0:00
31 lipca 2022

Czy w Europie samochody wjeżdżają na plażę? Gdynia chce walczyć z kierowcami, ale...

Władze Gdyni chcą walczyć z samochodami w centrum, likwidować miejsca parkingowe, budować drogi rowerowe i buspasy. Słowem: spełniać sen ruchów miejskich. Ile w tym prawdy, a ile PR-u? I czy zielonych planów nie pokrzyżuje fatalna sytuacja finansowa miasta?

Wydrukuj

„Znalezienie miejsca parkingowego w centrum Gdyni to często 20-30 minut krążenia, a władze właśnie likwidują kolejne miejsca. Mieszkańcy centrum w zamian za miejsca parkingowe otrzymają wątpliwej urody kwietniki, przyciągające osoby żebrzące i uzależnione” - żali się w portalu Trójmiasto.pl Piotr, mieszkaniec Gdyni. Dalej tłumaczy, że młodzi po prostu muszą mieć samochody.

Pod tekstami na Trójmiasto.pl znajdziemy komentarze typu: „Po to mam auto, żeby nim jeździć. Nie przerzucę się nagle na autobus, jak mi pozabieracie miejsca”.

Ale są i komentarze odwrotne: „Dobrze, że ktoś się w końcu za to zabrał”. „Mniej ruchu samochodowego i więcej zieleni to mniej spalin, szczęśliwi i zdrowsi mieszkańcy!! Dobry europejski kierunek!”.

„NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY” to nowy cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, zaskakują właśnie.

Władze Gdyni deklarują likwidację parkingów w centrum, budowę dróg rowerowych i buspasów, ograniczenie wjazdu dla samochodów. Głoszą hasła, które większość samorządowców przyprawiłyby o palpitacje serca. Większość włodarzy miast boi się denerwować kierowców. W Polsce zaczęli się jednak pojawiać tacy, którzy polityczne poparcie budują na zrównoważonym transporcie.

Przykładem Jaworzno, o którym już pisaliśmy na łamach OKO.press. Gdynia również wyrzuca samochody z centrum, tym samym spełniając sen ruchów miejskich. Przynajmniej w teorii. Krytycy prezydenta dowodzą, że zmiany to tylko PR, który ma odwrócić uwagę od innych, dużo mniej ekologicznych decyzji. Jak jest naprawdę?

Gdynia widziana z góry, ulica świętojańska
Gdynia, ulica Świętojańska. (Materiały Urzędu Miasta w Gdyni)

Czy w Europie samochody wjeżdżają na plażę?

Świętojańska to salon Gdyni. Niegdyś prestiżowa aleja handlowa, dziś zagłębie restauracji, licznie odwiedzane przez spacerowiczów. Dwa lata temu przeszła fundamentalną zmianę – stała się ulicą jednokierunkową dla samochodów. Zwężona jezdnia i ograniczenie do 30 nie pozwala kierowcom się rozpędzić.

W dwie strony jeżdżą jedynie trolejbusy i rowerzyści. Z uwolnionego na jezdni miejsca urzędnicy utworzyli szeroką na 1,5 metra drogę dla rowerów.

W środowe popołudnie trolejbusy i auta lekko korkują wspólny pas. Po drugim pasie trolejbusy śmigają bez przeszkód.

- Zobacz, jedzie rowerzysta. Kiedyś jechałby tutaj, na chodniku, nielegalnie – ekscytuje się Marek Łucyk, wiceprezydent miasta. Zabiera mnie na spacer po centrum.

- A gdzie się przenieśli kierowcy? - dopytuję.

- Na pobliską Władysława IV.

- No to zakorkowaliście Władysława IV.

- Właśnie nie! Władysława IV spokojnie przyjęła więcej samochodów. To szeroka, wielopasowa ulica. Pierwsze tygodnie były najgorsze, a potem kierowcy się przyzwyczaili. Zobacz, tu mamy ogródek przed restauracją. Poszerzymy go o to miejsce parkingowe, żeby jeszcze stąd wypchnąć samochody i wykorzystać tę przestrzeń dla pieszych.

- To jak ludzie będą dojeżdżać do centrum?

- Komunikacją miejską!

Łucyk jeszcze pięć lat temu wracał z pracy samochodem i przeklinał buspasy na czym świat stoi. Po lekturze „Miasta Szczęśliwego” Charlesa Montgomery i innych opracowań o nowoczesnych miastach zmienił zdanie.

Odkrył prawo Lewisa - Morgridge'a, które mówi, że im więcej pasów ruchu dla aut zbudujesz, tym bardziej zakorkujesz miasto. Kolejne drogi i parkingi tylko zapraszają kierowców do wjeżdżania autami do centrum.

Dziś Łucyk stał się rowerowym neofitą. Stara się dojeżdżać do pracy elektrycznym rowerem. Trasa z przedmieść Gdyni do urzędu zajmuje mu 26 minut. Tę samą drogę samochodem pokonuje w 45 minut.

- A tutaj, na Traugutta i Armii Wojska Polskiego wymalowaliśmy kontrapas, rowerzyści mogą jechać pod prąd. Wyłączyliśmy też światła, bo piesi za długo czekali. Dla pieszych to jest rewelacja, przechodzą swobodnie, kierowcy czasami mają mały problem. A, i jeszcze – Łucyk pokazuje na chodnik zastawiony autami - te samochody z prawej strony znikną, powstanie tu mały park.

- To ludzie nie będą mieli gdzie parkować i was zjedzą.

- My to mamy policzone. Zrobiliśmy badania. O czwartej rano liczyliśmy samochody na każdej ulicy. To nam pokazało, gdzie parkują mieszkańcy, a gdzie przyjezdni, którzy mogą zostawić auto gdzie indziej.

Na Świętojańskiej autobusy odjeżdżają co parę minut, na przystankach mnóstwo ludzi. Co chwilę trafi się zbłąkany kierowca, który nie doczytał znaków i pcha się na pas, po którym nie wolno mu jechać.

- Musieliśmy poprosić policję, żeby pilnowała kierowców wjeżdżających pod prąd. Na początku było ich strasznie dużo, teraz już się przyzwyczaili. Nie było większych protestów, ludziom z reguły się ta nowa Świętojańska podoba. Wcześniej były tu potężne korki.

Włodarze Gdyni chcieliby całkowicie wyrzucić ruch aut ze Świętojańskiej – dokładnie tak, jak na Piotrkowskiej w Łodzi.

- Dzisiaj nie możemy jej jeszcze zamknąć, bo restauracje i usługi dopiero zaczynają stawać na nogi, choć knajp i ogródków przybywa. Takie zmiany trzeba wprowadzać stopniowo – opowiada Marek Łucyk.

Wchodzimy na sześciopasową ul. Władysława IV, na którą przeniósł się ruch ze Świętojańskiej. Na wszystkich pasach korek. Widać Gdynianie nie zdążyli jeszcze masowo przesiąść się do trolejbusów. Na razie Władysława IV to typowa autostrada w centrum miasta, ale w przyszłości i tutaj mają powstać drogi rowerowe i buspas.

Władze Gdyni w półtora roku chcą podwoić liczbę buspasów – z 9 kilometrów tras zrobić 18. Na trasie do dzielnicy Chwarzno-Wiczlino już wprowadzono nowatorskie rozwiązanie: kontrbuspas. Rano autobusy jeżdżą do centrum, po południu tą samą jezdnią dojeżdżają w przeciwnym kierunku. W ten sposób w godzinach szczytu nie stoją w korkach.

- Chcemy dać ludziom przeświadczenie, że wybierając samochód podejmują świadomy wybór o staniu w korkach. Wsiadając do autobusów pojadą 20-30 minut szybciej – wyjaśnia Marek Łucyk.

Skręcamy w wąską Żwirki i Wigury.

- Zobacz, jak wystaje ten Opel na chodniku. Rodzice z wózkiem ledwo się zmieszczą. Ustawimy tutaj auta pod skosem. Zmniejszymy trochę liczbę miejsc parkingowych, ale dzięki temu piesi i rowerzyści odzyskają przestrzeń.

- Znowu utrudniacie życie kierowcom.

- W pewnym sensie tak. Ale chcemy, żeby ci kierowcy zostawiali samochody przed śródmieściem, na podziemnym parkingu albo na parkingu przy Centrum Handlowym Riviera.

- Zmuszacie ludzi do chodzenia. A oni chcą wygodnie podjechać na miejsce.

- A inni chcą mieć spokojne centrum. Czy na wrocławski, czy krakowski rynek można wjechać samochodem? W jakim miejscu w Europie można wjechać samochodem pod samą plażę?

Uszczęśliwianie, trochę na siłę

Żeby zniechęcić kierowców, włodarze Gdyni rozszerzyli strefę płatnego parkowania w śródmieściu i drastycznie podnieśli stawki – z 1.50 do 5.50 zł za godzinę postoju.

- Robiliśmy badania, które pokazywały, że samochody stały po osiem godzin w jednym miejscu. Dzisiaj znaleźć miejsce jest dużo łatwiej, bo ludzie przyjeżdżają tylko na chwilę, jak naprawdę muszą coś załatwić.

Rzeczywiście – choć spacerujemy w godzinach szczytu, da się znaleźć miejsca parkingowe. Ciekawe, czy dzisiaj Piotr również napisałby swój list do redakcji.

Łucyk zabiera mnie na woonerf na Abrahama. To pomysł ściągnięty z Łodzi. Kiedyś była to ulica wypełniona samochodami, dziś przestrzeń o uspokojonym ruchu, z pierwszeństwem pieszych i rowerzystów.

Samochody wciąż mogą tu wjechać, ale muszą uważać na drogowe spowalniacze. Przestrzeń zabraną parkingom zajmują kawiarniane stoliczki wypełnione ludźmi, drzewa, ławki, latarnie.

Ulica Abrahama to dowód na fałszywość tezy, że ograniczenie ruchu samochodów zabija lokale. Jest dokładnie na odwrót. Badania pokazują, że ludzie chętniej spędzają czas w przestrzeni pozbawionej samochodów. Pisał o tym Jan Gehl, słynny duński urbanista, guru ruchów miejskich.

Skręcamy w ulicę 10 lutego. Wiceprezydent chwali się nową drogą rowerową do samego dworca, szpalerem drzew i trawnikami powstałymi zamiast miejsc parkingowych.

- Tutaj parkowali ludzie, którzy pracują w okolicy. Trochę utrudniamy im życie... może inaczej powiem. Próbujemy ich przekonać, żeby zmienili nawyki, a przez to byli bardziej szczęśliwi. Stanie w korkach jest niezdrowe, stresujące i obniża twoją radość z życia – Marek Łucyk cytuje dane zebrane w książce „Miasto Szczęśliwe”.

Wracamy na Świętojańską. Po drodze rowerowej śmiga towarowy rower z logiem DPD. Urząd miasta wprowadził wypożyczalnię rowerów cargo. Firmy mogą przetestować to rozwiązanie i wprowadzić takie rowery w swoich biznesach. Na zakup też dostaną dofinansowanie z urzędu.

Wszystkie zmiany to część projektu „KLIMATyczne Centrum”. Władze Gdyni przekonują, że ich celem jest odpowiedź na gwałtowne zmiany klimatyczne i poprawa jakości życia w centrum.

- Dzisiaj w Gdyni mamy zarejestrowanych 700 samochodów na 1000 mieszkańców. Jesteśmy w polskiej czołówce. U nas bogactwo w rodzinie oznacza jeden wóz na każdą osobę. Ludzie najchętniej zaparkowaliby pod kasą w markecie. Ale miasto tak nie działa. Im więcej będziemy mieć samochodów, tym gorzej będzie się jeździło, a poziom życia będzie niższy.

- A może ludzie nie chcą tych zmian? Może Polacy po prostu chcą jeździć samochodami?

- Ok, ale my musimy patrzeć na to, co jest dobre dla całego miasta. Dwadzieścia lat temu podjęliśmy decyzję, że likwidujemy piece węglowe. Też się to nie wszystkim podobało, a dzisiaj mamy najczystsze powietrze w Polsce. Dzisiaj wprowadzamy drogie parkingi, żeby nasze dzieci żyły w przyjaznym, zielonym mieście. Oczywiście zawsze będą ludzie, którzy wybiorą samochód. W Berlinie masz świetną komunikację publiczną, a i tak 300 na 1000 mieszkańców wybiera własne cztery koła. Chodzi jednak o to, by liczbę kierowców redukować. Jeżeli dzisiaj nie zaczniemy tego odgórnie zmieniać, to za 5 lat przez Gdynię nie da się przejechać.

Dzieci do przedszkola wożę rowerem

Natalię spotykam na Świętojańskiej, jak sadowi córkę i syna do roweru cargo. Maluchy nie bardzo chcą słuchać, co chwilę wychodzą z przyczepki.

- Miasto, a zwłaszcza centrum, powinno być dla pieszych. Powinniśmy iść za przykładem miast zachodnich jak Kopenhaga. Jest mniej samochodów, więc spokojnie sobie dojeżdżam rowerem. Nie rozumiem, czemu parkingi mają być tanie. To jest luksus parkować gdzie się da i jeszcze za to nie płacić.

- Ale ludzie potrzebują go na co dzień. - protestuję. Jak bez samochodu można zakupy zrobić, rozwieść dzieci do szkoły czy przedszkola?

- No ja jakoś daję radę. Codziennie tym rowerem robię dziesięć kilometrów. Specjalnie kupiłam elektryczny, bo pod górkę byłoby ciężko. Odwożę dzieciaki do przedszkola, robię zakupy, załatwiam sprawy. Prawie cały rok jeżdżę na rowerze i żyję. Gdyby nie uspokojony ruch i droga rowerowa, to nie odważyłabym się tu jeździć.

- Ale pani mieszka w centrum, a przedmieścia?

- Jest komunikacja miejska przecież.

Konrad właśnie wyciąga pudła z dostawczego volkswagena.

- Mnie się podobają te zmiany.

- Pan jest kierowcą i panu się podoba, że jest mniej miejsc parkingowych?

- Jakie mniej? Mieszkam tutaj i codziennie mam tu miejsce. A kiedyś nie miałem, bo był ruch większy i więcej aut wjeżdżało. Dla mnie to by w ogóle mogli zamknąć ruch. Mam wjazd od podwórka z drugiej strony. A ludzie niech pociągami dojeżdżają, mamy dobrą SKM-kę.

Jedyni rozmówcy niezadowoleni z parkingów i zmian to kierowcy spoza Gdyni. Jak Tomasz spod Rumii, który do Gdyni dojeżdża ponad godzinę.

- Buspasy to jest w ogóle bezsensowna sprawa. Ja zawsze samochodem jeżdżę. Z mojej wsi do Gdyni to bym musiał jechać autobusem z przesiadką, wychodzi prawie dwie godziny. Jestem skazany na samochód.

Skąd władze Gdyni w ogóle wiedzą, że ich polityka ma poparcie mieszkańców?

- Mamy kierunki rozwoju miasta, zapisane w strategicznych dokumentach tworzonych od 2016 roku. Mamy plan zrównoważonej mobilności miejskiej, jest strategia rozwoju. Wszystkie te dokumenty strategiczne podlegały konsultacjom społecznym – wyjaśnia Justyna Suchanek z Referatu Zrównoważonej Mobilności w urzędzie miasta. - Te decyzje wynikają z dokumentów strategicznych.

Prezydent Gdyni Wojciech Szczurek jest w komfortowej sytuacji. Wybory wygrywa nieprzerwanie od 1998 roku, ostatnie z poparciem 67 procent. O reelekcję raczej może być spokojny. Być może dlatego pozwala sobie na walkę z samochodowym lobby?

Opowieści jego urzędników to miód na serce fanów zrównoważonego transportu. A także herezja dla wielbicieli samochodów.

Ale może prawda jest zupełnie inna?

ulica świetojańska po zmianach w ruchu rowerowym i samochodowym
Materiały Urzędu Miasta w Gdyni.

To tylko pic, mówi radny PiS

- To są tylko PR-owe zabiegi, „KLIMATyczne Centrum” to ściema – przekonuje Marcin Bełbot, opozycyjny radny z PiS. - Władza miasta chce odwrócić uwagę opinii publicznej od ich faktycznych działań, które ekologiczne wcale nie są.

Chodzi na przykład o Polankę Redłowską, czyli zielony teren nad morzem i w otoczeniu lasu, ulubiony teren wypoczynkowy wielu mieszkańców Gdyni. Urzędnicy od 11 lat pracują nad planem zagospodarowania dla tego terenu.

Władze miasta forsowały pomysł sprzedania części terenu pod hotel, ugięły się jednak pod naporem mieszkańców i społeczników.

Sprzedaż Polanki udało się zatrzymać. Mniej różowo wygląda sytuacja Parku Rady Europy. To zielona przestrzeń przy samej plaży i nabrzeżu. Teren przed wojną należał do rodu Skwierczów, został przejęty przez władzę ludową.

Prezydent Szczurek chciał tam budować Forum Kultury, ale o teren upomnieli się spadkobiercy właścicieli. Po wieloletniej sądowej batalii teren wrócił do nich. Miasto planowało odkupić teren za 60 milionów złotych. Ostatecznie do porozumienia jednak nie doszło. Spadkobiercy część udziałów sprzedali firmie Hossa. Teraz władze miasta zmieniają plan miejscowy. Jeśli ułatwią zabudowę na tym terenie, deweloper się ucieszy. Mieszkańcy - niekoniecznie.

- Co to ma wspólnego z zielonym śródmieściem? - denerwuje się Marcin Bełbot.

Marek Łucyk tłumaczy, że urząd miasta nigdy nie planował sprzedawać całego terenu Polanki Redłowskiej, a kilka miesięcy temu prezydent Wojciech Szczurek ostatecznie zdecydował, że o żadnej sprzedaży nie będzie mowy.

Z Parkiem Rady Europy sytuacja ma się gorzej. Dzisiaj nawet gdyby właściciele terenu zgodzili się na sprzedaż, to miasta zwyczajnie na to nie stać. Część terenu faktycznie zostanie zabudowana pod apartamenty, ale skala inwestycji ma być skromna.

Zarzutów wobec miejskiej polityki jest więcej.

- Nie jestem przeciwnikiem ograniczania ruchu w centrum. Ale jeśli zabieramy parkingi, to w zamian musimy dać sprawną komunikację miejską. A władze Gdyni tną połączenia i zabierają kursy, podnoszą ceny biletów. W ten sposób nikogo nie przekonamy, żeby przesiadł się z samochodu do zbiorkomu. W Gdyni sięgamy do kieszeni mieszkańców, podwyższając strefy płatnego parkowania, nie dając nic w zamian – mówi radny Bełbot.

Sprawdzam, w ciągu pół roku urząd miasta ograniczył kursy wielu linii. Poranne, wieczorne i weekendowe autobusy jeżdżą rzadziej. Przewoźnik zimowe cięcia tłumaczył trudną sytuacją budżetową i mniejszą liczbą pasażerów z powodu pandemii. Latem do słabej sytuacji finansowej dołożył się wzrost cen energii elektrycznej (w Gdyni dominują trolejbusy) i żądania podwyżek, które wysuwają kierowcy.

Wiceprezydent Łucyk przyznaje, że sytuacja finansowa jest ciężka. - Wydatki na energię elektryczną wzrosły pięciokrotnie, podrożało też paliwo. My nie chcemy zmniejszać połączeń, ale nie mamy wyjścia. Zwyczajnie nas nie stać. Staraliśmy się ograniczać połączenia, które nie cieszyły się największą popularnością. I tak będziemy zmieniać siatkę połączeń, bo pojawią się nowe buspasy i musimy skierować na nie część autobusów.

Projekt „KLIMATycznego Centrum” władze Gdyni wyceniły na 18 milionów złotych. Te pieniądze już dawno wydano, a finansowe kłopoty sprawiły, że część robót uległa opóźnieniu.

- Musieliśmy spowolnić realizację naszych planów. Pracuję w samorządzie od 1993 roku i tak ciężkiego okresu nie widziałem jeszcze nigdy. Jak mamy do wyboru budowę buspasa lub zamknięcie przedszkola, to wiadomo, że utrzymamy przedszkole, a buspas zrobimy rok później. Stopniowo realizujemy nasze plany – mówi Marek Łucyk.

Ale też zmiany organizacji ruchu nie wymagają wielkich nakładów finansowych. Budowa infrastruktury dla samochodów jest znacznie droższa niż stworzenie drogi rowerowej czy buspasa na już wylanym betonie.

Janette Sadik-Khan, była komisarz transportu w Nowym Jorku, w książce „Walka o ulice” pokazała, że nowe pasy rowerowe i buspasy można utworzyć niemal bezkosztowo. Wystarczy trochę farby i dobrze ustawione meble miejskie.

Urzędnicy w Gdyni ewidentnie książkę czytali, bo właśnie opisaną przez Sadik-Khan strategię zastosowali wobec parkingu na Placu Zawiszy, zaraz przy plaży. Tłumaczyli, że parking w tym miejscu tylko generował dodatkowy ruch i nie był potrzebny, bo pod samą plaże podjeżdża autobus.

Parking zniknął w sprytny sposób: najpierw „na próbę” teren został ogrodzony, ustawiono ławki, leżaki i donice z zielenią. To miejsce już nie wróciło do swojej starej funkcji, a mieszkańcy zamiast o „parkingu na Placu Zawiszy” zaczęli mówić o „Placu Zawiszy”. Szybko przyzwyczaili się do zmian.

Jeden krok do przodu, dwa do tyłu

Powody oszczędności są zasadne: pandemia, Polski Ład i polityka rządu wydrenowały samorządy z pieniędzy, część z nich zrzucając na skraj bankructwa.

Z argumentami władz Gdyni są jednak dwa problemy.

Po pierwsze, likwidacja miejsc parkingowych bez wzmocnienia oferty przewozowej nie ma sensu. Ludzie i tak wybiorą samochód, jeśli pojadą nim szybciej i wygodniej. Komunikacja miejska jest zawsze deficytowa, a samorządy powinny utrzymywać nawet nierentowne kursy. Nie chodzi o zysk, chodzi o usługę.

Pasażerowie muszą wiedzieć, że pojadą autobusem do centrum o każdej porze dnia, najlepiej bez patrzenia w rozkład. Inaczej nie zrezygnują z samochodów.

Po drugie: władze Gdyni oszczędzają na kursach autobusów, ale wydają astronomiczną kwotę na budowę podziemnego parkingu pod Parkiem Centralnym, zaraz obok urzędu miasta. Koszt to 60 milionów złotych.

- Całe „KLIMATyczne Centrum” kosztowało ułamek tej kwoty. Do tego pod budowę parkingu wycięto kilkadziesiąt drzew – mówi Łukasz Piesiewicz ze stowarzyszenia Miasto Wspólne.

- A nowe drogi rowerowe, likwidacja miejsc parkingowych? - protestuję

- Z tymi miejscami parkingowymi to bym nie przesadzał. Na niektórych ulicach znikają, ale pojawiają się nowe. Na przykład podziemny parking pod Placem Unii na 220 miejsc.

- A nowe buspasy?

- Skrócą dojazd do centrum, to prawda. Na przykład dzięki buspasowi na Kwiatkowskiego dojazd autobusem z północy zajmie 12 minut. To jest czas bezkonkurencyjny wobec podróży samochodem. Tylko jeśli miasto jednocześnie będzie obcinać połączenia, to te autobusy będą wypełnione jak puszki z sardynkami.

Łukasz Piesiewicz tłumaczy, że sama idea „KLIMATycznego Centrum” jest słuszna, a pomysł ma duży potencjał. - Zarazem mam wrażenie, że władze Gdyni boją się pójść na całość. Robią krok do przodu i dwa kroki do tyłu. Jakby wciąż obawiały się o głosy kierowców.

Marek Łucyk tłumaczy, że wycięto jedynie stare, uschnięte drzewa, a dzięki parkingowi pod Parkiem Centralnym urzędnicy mogą zlikwidować parking na powierzchni, zaraz przy urzędzie. Inwestycja to także nowe tereny zielone.

- Ten parking sprawi, że mieszkańcy zostawią samochód pod ziemią, a do centrum się przejdą. Wciąż więcej miejsc parkingowych w centrum zlikwidowaliśmy, niż stworzyliśmy nowych. Ale też nie jesteśmy w stanie zmienić nawyków mieszkańców z dnia na dzień. Nie możemy od razu wprowadzić wszystkich zmian. Musimy pokazywać ludziom, że dzięki buspasom dojadą do centrum w kilkanaście minut, a więc znacznie szybciej, niż gdyby wybrali samochód. To stopniowo będzie procentować. Rosnące ceny paliw też będą nam pomagać. Coraz więcej osób zaczyna liczyć, czy na pewno opłaca im się podróżować codziennie samochodem – tłumaczy Łucyk.

Po wizycie w Gdyni, myślę, że to wszystko prawda, a jednak w tej strategii zaszyta jest sprzeczność. Jan Gehl i kolejni eksperci wskazywali, że budowa nowych parkingów tylko zachęca kierowców do wyboru własnych czterech kółek.

Nie da się mieć ciastka i zjeść ciastko. Nie można zadowolić potrzeb pasażerów komunikacji miejskiej i zaciętych samochodziarzy jednocześnie. Nie da się ograniczyć ruchu samochodów całkowicie bezkosztowo. Niezbędna jest inwestycja w komunikację miejską. A z tym w dobie kryzysu polskie gminy mogą mieć poważny problem. Zwłaszcza jeśli wciąż wydają grube miliony na podziemne parkingi.

Udostępnij:

Bartosz Józefiak

reporter, absolwent Polskiej Szkoły Reportażu. Współpracuje z "Dużym Formatem", "Tygodnikiem Powszechnym", portalem weekend.gazeta.pl. Współautor (z Wojciechem Góreckim) książki "Łódź. Miasto po przejściach".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne