, że polityka to już bardziej reality show niż rządzenie”. Pozostali przytakują. Padają konkretne skojarzenia: wielkie domy, eleganckie wnętrza, sterylny porządek, którego nie ma w codziennym życiu.

Ktoś inny mówi: „dobra, jak już sobie budują pałace, to niech chociaż będą ogarnięci”.

Tu pojawia się pierwsze, ważne napięcie – między potrzebą kompetencji a potrzebą bliskości. Polityk ma być nie tylko lepszy, ale jednocześnie powinien być jednym z nas. Ma wiedzieć i umieć więcej, ale rozumieć i patrzeć na rzeczywistość oczami zwykłego obywatela.

Rozmowa skręca w stronę pieniędzy – „Mówią, że Polska dogania Zachód, a ja doganiam rachunki”. Czynsze, rachunki, ceny. „Jak większość wypłaty idzie na mieszkanie, to człowiek nie czuje żadnego rozwoju”– mówi jedna osoba. Ktoś przytakuje. I nagle ten „inny świat elit” staje się jeszcze bardziej odległy. Bo nawet jeśli ktoś wierzy, że politycy są kompetentni, to nie bardzo wierzy, że wiedzą, jak wygląda codzienne życie.

Cień Jeffreya

A potem dzieje się coś ciekawego. Bez zapowiedzi, ktoś rzuca nazwisko: Epstein. „No przecież to pokazuje, jak to działa” – rozwija. Ktoś inny dodaje: „Takie rzeczy się nie biorą znikąd”. I znowu – nikt nie protestuje. Nikt nie bierze elit w obronę „Epstein tylko pokazał ludziom, jak ten świat naprawdę wygląda”.

To oczywiście nie jest rozmowa o Epsteinie. To jest skrót myślowy. Wystarczy jedno nazwisko, żeby uruchomić wspólne rozumienie: „Człowiek ma wrażenie, że oni wszyscy są ze sobą bardziej powiązani, niż się wydaje”. Świat elit ma swoją drugą warstwę — że nie wszystko jest jawne. Że istnieją powiązania, do których zwykli ludzie nie mają dostępu. Że elity stoją ponad prawem. Że elity żyją kosztem nas, zwykłych ludzi.

I nagle wcześniejsze zdania zaczynają brzmieć inaczej. „Każdy gra na siebie”. „To jest jedna wielka gra”. Wyłania się opis świata, w którym elity funkcjonują według własnych reguł – widocznych, tylko częściowo, przypadkiem, kiedy zasłona oddzielająca dwa światy przypadkiem nie zostanie dokładnie zaciągnięta.

Co ważne – to nie jest pełna teoria spiskowa. Nikt nie buduje wizji kolejnej „pizza gate”. Nikt nie próbuje sformułować własnej teorii wszystkiego. To raczej miękki sceptycyzm. Poczucie, że „nie wiemy wszystkiego” i że pewnie na zawsze ta wiedza pozostanie poza naszym zasięgiem.

Trzy napięcia, zero rozwiązań

W tym samym czasie rozmowa wraca do bardziej przyziemnych rzeczy. Ktoś mówi, że rząd „coś robi, ale nie ma efektów”. Ktoś inny, że prezydent, zamiast łączyć, dokłada do konfliktu. Znów pojawia się to samo wrażenie: państwo działa, ale nie daje poczucia sprawczości. Jest, teoretycznie działa, ale jakby obok rzeczywistości i problemów zwykłych ludzi.

I może to jest najważniejsze. Bo w tej sali nie ma ani wielkiej wiary w elity, ani totalnego odrzucenia. Jest coś bardziej charakterystycznego dla współczesności: milcząca zgoda na taki stan rzeczy. Ale to zgoda przez zaciśnięte zęby, podszyta narastającą frustracją. Nikt nie odrzuca koncepcji elit – one są potrzebne, ale te, obecne nie są już „nasze”. Są częścią coraz ciaśniej oplatającego ludzi systemu, ale nie źródłem deficytowego towaru — nadziei.

Trudna relacja z elitami politycznymi opiera się na trzech obszarach napięć.

Po pierwsze – między bliskością a kompetencją. Polityk ma być swój, ale jednocześnie lepszy.

Po drugie – między kompetencją a autentycznością. Ma wiedzieć, co robi, ale też rozumieć życie.

Po trzecie – między interesem publicznym a prywatnym. Ma działać dla wszystkich, choć wielu zakłada, że działa głównie dla siebie.

Czekając na Rycerza Siedmiu Królestw

Żadne z tych napięć nie znajduje rozwiązania. Nie ma polityka, który by je pogodził. Dlatego nie ma też silnej pozytywnej emocji. Jest raczej ciągłe ważenie: trochę zaufania, trochę nieufności, sporo rezygnacji. Wyraźnie rysuje się za to wyczekiwanie, że pojawi się „ktoś”. Trudno przesądzić, czy ten wyczekiwany protagonista nowej politycznej opowieści ma być rycerzem na białym koniu, ludowym bohaterem — Szewczykiem Dratewką, czy też może syntezą tych dwóch postaci — np. jak Dunk z serialu HBO „Rycerz siedmiu królestw”.

Czekamy na kogoś, komu będziemy mogli uwierzyć, że jest inny — a on nas nie zawiedzie. W tle jest zmęczenie starymi bohaterami organizującymi świat politycznych wyobrażeń – Tuskiem i Kaczyńskim oraz mizeria nowych postaci walczących o uwagę ludu.

Niemal w każdym cyklu wyborczym pojawia się taki bohater – indywidualny lub zbiorowy, który zbiera wokół siebie szukających nowej jakości, wierzących, że to jest rozwiązanie trzech napięć. Za każdym razem ich nadzieja boleśnie zderza się z rozczarowaniem – Lepper, Palikot, Nowoczesna, Kukiz, Hołownia, Trzecia Droga.

Gra o antyelitarny tort

Zwiastunem przyszłorocznej batalii niech będą wybory prezydenckie 2025 r., które wygrał kandydat, który z perspektywy czasu dość dobrze wpisuje się w napięcia, jakie ujawniają badania. Karola Nawrockiego opisują tak:

„On dobrze wpisuje się w ten klimat: nieufność wobec elit, zmęczenie konfliktem i potrzebę odzyskania wpływu”.

„Nawrocki dobrze obrazuje dzisiejszą Polskę: kraj, który chce stabilności, ale nie ufa instytucjom”.

„To nie był wybór pełen entuzjazmu. Bardziej wybór człowieka, który wydawał się mniej obcy niż reszta”.

W wyborach do Sejmu w październiku przyszłego roku można więc się spodziewać ostrej walki pretendentów do miana „nowej nadziei”. W tej konkurencji wystąpią formacje już znane – takie jak Razem, Konfederacja czy brauniści, ale też zapewne zupełnie nowi aktorzy. Gra jest warta świeczki, bo

kryzys elit politycznych nabrzmiewa i kawałek antyelitarnego tortu może być największy od dwóch dekad.

Być może czują to starzy polityczni wyjadacze — Kaczyński i Tusk. Jeden, rysując wewnętrzną niby-polaryzację, wskazuje „ludowego” Czarnka, przeciwstawiając go merytokratycznemu Morawieckiemu. Drugi szuka odmłodzenia przez „dziesiątkę na wybory”, czyli platformerską drużynę pierścienia na 2027 rok.

Już ponad pięć lat temu, w pierwszej edycji badań „Światowida” ujawniło się, że problemem polskiej polityki nie jest wyłącznie spór między partiami, ale głębszy kryzys samej warstwy elit. Respondenci opisywali polityków jako ludzi skupionych przede wszystkim na sobie – swojej pozycji, rozpoznawalności i niekończącej się walce o władzę. W rozmowach powracało poczucie, że polityka coraz mniej dotyczy obywateli, a coraz bardziej samego środowiska politycznego. „Mam wrażenie, że oni już nawet nie rozmawiają z ludźmi, tylko między sobą i o sobie”, mówił jeden z uczestników. Ktoś inny dodawał: „Każdy chce być w telewizji, każdy chce mieć rację, ale mało kto chce naprawdę coś zrobić”. Wypowiedzi z tamtego okresu dobrze doskonale wpisałyby w aktualny kontekst – niezależnie od partii – politycy bardziej „grają role” niż reprezentują społeczeństwo, rozwiązują konkretne problemy.

Co ciekawe, już wtedy pojawiało się poczucie, że brak takich postaci będzie prowadził do coraz większej niestabilności politycznej i osłabienia lojalności wyborców. Respondenci sygnalizowali, że poparcie dla partii staje się coraz bardziej warunkowe i emocjonalnie kruche.

„Dzisiaj ludzie głosują bardziej przeciw komuś niż za kimś” – brzmi uderzająco aktualnie.

Podobnie jak obserwacja, że „jak nie ma autorytetów, to ludzie zaczynają szukać kogokolwiek, kto brzmi inaczej”. Z perspektywy czasu te wypowiedzi brzmią niemal jak przepowiednia późniejszych procesów politycznych – rosnącej nieufności wobec elit, poszukiwania „antysystemowej autentyczności” i otwarcia przestrzeni dla polityków budujących swoją siłę bardziej na emocjonalnym dopasowaniu do społecznych nastrojów niż na klasycznym autorytecie.

Światła gasną

Gdy spotkanie dobiega końca, uczestnicy wracają do codzienności – rachunków, pracy, planów na weekend. W pokoju obserwacyjnym ktoś zapisuje ostatnie uwagi. Pozostaje jedno wrażenie: polityka jest dziś czymś odległym. Nie rozwiązuje bieżących problemów, lecz przypomina grę toczoną ponad głowami zwykłych ludzi.

A elity? Są jak badacze za lustrem weneckim. Widzą społeczeństwo. Ale to wciąż dwa różne światy.

Na zdjęciu Marcin Duma
Marcin Duma

Badacz opinii publicznej i procesów politycznych, założyciel Instytutu Badań Społecznych i Rynkowych IBRiS

Komentarze