Kraków staje się dziś politycznym epicentrum. Na nieco ponad rok przed wyborami parlamentarnymi będzie musiał – jeżeli wynik sondażu exit poll się potwierdzi – wybrać prezydenta, a chętkę na ten fotel i budowanie popularności przed wyborami do Sejmu i Senatu ma wielu. Prof. Marek Bankowicz: może to być czas politycznych przesunięć rangi ogólnokrajowej.
Nad Krakowem przeszła polityczna burza. Exit poll przeprowadzony przez OGB oraz Stan360 wskazują, że niedzielne referendum odwoławcze w mieście będzie wiążące i ważne. Wyniki sondażu late poll niewiele się różnią: frekwencja wyniosła 31,8 proc., a za odwołaniem prezydenta zagłosowało 98 proc. To oznacza – jeżeli te wyniki się potwierdzą – że mieszkańców w ciągu najbliższego kwartału czekają przedterminowe wybory – ważne z perspektywy całego kraju. Te odbędą się bowiem na rok przed wyborami parlamentarnymi, a PiS i Konfederacja już zapowiadają zorganizowane ruchy referendalne w innych miastach Polski, którymi rządzi partia Donalda Tuska.
O politycznych konsekwencjach referendum w Krakowie, partyjnym poligonie, jakim w nadchodzących miesiącach stanie się stolica Małopolski i błędach, jakie popełnił Aleksander Miszalski rozmawiamy z prof. Markiem Bankowiczem, politologiem i ekspertem ds. systemów politycznych i wyborczych związanym z Uniwersytetem Jagiellońskim.
Angelika Pitoń: Aleksander Miszalski otrzymał dziś od mieszkańców czerwoną kartkę. Jeśli sondażowe wyniki exit poll się potwierdzą, Kraków odwołał dziś prezydenta i całą Radę Miasta.
Prof. Marek Bankowicz: I tę wiadomość można odczytywać jako polityczne trzęsienie ziemi. Rzadko zdarza się, że referenda odwoławcze okazują się wiążące. Rachunek prawdopodobieństwa i logika polityczna wskazywały, że prezydent wyjdzie z tego zawirowania obronną ręką, bo choć podpisy pod akcją referendalną zebrano w mieście błyskawicznie, to w oczach wielu mieszkańców Krakowa Aleksander Miszalski nie był osobą wywołującą tak negatywne emocje.
Koalicja Obywatelska nie doceniła powagi sytuacji. Nie oceniła rozczarowania mieszkańców prezydenturą Aleksandra Miszalskiego. Spodziewano się, że młody człowiek zdynamizuje miasto, będzie powiewem świeżego powietrza. Okazało się inaczej i wszystko wskazuje dziś na to, że polityk KO, jak i cała Rada Miasta pożegnają się z politycznymi stołkami.
Co to oznacza dla Krakowa?
Przegrane przez Aleksandra Miszalskiego referendum skutkuje przede wszystkim poważnym kryzysem politycznym samej Koalicji Obywatelskiej. Prezydent był szefem lokalnych struktur, a Kraków był uważany za matecznik KO. Dziś partia Donalda Tuska może znaleźć się w głębokiej defensywie. Kraków czekają przedterminowe wybory, i to w okresie najbliższych trzech miesięcy. Koalicja będzie musiała poważnie zastanowić się nad tym, kogo w nich wystawi.
To musi być osoba wielkiego formatu. Sądzę, że KO mógłby uratować niekwestionowany autorytet, ktoś spoza świata politycznego, kogo Koalicja poprze. Inaczej, jeśli zdecyduje się wystawić polityka, osobę z wewnątrz partii, może narazić się na kolejną druzgocącą porażkę – choćby dlatego, że nikt tam dziś nie dysponuje odpowiednim autorytetem.
Aleksander Miszalski zmarnował dwa lata. Był prezydentem wycofanym, na drugim planie, pozbawiony charyzmy, podejmujący działana chaotyczne i niespójne.
Nie umiał komunikować swoich planów wyborcom, czego sztandarowym już przykładem jest Strefa Czystego Transportu. SCT była od początku silnie krytykowana. Miszalski, zamiast komunikować wprowadzane zmiany i je tłumaczyć, zignorował negatywne głosy, dając ludziom do zrozumienia, że on wie lepiej. Kiedy jednak krytyka SCT zaczęła przybierać na sile na tyle, że głośno mówiono o referendum, ten ze swoich pomysłów się wycofał, pokazując zupełny brak charakteru. To wzbudziło niepokój i chaos. Mieszkańcy zaczęli powątpiewać w sensowność działań prezydenta. A on udowodnił, że jest słaby, chwiejny i że dla utrzymania stołka jest w stanie zrobić wszystko.
SCT to dziś główny powód, dla którego krakowianie zdecydowali się pójść na referendum. Mieszkańcy wskazywali też na spore zadłużenie miasta. Tyle że to scheda po Jacku Majchrowskim. Za czyje błędy płaci więc dziś Miszalski?
Bezsprzecznie prezydent objął Kraków w tak poważnej finansowej zapaści, że nawet cudotwórca nie byłby w stanie wyciągnąć miasta na prostą. Co do tego nie ma wątpliwości. Te jednak pojawiają się, kiedy przeanalizujemy postawę prezydenta. Aleksander Miszalski nie zrobił audytu finansowego w Magistracie. Nie przedstawił klarownego programu naprawczego. Nie zahamował tego długu, a wręcz dołożył do niego swoje trzy grosze i podejmował działania, które dziurę zwiększały.
Miszalski płaci też stołkiem za oferowanie posad partyjnym kolegom. „Epidemia kolesiostwa” to dziś slogan, który mocno zlepia się wizerunkiem prezydenta z KO. Platformie trudno będzie się od niego odżegnać.
Koalicja Obywatelska nie umiała, wbrew zapowiedziom składanym przed wyborami, zerwać ze szkodliwymi praktykami zatrudniania swoich. Prezydentura Jacka Majchrowskiego była krytykowana za owe kolesiostwo. Aleksander Miszalski miał tego świadomość, tymczasem sam wszedł w te buty i hojnie obsadzał swoimi ludźmi spółki miejskie, oferował etaty w Magistracie. Krakowian rozsierdzały nie tylko kolejne doniesienia o takich partyjnych zatrudnieniach, ale i fakt, że nierzadko były to osoby kompletnie nieprzygotowane do powierzonej im roli, nieposiadające wykształcenia, doświadczenia. Były to ruchy czysto polityczne, motywowane działaniem w tym samym ugrupowaniu.
Najbliższe miesiące będą bardzo ciekawe. Zwarta koalicja „antymiszalska” teraz się rozpadnie. Pretendentów gotowych objąć fotel prezydenta jest bez liku. Do dziś wielu z nich łączyła niechęć do Aleksandra Miszalskiego, Donalda Tuska i Koalicji Obywatelskiej. Teraz te osoby będą ze sobą rywalizować.
Gotowość do startu w wyborach prezydenckich już ogłosił Marian Banaś. Swojego kandydata zaproponuje Konfederacja, PiS, trudno wyobrazić sobie kolejne wybory bez Łukasza Gibały.
Wróble ćwierkają, że startu nie wyklucza również prezydent Andrzej Duda czy Grzegorz Braun. Swoich kandydatów wystawią też dotychczasowi koalicjanci KO.
Wybory w Krakowie – jeżeli się odbędą – przypadną na ciekawy moment – na rok przed wyborami parlamentarnymi. To dobry moment na budowanie i sprawdzanie swojego elektoratu w stolicy Małopolski. Czeka nas partyjny poligon przed starciem o stołki w Sejmie i Senacie?
Bez wątpienia. Ten poligon będzie czasem sprawdzenia się partii politycznych, ale z drugiej strony może to być czas ewentualnych przesunięć politycznych w skali ogólnopolskiej. Czy KO będzie umiała zapanować nad destrukcją, która dziś objawiła się w Krakowie? Czy dojdzie do zapowiadanego efektu domina i po Krakowie odwoływani będą prezydenci innych miast? Sytuacja jest mocno niekorzystna dla obozu rządzącego, KO jest w defensywie. A to znacznie trudniejsza pozycja w tej politycznej walce.
Czy Kraków może przesunąć się w prawo? Dziś w Radzie Miasta mieliśmy, po raz pierwszy od lat, klub Lewicy. Tymczasem na kampanii referendalnej mocno wybili się politycy Ruchu Narodowego i Konfederacji. Nietrudno wyobrazić sobie scenariusz, w którym ci otrzymają pojedyncze mandaty i wejdą do RMK.
Wiele będzie tutaj zależeć od postawy Koalicji Obywatelskiej i tego, czy odzyska zaufanie polityczne mieszkańców. W czasie kampanii referendalnej byli ospali, spóźnieni z reakcjami, nie nadążali. Tok dyskusji referendalnej narzucali jego organizatorzy. Trzeba przyznać, że było ono przygotowane z dużym profesjonalizmem i dużym nakładem środków finansowych.
Do tej pory nie mieliśmy w Polsce kampanii referendalnej przygotowywanej tak „na bogato” jak w Krakowie.
To były banery, ulotki, hasła „OdzyskajMY Kraków”. To była spójna identyfikacja wizualna, konkretne ludzkie historie, obszerne gazetki referendalne, rozmaite działania w internecie. Prawo w kontekście referendum jest dość liberalne i nie ma żądnych limitów i ograniczeń finansowych dotyczących nakładów na referendum, ale komitet będzie musiał złożyć sprawozdanie finansowe. Jestem bardzo ciekaw, jak wysokie środki wyłożono na organizację tej szeroko zakrojonej kampanii.
Naprzeciwko tej sprawnej kampanii stał jeden prezydent. Aleksander Miszalski był w tej walce osamotniony. Nie miał za sobą kolegów z partii, nie miał Donalda Tuska, ani nawet koalicjantów. Tak szybko przekreślono jego szanse?
Zaangażowanie Koalicji Obywatelskiej w akcję referendalną mogło być dla Miszalskiego deską ratunkową i szansą na utrzymanie poparcia. Usilnie jednak starano się trzymać ten temat w abstrakcyjnych ryzach lokalności, co było działaniem dość zaskakującym. Mowa o jednym z największych miast Polski i głównej frakcji politycznej w kraju. Strona „antymiszalska” mocno uderzała w tony partyjny, często słyszeliśmy o chęci „odwołania Platformy”. Istnieje prawdopodobieństwo, że sama formacja uznawała Aleksandra Miszalskiego za słabego prezydenta i wiedziała, że może przegrać referendum. Być może to zaplanowana z góry strategia obliczona na chęć wygrania wyborów w Krakowie? Stąd ta niechęć do obrony prezydenta, którego bronić po prostu nie chciano?
Koalicja jest jednak w poważnych tarapatach. Odwołanie Miszalskiego będzie wykorzystywane jako argument polityczny w skali całego kraju. Dziś to pojedynczy incydent. Ale jeśli w najbliższych miesiącach udałoby się odwołać choćby jednego prezydenta związanego z KO, to oznaczałoby to poważne tarapaty dla obozu rządzącego. Zwłaszcza że mamy w samorządach włodarzy, którzy na sumieniu mają poważniejsze przewiny niż Aleksander Miszalski.
Co czeka dziś Kraków?
Nie byłbym zdziwiony, gdyby wybory wygrała Koalicja. Choć musi mieć naprawdę mocnego kandydata. Naturalnym kandydatem zdaje się być również Łukasz Gibała, którego nazwisko pojawiało się w kontekście referendum. Uważam, że tym razem mieszkańcy mogą docenić jego determinację i dać mu szansę, skoro od lat tak wiele poświęca, by zostać prezydentem miasta. Nie przekreślałbym też szans prezydenta Andrzeja Dudy, choć trudno mi sobie wyobrazić, że Kraków poparłby człowieka związanego z PiS.
Start w lokalnych wyborach, i to z niepewnym skutkiem, nie byłby dla prezydenta Dudy degradujący?
Żyjemy w czasach, w których niestandardowe i nietypowe postawy stają się normą. Oczywiście prezydenci państw raczej nie decydują się na pomniejszą rolę prezydenta miasta. Ale Andrzej Duda jest po zakończonej kadencji niezaopiekowany, a niewątpliwie nie chce przechodzić na polityczną emeryturę. Jest znany, pochodzi z Krakowa, zna problemy tego miasta. Dlaczego więc nie?
A jaka przyszłość czeka samego Aleksandra Miszalskiego? Będzie to polityczna emerytura?
Myślę, że tak. Trudno politycznie odrodzić się po takiej katastrofie – i to jeśli nie ma się politycznej charyzmy. Gdybym miał spekulować, to sądzę, że prezydent odsunie się w cień i zrezygnuje z polityki. Przynajmniej na jakiś czas.
Władza
Wybory
Andrzej Duda
Koalicja Obywatelska
Aleksander Miszalski
Kraków
polityka
referendum
referendum odwoławcze
Dziennikarka OKO.press. Pisze o prawach pracowniczych, lokatorskich i sprawach społecznych. Absolwentka Szkoły Praw Człowieka przy HFHR. Finalistka nagrody im. Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby, Pióra Nadziei Amnesty International czy Korony Równości Kampanii Przeciw Homofobii. W latach 2017-2025 związana z "Gazetą Wyborczą".
Dziennikarka OKO.press. Pisze o prawach pracowniczych, lokatorskich i sprawach społecznych. Absolwentka Szkoły Praw Człowieka przy HFHR. Finalistka nagrody im. Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby, Pióra Nadziei Amnesty International czy Korony Równości Kampanii Przeciw Homofobii. W latach 2017-2025 związana z "Gazetą Wyborczą".
Komentarze