0:00
14 listopada 2020

Czy dowodami zwalczymy niewiarę w COVID-19? Nie, ale warto się przyjrzeć dlaczego

Zawodowo zajmuję się zwalczaniem antynaukowych i szkodliwych dla zdrowia przesądów. Uważam za swój obowiązek tępienie dezinformacji - szczególnie tej przebranej w szaty nauki. Ale pseudonaukowe przekonania ludzi wymagają jednak życzliwego zrozumienia towarzyszących im emocji i interesów.

Wydrukuj

Współczesnym ideałem jest medycyna lub polityki publiczne „oparte na dowodach”. Ale już w 2004 roku wybitny epidemiolog Michael Marmot, analizując brytyjską politykę antyalkoholową, zadał kluczowe pytanie: Czy polityka jest oparta na dowodach, czy raczej dowody są dobierane pod politykę?

Zauważał, że preferowanie jakiegoś działania wpływa na naszą ocenę dowodów naukowych: do wybranej już polityki dobiera się dowody, a nie odwrotnie. Gdy brakuje politycznej woli walki z jakimś problemem, nawet najlepsze dowody nie pomogą.

W tym samym roku 2004 Ralph Keyes, autor książki "Czas postprawdy. Nieszczerość i oszustwa w codziennym życiu", pisał, że żyjemy w czasach triumfu dezinformacji, a nawet samooszukiwania.

W brexitowym szoku „postprawda" została słowem roku 2016 Oxford English Dictionary. To oczywiście tylko potwierdzenie tego, co badacze dostrzegali od dekad. W politykach publicznych nader często rozum jest na smyczy emocji czy politycznej woli.

I o tym warto pamiętać, gdy dociekamy skąd bierze się negowanie dowodów naukowych na temat szczepień, globalnego ocieplenia czy COVID-19.

Poznanie kulturowe i wybiórczość w doborze dowodów

Jednym z największych złudzeń jest przekonanie, że fakty naukowe rozstrzygają spór polityczny. Czy ktoś zna polityka, który pod wpływem nowych badań zakrzyknie: "Aaa. Ok. Mieliście rację?"

W roku 2000 Daniel Sarewitz zauważył, że sama złożoność »czystej nauki« (zawsze kwestionującej samą siebie) utrudnia jej prostą aplikację w polityce. „Nauka jest dostatecznie bogata, zróżnicowana i zbałkanizowana, by stać się wsparciem dla szeregu odmiennych, subiektywnych, politycznych poglądów na złożone tematy”.

Właśnie dlatego zwolennicy strategii odporności stadnej w walce z koronawirusem mogą znaleźć nawet renomowanych badaczy, którzy wesprą ich stanowisko.

Jeszcze w marcu kimś takim był choćby John Ioannidis ze Stanfordu (wskazywałem wówczas na problematyczność jego tekstu "Nieuchronne fiasko").

Miesiąc temu utytułowani naukowcy firmowali Deklarację z Great Barrington (od siedziby libertariańskiego think tanku AIER). Oczywiście, ich stanowisko jest przykładem eksperckiego widzenia tunelowego. Koncentrują się na nieścisłościach metodologicznych, albo na modelowaniu wskazującym na magiczny efekt odporności stadnej.

Jednak powoływanie się na te osoby nie jest negowaniem autorytetu nauki, a jedynie pewną wybiórczością w tym, którym naukowcom się wierzy.

Z czego więc, jak nie z odrzucenia nauki, wynika odrzucanie konsensusu naukowego? Na to pytanie starali się odpowiedzieć w swoich badaniach Dan Kahan, Hank Jenkins-Smith i Donald Braman. Okazuje się, że źródłem przekonań takich jak np. denializm klimatyczny jest to, że osoby je wyznające przeceniają poziom naukowego wsparcia ich własnych przekonań.

Różne systemy wartości kulturowych (w tym ideologicznych) prowadzą do odmiennej oceny tego, co wynika ze stanowiska ekspertów. Badacze określili to zjawisko mianem "poznania kulturowego". Polega ono na tym, że łatwiej jest nam zapamiętać, czy potem przypomnieć sobie, o tych wynikach badań, które pasują do posiadanych przekonań.

Niebagatelną rolę odgrywają tu nasze narracje. Jak wyjaśniają Kahan z zespołem: „Ludzie mają tendencję do przyswajania informacji dopasowując ją do istniejących szablonów narracyjnych lub schematów, które nadają informacjom sens. Elementy tych szablonów narracyjnych różnią się w identyfikowalny i powtarzający się sposób w różnych grupach kulturowych”.

Nie oznacza to, że jesteśmy całkowicie odporni na zmianę zdania pod wpływem niepasującej nam wiedzy, ale że taka zmiana będzie znacznie trudniejsza. Czasem nawet będziemy aktywnie walczyli z tym, co burzy nasze systemy przekonań i dobre samopoczucie.

Wspomniani badacze sugerowali też jak radzić sobie z tym wyzwaniem: „Poprzez kształtowanie informacji tak, by przywoływać schematy narracyjne, które są kulturowo przyjazne dla docelowych odbiorców, komunikatorzy ryzyka mogą sprawić, że treść informacji, które przekazują, będzie traktowana z uwagą przez różne grupy kulturowe”.

Podejście takie określa się czasem jako "retorykę budowania mostów".

Z czego składają się narracje?

Żeby jednak utrafić w narracje trzeba zrozumieć, że nigdy nie opierają się one tylko „na faktach”. Są historiami, które wspierają nasze emocje i interesy własne. Emocje są podkładem intuicji moralnych czy politycznych lub poczucia własnej wartości. Interesy własne to kwestia materialnej egzystencji, dobrobytu i godnego życia.

Te trzy składowe (wiedza, emocje i interesy) łączą się i nawzajem wzmacniają w indywidualnych i zbiorowych narracjach. W niektórych przypadkach przyjmują one postać teorii spiskowych, które układają fakty w ekscytujące fabuły.

W przypadku osób negujących sensowność lockdownu jakiekolwiek dowody na ten temat będą trafiały na niekorzystny grunt. Barierą będzie tu choćby utrata dochodu. Może nią być zwyczajna frustracja pracy z domu – z dziećmi bez opieki. Dochodzi do tego strach, utrata kontroli nad swoim życiem, czy zwykły brak kontaktu z bliskimi.

W tym kontekście Adam Leszczyński słusznie zauważa, że nawet „wysoko rozwinięte” społeczeństwa nie są wolne od nierozsądnych, antynaukowych reakcji na kryzysy zdrowotne.

Jednak jest coś cennego w szczerym przyznaniu się, że kogoś irytuje nakaz dystansowania i noszenia maseczek, bo narusza to jego naturalne prawo do bliskości z innymi. Jest to przynajmniej uczciwe zakomunikowanie emocji i interesów własnych. Tych, które i tak powinny być uwzględniane razem z rzetelną wiedzą ekspercką, a nie jej na przekór.

Gorszym problemem jest dezinformacja wynikająca z prób pseudonaukowych racjonalizacji. Niestety, nasza kultura debaty publicznej prowokuje takie przemycanie interesów i emocji pod postacią zinstrumentalizowanej nauki. Swoisty kult nauki (polegający też na wygórowanych wobec niej wymaganiach i niezrozumieniu jej metod) skłania nas do fabrykowania sobie „racjonalnych” uzasadnień.

Skutki uboczne upodmiotowienia pacjentów

Zawodowo zajmuję się zwalczaniem antynaukowych i szkodliwych dla zdrowia przesądów. Dotyczy to zarówno negowania skuteczności szczepień, jak i fałszywych tez na temat edukacji seksualnej czy LGBT.

Uważam za swój obowiązek surowe tępienie dezinformacji – szczególnie tej przebranej w szaty nauki. Jednak rozumiem, że pseudonaukowe przekonania wymagają także życzliwego zrozumienia towarzyszących im emocji i interesów. Właśnie dlatego, że te fałszywe narracje mogą stanowić nieudaną próbę zwrócenia uwagi na pewne realne – leżące u ich źródeł – problemy czy niesprawiedliwości.

I tak, w tekście "Ciemnogród vs. Scjentopogard" zauważam, że znaczna część współczesnego ruchu antyszczepionkowego może być osobliwym skutkiem ubocznym emancypacji pacjentów spod paternalistycznej dominacji lekarzy.

Kiedy pacjentowi daje się prawo szukania drugiej opinii wtedy może on sięgnąć po radę oszusta. I tu można krytykować „trudnych pacjentów”, ale wybraliśmy ścieżkę ich upodmiotowienia nie bez powodów.

Także ruchy antyprofesjonalne (antymedyczne czy antypsychiatryczne) mają swoje źródła w nadużyciach, nieetycznych praktykach, a nawet naukowej ignorancji samych lekarzy.

Zrozumieć fanów Wakefielda

Interesującym przypadkiem jest tu sfalsyfikowana teoria o szczepionkach powodujących autyzm. Jej popularność wybuchła wraz z publikacją w 1998 roku badań Andrew Wakefielda przez renomowane czasopismo "Lancet".

Gdy okazało się, że badanie było skandalicznym oszustwem, tekst został wycofany. Niestety, artykuł już stał się czołowym argumentem antyszczepionkowców, a sam Wakefield – bohaterem i męczennikiem tego ruchu.

Zastanawia jednak dlaczego akurat ta konkretna teoria (o związku z autyzmem szczepionki przeciw odrze, śwince i różyczce) uzyskała tak wielki rozgłos.

Interesującą hipotezę podsunęła Agnieszka Piskozub-Piwosz, która zauważyła, że w tamtym czasie wśród lekarzy zachodnich popularna była teoria o tym, że przyczyną autyzmu u dzieci jest… oziębłe rodzicielstwo. Tzw. teoria lodowatej matki sformułowana została w 1949 roku jako hipoteza towarzysząca odkryciu autyzmu.

Późniejsze badania wskazywały na zdecydowaną dominację innych przyczyn, w tym przede wszystkim genetycznych. Jednak popularność tej teorii sprawiła, że kochające matki – dzielnie walczące o zdrowie swoich dzieci – musiały latami żyć z piętnem „lodowatych” – niepotrafiących zbudować matczynych więzi.

Możemy sobie tylko wyobrazić jak wielką ulgę rodzicom dzieci ze spektrum autyzmu dawała ta narracja o szkodliwości szczepionek. Dowiedzieli się z niej nie tylko, że nie są wcale winni krzywdy swoich dzieci, ale że winę ponoszą tu ci sami eksperci, którzy ich napiętnowali.

Ukierunkowała ona lata bólu i upokorzenia w słuszną złość przeciw dotychczasowym oprawcom. Teraz oczywiście wiara w tezy Wakefielda ma inne podłoże. Jednak początkowy impet jego tezom nadać mógł specyficzny kontekst nadużywanej i nieempatycznej władzy profesjonalistów.

Gdy autorytety zawodzą

Przykład powyższy pokazuje, że antyprofesjonale przekonania mogą być reakcją na błędy środowiska medycznego. Gdyby było ono od nich wolne, ruch na rzecz praw pacjentów nie byłby konieczny. Rezerwa wobec autorytetu medycyny i władz publicznych odgrywa też swoją istotną systemową, kontrolną rolę.

W tej chwili czekamy na szczepionkę na COVID-19. Wszyscy chcemy czym prędzej wrócić do normalnego życia. Jednak ta zrozumiała potrzeba może prowadzić do nadmiernej presji na przedwczesne wprowadzenie takiej szczepionki: przy niedostatecznych badaniach na temat ich bezpieczeństwa. Jeśli jakiś rząd ulegnie takiej presji może to skutkować tragedią, a w efekcie kompromitacją nauki i władz publicznych.

Scenariusz taki nie jest tylko hipotetyczny. W 1976 roku z obawy przed pandemią „nowej hiszpanki” zaszczepiono 45 mln Amerykanów naprędce przygotowaną, niedostatecznie przetestowaną szczepionką na grypę.

Podejrzewa się, że doprowadziła ona do rzadkiej neurologicznej przypadłości u ok. 450 osób. Ze względu na zbliżające się wybory na pośpiechu zależało ówczesnemu prezydentowi Geraldowi Fordowi. Firmy farmaceutyczne, mające szczepionkę dostarczyć, odmówiły współpracy dopóki nie dostaną ustawowego immunitetu od odpowiedzialności cywilnej za potencjalne niepożądane skutki uboczne… W tamtym czasie to właśnie przestrogi Światowej Organizacji Zdrowia – by podejść do sprawy ostrożnie i z rozwagą – były zignorowane przez władze USA.

Demokratyczny autorytet nauki

Jak zauważa Rebecca Kreston, tamto fiasko amerykańskich działań trwale zaszkodziło publicznemu zaufaniu do programów szczepień przeciw grypie.

Pamięć społeczna o nim oczywiście się zatarła, ale odczuwana nieufność i antyprofesjonalne nastroje pozostały i kumulowały się wraz z kolejnymi podobnymi kompromitacjami.

O ile błędy czy pomyłki w medycynie i zdrowiu publicznym są czymś naturalnym, to wielu z nich da się zapobiec przy odpowiedzialnym podejściu. Bunt przeciwko elitom, naukowcom i władzy jest czymś naturalnym a nawet użytecznym. Wzmaga kontrolę i stymuluje rozwój procedur zapobiegających błędom.

Szkodliwą pseudonaukę i medyczne oszustwa należy zwalczać. Jednak przekonania niezgodne z nauką nie powinny być traktowane jako coś, co da się zdławić. W pewnym sensie są one niepożądanym skutkiem ubocznym zjawisk ze wszech miar pozytywnych: większego upodmiotowienia pacjentów, mobilizacji poznawczej i zaawansowania samej nauki (rosnących jej rygorów metodologicznych). Przykładowo, najnowsze badania Mariusza Duplagi z Instytutu Zdrowia Publicznego UJCM wskazują na niemal paradoksalną korelację. Otóż, wśród osób o wyższych kompetencjach e-zdrowotnych (tj. lepszych w rozumieniu internetowych zasobów nt. zdrowia) częściej – a nie rzadziej – występuje wiara w teorie spiskowe nt. COVID-19 (sic!).

Instrumentalizacja przekonań antynaukowych dla zysku czy przez szkodliwe ideologie wymaga zdecydowanej, narracyjnej riposty. Jednak fundamentalnym wrogiem nauki, medycyny i zdrowia publicznego jest brak przezorności oraz nieszczerość samych naukowców i decydentów. Dlatego objaśnianie wiedzy naukowej wymaga empatycznej, narracyjnej perswazji. W demokracji autorytetu nie buduje się przez uciszanie krytyki czy wątpliwości, ale przez sumienną i uczciwą na nie odpowiedź.

Udostępnij:

Michał Zabdyr-Jamróz

Dr politologii, adiunkt w Instytucie Zdrowia Publicznego CM UJ. Gościnny wykładowca Uniwersytetu Kopenhaskiego. Stały współpracownik Europejskiego Obserwatorium Systemów i Polityk Zdrowotnych w Brukseli. Specjalizuje się w analizie polityk publicznych i analizie debaty publicznej na ich temat, a także w idei rządzenia deliberatywnego. W książce pt. "Wszechstronniczość" rozwija (alternatywną do bezstronności) zasadę uwzględniania wiedzy eksperckiej, interesów własnych i emocji – na potrzeby lepszej, bardziej demokratycznej i deliberatywnej polityki zdrowotnej.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne