07 maja 2020

Czemu mało testów? Szumowski: Nie wiem, nie ma analiz. To czemu nie zamówił?

Minister zdrowia Łukasz Szumowski rozbrajająco wyjaśnia, że nie wie, dlaczego robi się tak mało testów, bo nie ma analiz. OKO.press podpowiada: NFZ zwraca tylko 280 zł, za test który kosztuje 400 zł. Minister tłumaczy, że nie osiągnęliśmy jeszcze górki, bo epidemia przyszła do nas później. To demagogia: Czechy i Słowacja już zjeżdżają ze szczytu zachorowań

Wywiad ministra Szumowskiego w TVN24 był mieszanką prawdziwych twierdzeń o skali epidemii, naciąganych argumentów i porównań z innymi krajami z użyciem manipulacji oraz zrzucaniem odpowiedzialności z rządu na lekarzy (że nie zamawiają testów) i społeczeństwa (że przestanie przestrzegać ograniczeń).

Nie usłyszeliśmy, co ministerstwo zrobi, by testów było więcej. Apele Szumowskiego brzmią fałszywie, gdy rząd wysyła tyle sygnałów o poluzowaniu dyscypliny, a sam minister podtrzymuje opinię, że wybory korespondencyjne są bezpieczne.

Ale po kolei.

Najbardziej bulwersująca była odpowiedź ministra na szczere zdziwienie Konrada Piaseckiego, dlaczego wciąż słyszymy, że można robić 20-25 tysięcy testów dziennie, a robimy 7, 9, 10 tysięcy.

Za mało testów, bo z 400 zł zwracają tylko 280, minister nie zachęca, a także...

Minister po raz kolejny się zdziwił, że testów jest za mało, i to nie tylko w majówkę – bo to normalne, także w Niemczech liczba przetestowanych próbek w weekendy spada – ale także w dni robocze. Dodał, że ministerstwo zapewnia już 100 laboratoriów, testy, karetki wymazowe i pomoc wojsk Obrony Terytorialnej. Ale nie wie, czemu testy nie są robione, bo nie ma takiej analizy. Po czym wygłosił apel:

Apeluję o testowanie personelu medycznego. Dużo tych testów ze szpitali nie spływa niestety. W szpitalach powinniśmy testować na potęgę.
Oceń wypowiedź
PrawdaFałsz

Co to właściwie znaczy, że nie ma takiej analizy? Wobec tego ministerstwo powinno zlecić taką analizę, żeby dowiedzieć się, jakie są słabości systemu i nie zrzucać a priori odpowiedzialności na lekarzy.

Bo wtedy na przykład okazałoby się, że

poważną barierą hamującą liczbę zamawianych testów jest zmniejszenie wyceny przez NFZ analizy RT-PCR dla szpitali z 400 na 280 zł.

Ministerstwo broni się, że przeprowadziło ocenę rzeczywistych kosztów testu, ale Krajowa Rada Diagnostów Laboratoryjnych złożyła zdecydowany sprzeciw, uważając, że nowa wycena jest poniżej kosztów. Skutek jest taki, że szpitale muszą teraz z własnych pieniędzy dopłacać 120 zł za każdy wykonany test.

OKO.press dotarło do listu Szumowskiego z 28 kwietnia do dyrektorów szpitali, który pokazuje, jak wąskie są rekomendacje testowania personelu medycznego. W ten sposób można wytłumaczyć wyskok epidemii na Śląsku i zakażenie ponad 400 górników. Nie poddane profilaktycznym testom pielęgniarki śląskich szpitali, zarażone SARS-CoV-2, zarażały mężów górników.

...brak koordynacji, niedofinansowany sanepid, a personel boi się o kontrakty

Po drugie, wciąż brakuje koordynacji pomiędzy szpitalami a laboratoriami. Warszawskie Warsaw Genomics od dwóch tygodni ani razu nie wykonało takiej liczby testów, jaką może wykonać w ciągu doby – mimo że w tym laboratorium akurat NFZ płaci za wszystkie wykonane testy, niezależnie od tego, kto je zleca.

Ale – jak pyta retorycznie profesor Krystian Jażdżewski z WG – skąd mają o tym wiedzieć w szpitalu na drugim końcu kraju?

Po trzecie – dochodzą do OKO.press głosy i ze szpitali powiatowych, i z tych jednoimiennych, ale z wielkimi prośbami o dyskrecję – że czasami niechętny przesiewowym testom dla całej grupy personelu medycznego jest sam personel, bo

„jeszcze coś wyjdzie, a my na kontrakcie", albo ordynator, „bo jeszcze coś wyjdzie i nie będzie miał kto pracować".

Lekarze i pielęgniarki na kontraktach boją się, że zostaną pozbawieni na jakiś czas zarobków. Ale nawet jeśli byśmy chcieli przyznać ministrowi trochę racji, że to „wina personelu", to jednak problem jest systemowy.

A pandemia bezlitośnie uwidacznia wszystkie słabe punkty tego systemu, w którym lekarze i pielęgniarki pędzą od jednego ośrodka, do drugiego szpitala i trzeciej poradni, żeby uciułać jakie takie zarobki.

Poza tym, w liście z 28 kwietnia ten sam minister Szumowski ogranicza kategorie osób, które należy testować w placówkach.

A co z testami wykonywanymi na zlecenie sanepidu osobom, które pozostają w kwarantannie, bo miały kontakt z osobą zakażoną, albo izolują się w domu, bo mają słabe symptomy COVID-19? Wielokrotnie już pisaliśmy o problemach, jakie mają

niedofinansowane i zaniedbane przez państwo inspektoraty sanitarne – wywiad epidemiologiczny jest wciąż w epoce analogowej,

przemęczone i słabo opłacane pracownice (bo to kolejny przypadek instytucji sfeminizowanej z tego powodu, że zarabia się tam mało) nie mają ani mocy przerobowych, ani know how, jak prowadzić w nowoczesny sposób śledzenie kontaktów zakażonej osoby.

W skutek tego zbyt często się zdarza, że listy osób „do wymazania", które dostają załogi karetek pobierających próbki, są niekompletne albo błędne. Jedni w ogóle nie doczekują się testu na kwarantannie, do innych „wymazobus" przyjeżdża już dawno po zakończeniu przymusowej izolacji.

Same „wymazobusy", organizowane przez wojewodę w porozumieniu z samorządem, również borykają się z brakami personelu. Zobaczymy jeszcze, jak zadziałają wchodzące w życie w środę przepisy, pozwalające na organizowanie testów „drive through" w namiotach przed szpitalami dla osób w kwarantannie. One jednak będą dostępne tylko dla osób, które mogą podjechać pod punkt testowania własnym samochodem.

Jednym słowem – skupiło się tu dużo problemów i systemowych, i związanych ze złym zarządzaniem kryzysowym obecnie. Na pewno jednak minister nie powinien bić się w cudze piersi.

Jesteśmy już na górce, czy tylko w jej okolicach?

 Nie mam pewności, czy szczyt jest już za nami, to zależy też od naszych zachowań. Jeśli zbliżyliśmy się do wskaźnika 1, który mówi, że epidemia przechodzi w stan równowagi, to pytanie, w którą stronę nastąpi przegięcie – czy znowu wzrost, czy spadek
Oceń wypowiedź
PrawdaFałsz

Rzeczywiście trudno jeszcze powiedzieć, jaki jest w Polsce trend. Współczynnik odtwarzania R, czyli średnia liczba osób, którą zaraża nosiciel wirusa, zbliża się do jeden – według ostatnich obliczeń pracujących dla rządu ekspertów wynosi 1,04.

To już nieźle, ale oznacza, że wciąż może rosnąć liczba zakażonych, bo maleje ona dopiero wtedy, gdy współczynnik jest mniejszy od 1. Gdyby wynosił idealnie 1, stanęłaby w miejscu, ale takiej dokładności przy tak wielu czynnikach i małej ilości pewników nikt nie oczekuje.

W każdym razie inne kraje europejskie, które zaczynają się odważniej otwierać, jak Austria czy Czechy, od kilku tygodni utrzymują ten współczynnik poniżej jednego. Czeskie ministerstwo zdrowia 30 kwietnia poinformowało, że spadł on do 0,7. Podobną wartość wylicza się dla Austrii.

Współczynnik reprodukcji wylicza się, biorąc pod uwagę wiele czynników. My możemy pokazać, że epidemia nie ma wyraźnego wektora na podstawie dostępnych nam narzędzi. Wykres poniżej przedstawia przyrost aktywnych przypadków w danym dniu w porównaniu z dniem poprzednim (liczbę aktywnych przypadków wyliczamy odejmując od podanej danego dnia łącznej liczby zakażeń liczbę ozdrowieńców i wszystkie zgony do tej pory).

Dni 3-5 maja były na sporym plusie, ale 6 maja zanotowaliśmy największy minus - liczba aktywnych przypadków zmniejszyła się o 83. Jeśli wynik w kolejnych dniach będzie schodził poniżej zera, będzie to oznaczało, że epidemia zaczyna wygasać. Gdyby rosły wyniki dodatnie, szczyt będzie jeszcze przed nami.

Możemy też porównywać liczbę dziennych nowych zakażeń. Z powodu przestojów w testowaniu w święta i weekendy oraz gwałtownych skoków liczby zakażonych przy wykryciu dużego ogniska choroby tendencję widać lepiej, kiedy uśredni się wyniki z tygodnia.

Średni dobowy przyrost wykrytych zakażeń w kwietniu wyniósł 341, ale:

  • w pierwszej dekadzie było to 364,
  • w drugiej dekadzie 364,
  • w trzeciej dekadzie 294 – zaczął się spadek,
  • w sześciu dniach maja: 311 – znowu lekki wzrost

Widać więc, że spadek się rozpoczął, ale jest on jeszcze niewielki i podlega wahaniom – być może z powodu majówki, kiedy przeprowadzono mniej testów. W następnym punkcie tej analizy będzie można zobaczyć, jak wygląda spadek w krajach, które już zdecydowanie są po szczycie epidemii.

Nie mamy spadku przypadków, bo epidemia późno do nas dotarła. Manipulacja

Konrad Piasecki zapytał ministra Szumowskiego, czy nie martwi się tym, że jesteśmy wśród ostatnich europejskich krajów, gdzie jeszcze nie ma spadku przypadków – co w poniedziałek zreferowała w Parlamencie Europejskim dr Andrea Ammon, szefowa Europejskiego Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób.

Minister odpowiedział:

Polska była jednym z państw, gdzie epidemia najpóźniej dotarla. W związku z czym poczekajmy dwa tygodnie i będziemy mogli ocenić, czy tak jak w innych krajach w Polsce liczba chorych spada, czy nie
Oceń wypowiedź
PrawdaFałsz

To argument demagogiczny i nieprawdziwy. We Włoszech, Hiszpanii, Niemczech, Szwajcarii itp., gdzie epidemia nabrała tempa co najmniej dwa tygodnie wcześniej niż w Polsce, liczba aktywnych przypadków spada znacznie wyraźniej niż u nas.

Ale rzecz w tym, że tak samo dzieje się w krajach, które miały 100 zakażeń w tym samym czasie, co my, a nawet później. Oto, jak wygląda sytuacja w Czechach, Słowacji, Portugalii czy Bułgarii.

Liczba aktywnych przypadków zmniejsza się już w Czechach, które pierwsze 100 zakażeń wykryły 12 marca i na Słowacji (100 zakażeń 18 marca). W Polsce, która 100 pierwszych zakażeń wykryła 14 marca, ta liczba ciągle rośnie.

Jeśli spojrzymy na liczbę aktywnych przypadków, to ich spadek w Polsce jest niewielki i wciąż zakłócany wzrostami.

Wyraźniejszy trend spadkowy dziennych zachorowań widać nawet na wykresach dla Bułgarii (100 zakażeń 19 marca),

nie mówiąc o Portugalii (100 zakażeń 14 marca);

i o Czechach.

Mam wrażenie, że ludzie wrócą do reżimu

Konrad Piasecki dopytywał Szumowskiego, czy nie obawia się, że poluzowanie ograniczeń przychodzi zbyt wcześnie. Minister wyraził niepokój:

"Obraz Polaków, którzy tłumnie ruszają do galerii handlowych raczej mnie niepokoi, dlatego, że duża część z tych osób nie stosuje zaleceń, które wydajemy, czyli maseczka na brodzie zamiast zasłaniająca nos i usta.

To daje znowu ryzyko i zaprzepaszczenie tego, co żeśmy wypracowali przez tak długi czas kwarantanny.

Mam nadzieję, że również po apelach mediów ta sytuacja zostanie opanowana i ludzie wrócą do takiego reżimu".

Obawy ministra muszą dziwić, bo odruchy niesubordynacji są naturalną odpowiedzią ludzi sfrustrowanych długim siedzeniem w domu na sygnały władz, że zdejmowane są ograniczenia w centrach handlowych, przedszkolach, gabinetach.

Na dodatek winę ponosi tu sam minister Szumowski, który przekonuje, że wybory korespondencyjne - gigantyczna operacja z milionami kontaktów międzyludzkich - są bezpieczne.

Ta zmiana tonu nastąpiła zbyt gwałtownie: wcześniej władze straszyły i zamykały wszystkich i wszystko (też absurdalnie - lasy czy parki) teraz ich apele utraciły część powagi.

Zakażeń faktycznie mało (także dlatego, że testów mało)

W Polsce mamy prawie najniższą w Europie liczbę zakażeń na milion mieszkańcow
Oceń wypowiedź
PrawdaFałsz

To zdanie ministra jest prawdziwe. Na 27 krajów UE zakażeń na milion mieszkańców mniej jest tylko w Bułgarii, Grecji, w Słowacji i na Węgrzech. Przedstawiamy wykres opracowany przez OKO.press na podstawie danych z portalu worldometer (wtorek, 5 maja, godz. 18:00):

Wiarygodność optymistycznych informacji o najmniej zakażonych krajach podważa nieco fakt, że przeprowadzają one jednocześnie najmniej testów na milion mieszkańców w Europie:

  • Polska - 10,4 tys.
  • Węgry - 8,9 tys.
  • Grecja - 7,8 tys.
  • Bułgaria - 7,2 tys.

Nie dotyczy to jednak Słowacji, która należy do europejskich średniaków 18,3 tys. testami na milion.

Polskę wyprzedziła ostatnio Rumunia (10,7 tys. testów) oraz Francja (16,9 tys.), która zabrała się poważniej za wyszukiwanie przypadków COVID-19. W Czechach przeprowadzono 25,1 tys. testów na milion mieszkańców, w Słowenii 27,7 tys., Niemczech 30,4 tys., Portugalii 44,1 tys., Hiszpanii 41,3 a na Litwie 54,1 tys.

Zakażeń w tych krajach wykryto wielokrotnie więcej niż w Polsce.

Udostępnij:

Piotr Pacewicz

Naczelny OKO.press. Redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze” (1982–1989), przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. Współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”. Autor książek "Psychologiczna analiza rewolucji społecznej", "Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu" (z Martą Konarzewską); "Pociąg osobowy".

Miłada Jędrysik

Miłada Jędrysik – dziennikarka, publicystka. Przez prawie 20 lat związana z „Gazetą Wyborczą". Była korespondentką podczas konfliktu na Bałkanach (Bośnia, Serbia i Kosowo) i w Iraku. Publikowała też m.in. w „Tygodniku Powszechnym", kwartalniku „Książki. Magazyn do Czytania". Była szefową bazy wiedzy w serwisie Culture.pl. Od listopada 2018 roku do marca 2020 roku pełniła funkcję redaktorki naczelnej kwartalnika „Przekrój".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne