0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot . Anna Krasko / Agencja Wyborcza.plFot . Anna Krasko / ...

Złożony w Sejmie projekt nowelizacji prawa oświatowego (przygotowany przez partię Razem, podpisany także przez kilkunastu posłów innych klubów – przyp. red.) proponuje istotną zmianę w modelu szkolnego żywienia: zastąpienie obecnego systemu selektywnej pomocy powszechnym, darmowym posiłkiem dla każdego ucznia. Dziś darmowy obiad traktowany jest jako forma zasiłku – aby go otrzymać, rodzina musi przejść sformalizowaną ścieżkę w opiece społecznej i nie przekroczyć progu dochodowego, który wynosi ok. 1646 zł netto na osobę. Co prawda w ramach programu „Posiłek w szkole i w domu” dyrektor szkoły może w uzasadnionych przypadkach wnioskować o doraźne żywienie ucznia z pominięciem biurokracji i wywiadu środowiskowego, jednak systemowo obecny model wciąż tworzy niebezpieczną pułapkę.

Rodzice pracujący za płacę minimalną często nieznacznie przekraczają ten próg, tracąc prawo do pomocy. Wpadają wtedy w lukę kosztową – jeśli szkoła nie ma własnej kuchni i korzysta z cateringu, rynkowa cena obiadu (15-20 zł) przy dwójce dzieci może pochłonąć nawet ponad 10 proc. ich dochodów z pracy.

Na problem ten zwracał uwagę Rzecznik Praw Obywatelskich. Wskazywał, że takie przerzucanie kosztów na rodziców jest wątpliwe prawnie. Zgodnie z orzecznictwem sądów administracyjnych rodzice powinni bowiem ponosić jedynie koszty produktów („wsadu do kotła”), niezależnie od formy żywienia, a pozostałe wydatki powinna brać na siebie gmina. W praktyce jednak, bez jasnych regulacji ustawowych, samorządy często obciążają rodziny pełną opłatą cateringową.

6 mld zł rocznie

Projekt ustawy zakłada przejęcie przez państwo kosztu produktów dla wszystkich uczniów. Autorzy projektu wyceniają ten kolejny krok na ok. 6 mld zł rocznie. Warto jednak odnotować zastrzeżenia samorządów, które wskazują, że projekt skupia się na koszcie produktów, pomijając rosnące wydatki operacyjne – takie jak zatrudnienie personelu, sprzęt czy media – co przy napiętych budżetach może rodzić ryzyko ograniczenia środków na inne zadania oświatowe.

Niezależnie od tych wyzwań realizacyjnych, powszechność świadczenia usuwa bariery wstydu i biurokracji, które dziś mogą wypychać z systemu faktycznie potrzebujących. W tym świetle darmowe posiłki przestają być kosztem socjalnym, a stają się inwestycją w kapitał ludzki.

Takie spojrzenie na kapitał ludzki pozwala zbudować most do innej, toczącej się równolegle dyskusji – tej o kondycji polskich innowacji. Choć na pierwszych stronach gazet martwimy się głównie o finansowanie rodzimych startupów i naszą pozycję w globalnym łańcuchu wartości, fundament tego problemu leży znacznie głębiej. Bezpieczeństwo socjalne uczniów i high-techowe innowacje wydają się tematami z dwóch różnych światów, jednak dorobek tegorocznych laureatów Nagrody Banku Szwecji im. Alfreda Nobla – Philippe’a Aghiona, Petera Howitta i Joela Mokyra – dowodzi, że są one ze sobą nierozerwalnie splecione.

Przeczytaj także:

Innowacje jako siła napędowa wzrostu i mobilności

Aghion i Howitt od lat badają źródła wzrostu gospodarczego, koncentrując się na tym, jak powstają innowacje i jakie mechanizmy sprzyjają tzw. twórczej destrukcji. To proces, w którym nowe rozwiązania technologiczne zastępują stare. Firmy wprowadzające innowacje zyskują przewagę konkurencyjną, co staje się główną motywacją do inwestowania w badania i rozwój. Jednocześnie przedsiębiorstwa opierające się na przestarzałych technologiach tracą swoją pozycję, co może prowadzić do lokalnych strat dobrobytu.

W tym ujęciu rozwój gospodarczy jest ściśle związany z dynamiką (czasem brutalnych) zmian rynkowych – tempem, w jakim nowe technologie wypierają stare, a innowacyjne firmy przejmują miejsce tych, które nie nadążają za postępem. To główne elementy, za które badacze zostali nagrodzeni przez komisję Noblowską, jednak jedna z późniejszych prac Aghiona pokazuje, że innowacje są nie tylko motorem wzrostu, ale także czynnikiem kształtującym strukturę społeczną.

W jednym ze swoich artykułów Aghion i współautorzy pokazują, że innowacje wpływają nie tylko na wzrost gospodarczy, lecz także na mobilność społeczną – czyli na to, na ile dochody dzieci zależą od dochodów ich rodziców. Analizując dane z różnych regionów Stanów Zjednoczonych, autorzy odkryli, że tam, gdzie powstaje więcej wynalazków, występuje również większa mobilność społeczna. Osoby z mniej uprzywilejowanych środowisk częściej trafiają do grona najlepiej zarabiających. Innymi słowy, innowacje mogą stać się kanałem awansu społecznego.

Jednocześnie jednak proces ten wiąże się z nierównościami. W regionach bardziej innowacyjnych większy jest udział dochodów należących do pierwszego procenta najlepiej zarabiających mieszkańców. Badacze podkreślają, że innowacje mogą więc zwiększać zarówno nierówności, jak i mobilność społeczną – co oznacza, że są źródłem nie tylko wzrostu, lecz także przemian społecznych.

Kto może zostać wynalazcą?

Problem w tym, że nie wszyscy mają równy dostęp do tej „drabiny awansu”. Jak pokazują badania, szanse na zostanie wynalazcą są silnie zależne od pochodzenia. Analiza losów dzieci o podobnych wynikach z matematyki pokazała, że osoby z bogatszych rodzin znacznie częściej w dorosłym życiu tworzą innowacje.

Nie wynika to z różnic w zdolnościach, lecz z różnic w otoczeniu. Dzieci, które dorastają w środowisku, gdzie mają kontakt z wynalazcami, przedsiębiorcami czy naukowcami, częściej same podejmują ścieżkę innowatora. Jednak szanse tego kontaktu są dostępne jedynie dla nielicznych. Dzieci z mniej uprzywilejowanych środowisk są przez to znacznie niedoreprezentowane wśród przyszłych wynalazców, nawet jeśli mają na starcie podobne zdolności. Naukowcy nazywają te niewykorzystane talenty „zaginionymi Einsteinami” – dziećmi, które mogłyby w przyszłości dokonywać przełomowych odkryć, gdyby tylko miały równe szanse rozwoju.

Równe szanse zaczynają się w szkole

Zapewnienie każdemu dziecku równego startu to jednak nie tylko kwestia dostępu do mentorów czy inspirującego otoczenia. To także – a może przede wszystkim – kwestia warunków rozwoju w dzieciństwie. Badania z zakresu ekonomii edukacji i zdrowia pokazują, że prawidłowe odżywianie w wieku szkolnym ma ogromny wpływ na rozwój poznawczy, zdolność koncentracji i wyniki w nauce. Jednak sama darmowość posiłku to za mało – kluczowa jest jego jakość. Jak pokazuje najnowszy raport NIK (link: https://www.nik.gov.pl/najnowsze-informacje-o-wynikach-kontroli/zdrowe-odzywianie.html), z tym bywa różnie. Kontrolerzy wykazali, że w zdecydowanej większości skontrolowanych placówek jadłospisy nie spełniały wymogów prawnych, a dzieciom serwowano posiłki ubogie w warzywa i owoce, za to z nadmierną ilością cukru, tłuszczu i produktów przetworzonych.

Aby program stał się rzeczywistą inwestycją, musimy zagwarantować, że talerz ucznia będzie nie tylko pełny, ale i zdrowy. Wtedy programy takie jak bezpłatne posiłki w szkołach pomogą nie tylko w walce z ubóstwem, ale także w realnym rozwijaniu potencjału dzieci z mniej uprzywilejowanych środowisk. To inwestycja w ich przyszły kapitał ludzki – w umiejętności i ambicje. W dorosłym życiu będą mogły one wykorzystać je do tworzenia wynalazków „twórczo niszczących” stare rozwiązania, budując w ten sposób wspólny dobrobyt. To właśnie ci „uratowani Einsteinowie” mają potencjał, by w przyszłości stać się nie tylko wybitnymi naukowcami, ale również założycielami dynamicznych startupów, o których tak głośno w polskiej debacie.

Społeczna inwestycja, która się zwraca

Doświadczenia innych krajów potwierdzają, że tego typu wydatki przynoszą realne i wymierne efekty ekonomiczne. Dlatego nazywane są przez niektórych „społecznymi inwestycjami”. Analiza programu bezpłatnych obiadów w szkołach w Szwecji pokazuje, że dzieci, które otrzymywały posiłki w szkole podstawowej, miały w dorosłym życiu o ok. 3 proc. wyższe dochody. Przekłada się to na bardzo wysoki zwrot z inwestycji. Uśredniając, dla wszystkich dzieci objętych badaniem na jedną koronę szwedzką wydaną na obiady przypadały cztery korony w przyszłych zwiększonych dochodach. W przypadku dzieci z uboższych rodzin ten efekt był jeszcze większy – tam jedna korona przynosiła aż siedem dodatkowych koron dochodu. Podobne wnioski płyną z analizy amerykańskiego programu bonów żywnościowych (food stamps). Każdy dolar zainwestowany przez państwo przyniósł beneficjentom aż 62 dolary korzyści w postaci wyższych dochodów, lepszego zdrowia i dłuższej aktywności zawodowej.

Z perspektywy finansów publicznych takie programy „same się spłacają”. Z perspektywy społecznej – zwiększają równość szans, co w dłuższym okresie sprzyja innowacyjności i wzrostowi gospodarczemu.

Inwestycja w przyszły wzrost i innowacje

Zamiast przeciwstawiać finansowanie takich programów rosnącemu długowi publicznemu, warto postrzegać je jako długoterminową inwestycję w rozwój gospodarczy i społeczny. Ten wydatek należy też osadzić w szerszym kontekście finansów publicznych. Jak wynika z najnowszej analizy CenEA, łączne koszty czterech głównych świadczeń powszechnych (800 plus, 13. i 14. emerytury oraz powszechnej części dodatku pielęgnacyjnego) sięgną w 2025 roku 102,4 mld zł. Analitycy wyliczyli przy tym, że wprowadzenie w programie 800 plus progu dochodowego na poziomie 3000 zł na osobę (lub 4500 zł w rodzinach z dzieckiem z niepełnosprawnością) przyniosłoby budżetowi 8,1 mld zł oszczędności rocznie. To kwota, która z nawiązką sfinansowałaby szacowany na ok. 6 mld zł koszt „wsadu do kotła” dla wszystkich uczniów. Co więcej, powstała nadwyżka pozwoliłaby odpowiedzieć na obawy samorządów i dofinansować rosnące koszty operacyjne, takie jak media czy personel. W ten sposób, zamiast polegać wyłącznie na transferach gotówkowych, państwo stworzyłoby realny i w pełni sfinansowany fundament pod rozwój kapitału ludzkiego – warunek konieczny, by w ogóle myśleć o innowacyjnej przyszłości.

Oczywiście, innowacyjność gospodarki zależy od wielu czynników. Nie wystarczą same genialne umysły na uniwersytetach, subsydiowanie startupów czy finansowanie krajowych jednostek badawczych. Jak podkreśla laureat Nagrody Nobla Joel Mokyr, innowacje wymagają istnienia całej „kultury innowacji”. Oznacza to z jednej strony rynek zdolny do adaptowania nowych rozwiązań – taki, w którym siła rynkowa niewielkiej grupy przedsiębiorstw nie blokuje wejścia nowych graczy – a z drugiej społeczeństwo otwarte na zmiany i gotowe z nich korzystać.

Dobrym przykładem jest historia polskiej firmy InPost. Choć jej rozwiązanie nie było przełomową technologią, stanowiło innowację, która doprowadziła do znaczących przetasowań w branży i procesu twórczej destrukcji. InPost wprowadził nowy model dostarczania przesyłek poprzez sieć paczkomatów, który trwale zmienił sposób, w jaki konsumenci korzystają z usług kurierskich. Jednocześnie firma musiała funkcjonować w środowisku, gdzie silny gracz – Poczta Polska – na różne sposoby próbował ograniczyć jej działanie na rynku przesyłek pocztowych. Ten przykład dobrze pokazuje, że powodzenie innowacji nie zależy wyłącznie od pomysłu, lecz od szeregu czynników: od regulacji i struktury rynku, przez konkurencję i otwartość społeczną, po zdolność instytucji do adaptacji.

Wracając jednak do tematu szkolnych obiadów. Trudno wyobrazić sobie, by przyszli innowatorzy czy przedsiębiorcy, tacy jak twórcy InPostu, mogli rozwijać swój potencjał bez zapewnienia podstawowych warunków rozwoju, takich jak dobre wykształcenie czy codzienny ciepły posiłek w dzieciństwie. Równe szanse nie są wystarczającym warunkiem zwiększenia innowacyjności polskiej gospodarki, ale są warunkiem koniecznym, by nie tracić potencjalnych wynalazców, przedsiębiorców i naukowców pochodzących z mniej uprzywilejowanych środowisk.

Inwestując dziś w zdrowie i edukację dzieci, inwestujemy w przyszłych twórców innowacji – w tych, którzy w innych okolicznościach mogliby pozostać „zaginionymi Einsteinami”.

;
Mateusz Krząkała

Badacz Instytutu Badań Strukturalnych. Zajmuje się analizą sytuacji migrantów na rynku pracy, mobilnością społeczną oraz wpływem nowych technologii na pozycję grup wykluczonych zawodowo.

Komentarze