0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Tomasz Pietrzyk / Agencja Wyborcza.plFot. Tomasz Pietrzyk...

Byłoby to dość dziwne. Koncepcja „piętnastominutowych miast” wywodzi się od „jednostki sąsiedzkiej”, której autorem był Clarence Arthur Perry, amerykański urbanista i socjolog. Urodził się w 1872 roku, zmarł rok przed zakończeniem II wojny światowej.

Jego idee powstawały w okresie gwałtownego rozwoju motoryzacji. Nie trzeba zbyt długo wyjaśniać, jak zmieniła miasta. Na przedmieściach powstawały dzielnice mieszkalne, ale praca i usługi pozostały głównie w centrach miast.

Fachowym terminem na to zjawisko jest eksurbanizacja. Po angielsku zjawisko to nazwano „urban sprawl”, przy czym słowo „sprawl” ma negatywny wydźwięk, bliskie jest raczej „rozwalaniu” czy „rozbabraniu”. Po polsku mówi się dość neutralnie o „rozlewaniu się" miast albo „suburbanizacji”.

Skrajnym przykładem są amerykańskie przedmieścia i rzędy domków z równo przyciętymi trawnikami. Ich mieszkańcy codziennie muszą wsiadać do samochodu i pokonywać (często w korkach) wiele kilometrów, by dotrzeć do biur. Zakupy trudno zrobić bez podróży (oczywiście samochodem) do centrum handlowego, w wielu miejscach jest to wręcz niemożliwe z braku transportu publicznego.

Dzieci trzeba dowieźć do szkoły samochodem lub wozi je autobus. Życie bez samochodu jest niemożliwe.

Rozlewanie się miast było mniej dotkliwe w Europie. Przeważyły względy historyczne i demografia. W Europie jest większa gęstość zaludnienia, zabudowa zawsze była ściślejsza, sieć kolejowa gęstsza, a wolnych terenów do zabudowy mniej. Nie oznacza to, że europejskie miasta się nie rozlewały, jednak skala zjawiska była dużo mniejsza niż w Stanach.

Cykl „SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE” to propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak i ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Rozbrajamy mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I piszemy o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

„Jednostka sąsiedzka”, czyli wszystko na miejscu

W dużym skrócie - Clarence Arthur Perry postulował budowę dzielnic mieszkalnych tak, by wszystkie potrzeby mieszkańców mogły zostać zaspokojone na miejscu, w zasięgu spaceru. W „jednostce sąsiedzkiej” miały być domy, sklepy, usługi, szkoła i zieleń. Koncepcję opublikował w wydanej w 1939 roku książce „Housing for the Mechanic Age”.

Czy poglądy Perry’ego były lewicowe?

Nic z tych rzeczy. Gdy publikował swoje prace, na świecie zaczynał się właśnie Wielki Kryzys. Perry nie wierzył, że plany „jednostek sąsiedzkich” będą skłonne finansować rządy. Sądził, że do ich realizacji trzeba będzie przekonywać prywatnych inwestorów. Niewiele w tym lewicowej myśli. Historycy urbanistyki określają poglądy Perry’ego raczej jako „konserwatywny pragmatyzm”.

Jego myśl znalazła odbicie w działalności Jane Jacobs, dziennikarki i aktywistki miejskiej, która miała duży wpływ na urbanistykę. W wydanej w 1961 roku książce „Śmierć i życie wielkich miast Ameryki”, w pierwszym zdaniu pisała: „Ta książka to atak na obowiązujące metody planowania i przebudowywania miast”.

Twierdziła, że sztuczna i nieprzyjazna struktura miejska spowodowała rozpad więzi sąsiedzkich, upadek drobnej przedsiębiorczości, w tym lokalnego handlu i rzemiosła oraz wzrost przestępczości. Nie deklarowała się przy tym politycznie, ale jej idee bliższe były myśli lewicowej.

Poglądy Jane Jacobs trudno jednoznacznie zaszufladkować. Uważała, że mieszkalnictwo komunalne to zbytnia ingerencja w prawa wolnego rynku (czym zdobyła przychylność prawicy). Jednocześnie upominała się o prawa osób wykluczanych (co jest raczej domeną lewicy). Do dziś jej spuścizna bywa przedmiotem krytyki z obu stron politycznej sceny.

Ruchy, które idee Perry’ego i Jacobs rozwijały i promowały, takie jak amerykański “nowy urbanizm” lat 80. ubiegłego wieku raczej nie określały się politycznie.

Przeczytaj także:

Czy to lewicowy pomysł? Nie, ale...

Pomysł jest więc nienowy, a jego powstanie nie miało nic z lewicą wspólnego. Jednak samo pojęcie “piętnastominutowego miasta” jest stosunkowo nowe.

Pochodzi z publikacji pod kierunkiem prof. Carlosa Moreno, urbanisty z paryskiej Sorbony. Autorzy opisali w niej “la ville du quart d’heure”, co można przełożyć właśnie jako “miasto piętnastominutowe”. Chodzi o to samo, co u Perry’ego, by większość potrzeb móc zaspokoić w promieniu kwadransa piechotą lub rowerem.

I tu dochodzimy do tego, co prawicę uwiera.

Prof. Moreno był doradcą francuskiej lewicowej polityczki Anne Hidalgo, gdy ubiegała się w 2020 roku o reelekcję na stanowisko mera Paryża. W kampanii wyborczej na sztandar wzięła właśnie ideę “piętnastominutowego miasta”. I zapewne o to chodzi polskiej prawicy, gdy twierdzi, że to lewicowy pomysł.

Nie bez znaczenia jest oczywiście inna rzecz. Gdy wszystko można załatwić na piechotę, nie potrzeba samochodu. Stąd też i idea taka jest chętnie przyjmowana przez środowiska związane z ekologią i zrównoważonym rozwojem. A te, nie ma co się oszukiwać, są zdecydowanie częściej lewicowe.

Debunking

Czy piętnastominutowe miasta to “wymysł lewicy”?
Choć idea jest bliska lewicowym poglądom, pomysł wysunął prawie 85 lat temu urbanista i socjolog Clarence Arthur Perry w książce "Housing for the Machine Age". Jego poglądy były raczej konserwatywne.

Warto dodać, że odległe od centrów miast i pozbawione infrastruktury blokowiska powstawały liczniej po wschodniej stronie Żelaznej Kurtyny, w krajach tzw. socjalistycznych. Konia z rzędem temu, kto na chciałby na osiedlu z wielkiej płyty kupić żarówkę albo parę butów. O przechadzce z dziećmi po parku nie wspominając.

Również pomysł odbudowy Warszawy po drugiej wojnie światowej oparto na założeniu, że jej centrum spełniać będzie rolę mieszaną (mieszkalno-usługową). Otoczone było dzielnicami przemysłowymi, a dzielnice mieszkaniowe planowano w dalszej odległości. Nie miało to nic wspólnego z “piętnastominutowością”.

Czy (dobro) publiczne zawsze jest lewicowe?

Dotknęliśmy tu pewnej ciekawej kwestii. Dla polskiej prawicy wszystko, co publiczne, wydaje się z automatu lewicowe. To, co prywatne - konserwatywne i prawicowe. Ten związek nie jest bynajmniej oczywisty.

Czy pomysł brytyjskiej publicznej opieki zdrowotnej był lewicowy? Skądże, na potrzebę opieki zdrowotnej osób ubogich wskazał raport Royal Commission on the Poor Laws and Relief of Distress (1905-1909). Komisji przewodził konserwatysta George Francis Hamilton, powołał ją konserwatywny rząd.

W obliczu wojny 1940 roku pod przywództwem Churchilla powstała koalicja partii konserwatywnej, liberalnej i lewicy. Rządowy raport wskazujący na potrzebę systemu powszechnej opieki zdrowotnej powstał w 1942 roku. Był dziełem liberalnego ekonomisty Williama Beveridge’a i jego żony Janet, statystyczki.

Ideę rzeczywiście zaczęto wdrażać po wygranej lewicy (w 1945 roku), a państwowa służba zdrowia NHS (National Health Service), ruszyła za jej rządów w 1948 roku. Kto jednak pierwszy zaczął wprowadzać do państwowego systemu elementy rynkowe (takie jak partnerstwo publiczno-prywatne, czy spółki joint venture)? Nie zgadną państwo. Brytyjska Partia Pracy.

Czy podatek na szybką kolej podmiejską jest lewicowy? A plany zagospodarowania?

Wróćmy jednak do infrastruktury i urbanistyki.

Publiczny system szybkiego transportu kolejowego łączącego przedmieścia z Paryżem, RER, budowano w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku ze specjalnego podatku nałożonego na przedsiębiorców w regionie stolicy Francji (Île-de-France),

Że to z gruntu lewicowy pomysł? Wolne żarty, do 1981 roku (gdy wybory prezydenckie wygrał socjalista François Mitterrand) rządy we Francji nieprzerwanie sprawowała prawica.

Świat naprawdę bywa znacznie bardziej złożony, niż się wydaje. Nie wszystko, co służy publicznemu dobru, jest pomysłem lewicy. A rządy lewicy, choć mają dobro publiczne na sztandarach, nie zawsze w praktyce przyczyniają się do dobra ogółu.

W idei „wszystkiego w kwadrans w sąsiedztwie” jest oczywisty element planowania przestrzennego. Nie da się stworzyć wygodnej przestrzeni miejskiej bez planów zagospodarowania. Prywatny inwestor ma niewiele interesu, by postawić przedszkole, o sadzeniu parku nie wspominając.

Czy plany zagospodarowania są „lewicowe”? Nie są w sumie ani lewicowe, ani prawicowe. Są po prostu wynikiem zdrowego rozsądku, uregulowaniem, które ma hamować dziki turbokapitalizm.

Prawicowy opór przeciwko wszystkiemu, co nie jest skrajnie konserwatywne i liberalne ociera się czasem o groteskę. „VICE” opisuje (powstałą w kanadyjskim Edmonton) teorię spiskową, wedle której w pomyśle „piętnastominutowych miast” chodzi o to, żebyśmy „spędzali 90 procent czasu w jednym miejscu, przez co łatwiej będzie monitorować nasz ślad węglowy”, a na opuszczenie miejsca zamieszkania potrzebne będzie zezwolenie.

To już kompletna bzdura. W całej idei chodzi tylko o to, żeby po prostu mieć przychodnię, sklep spożywczy, przedszkole i podstawówkę w zasięgu spaceru. Jeśli ktoś będzie chciał wozić dziecko do szkoły do innej dzielnicy albo jeździć po zakupy do centrum handlowego, nikt mu tego nie zabroni.

;
Wyłączną odpowiedzialność za wszelkie treści wspierane przez Europejski Fundusz Mediów i Informacji (European Media and Information Fund, EMIF) ponoszą autorzy/autorki i nie muszą one odzwierciedlać stanowiska EMIF i partnerów funduszu, Fundacji Calouste Gulbenkian i Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego (European University Institute).

Udostępnij:

Michał Rolecki

Rocznik 1976. Od dziecka przeglądał encyklopedie i już mu tak zostało. Skończył anglistykę, a o naukowych odkryciach pisał w "Gazecie Wyborczej", internetowym wydaniu tygodnika "Polityka", portalu sztucznainteligencja.org.pl, miesięczniku "Focus" oraz serwisie Interii, GeekWeeku oraz obecnie w OKO.press

Komentarze