0:00
19 grudnia 2022

Demonstracja podczas wręczenia nominacji profesorskich: apel do Dudy w sprawie profesury Bilewicza

Prezydent Duda już dwa lata nie podpisuje nominacji profesorskiej psychologa społecznego Michała Bilewicza. 15 grudnia zaapelowała o to do niego prof. Ewa Haman, która sama odbierała nominację. Założyła też maseczkę z napisem „Michał Bilewicz profesorem”. Inni naukowcy milczeli

Wydrukuj

15 grudnia 2022 prezydent Andrzej Duda wręczył nominacje profesorskie. Jedna z nominowanych, psycholingwistka, prof. Ewa Haman z Uniwersytetu Warszawskiego, zaapelowała do prezydenta o podpisanie nominacji prof. Michała Bilewicza, psychologa społecznego. Od blisko dwóch lat prezydent nie podpisał nominacji Bilewicza, znanego na świecie badacza antysemityzmu i uprzedzeń, często atakowanego przez polityków rządzącej prawicy.

Prof. Ewa Haman założyła także maseczkę, na której było napisane „Michał Bilewicz profesorem”.

Po demonstracji prof. Haman nie ma śladu na stronie prezydenta RP, na której znalazła się fotograficzna relacja z wydarzenia.

O sprawie prof. Bilewicza OKO.press pisało wielokrotnie. O przyznanie tytułu prof. Bilewiczowi apelowali naukowcy z kraju i zza granicy.

W Polsce istnieją dwa rodzaje profesorów: uczelniani i tzw. belwederscy

„Profesor” to stanowisko, na które powołuje uczelnia naukowca ze stopniem doktora habilitowanego. „Profesor” to także tytuł naukowy, który nadaje prezydent RP, i zwieńczenie kariery naukowej. Jest to kolejny, ostatni, szczebel awansu naukowego.

Prezydent nie decyduje o nadaniu tytułu ani nie ocenia dorobku kandydatów!

Zgodnie z ustawą wydaje tylko postanowienie na podstawie decyzji odpowiednich organów — wcześniej Centralnej Komisji ds. Tytułów i Stopni Naukowych, a po zmianach wprowadzonych przez wicepremiera Gowina, przez Radę Doskonałości Naukowej.

Muszą oni przejść skomplikowaną procedurę, której najważniejszym elementem jest ocena dorobku, recenzowanego przez specjalistów. (O perypetiach socjologa Andrzeja Zybertowicza z tytułem profesorskim pisaliśmy tutaj).

Okazuje się jednak, że prezydent może po prostu postanowienia o nadaniu tytułu profesora nie podpisać

Nie może odmówić podpisania, ale może po prostu włożyć taki wniosek do „zamrażarki” — trzymając go tam w nieskończoność.

O swojej demonstracji opowiada prof. Ewa Haman, psycholingwistka

Adam Leszczyński, OKO.press: Naukowcy, którzy z różnych powodów uważają, że PiS zachowuje się bezprawnie, zazwyczaj po prostu nie przychodzą na wręczenie tytułu profesora przez prezydenta. Pani przyszła.

Prof. Ewa Haman: Tylko dlatego, że pomyślałam: „mogę coś zrobić w sprawie Michała Bilewicza”. A także prof. Waltera Żelaznego, który jest w podobnej sytuacji. Nie ma zresztą pewności, że to jedyne sytuacje tego typu. Ogólniej: uznałam, że jest okazja do zademonstrowania solidarności z niesprawiedliwie potraktowanymi. Należy im się jakieś wparcie i dobrze, żeby dostawali je także od tych, którzy jakimś trafem nie zostali tak potraktowani.

Michał pracuje ze mną w tej samej jednostce. Znamy się od lat. Złożył wniosek o nadanie tytułu profesora wcześniej niż ja. Jest też lepszym naukowcem niż ja. Nie mówię, że jestem kiepskim naukowcem, ale proszę popatrzeć na nasze cytowania. Michał tylko w tym roku ma tyle cytowań, ile ja uzbierałam przez całe życie.

Jest pani za skromna. Cytowania to nie jest jedyna miara dorobku naukowca.

Ale jest to jakaś miara. Michał też ma w środowisku psychologów niewątpliwie wysoką pozycję. Jest rozpoznawany w świecie, współpracuje z liczącymi się zagranicznymi ośrodkami, dostaje granty. Co tutaj istotniejsze, przeszedł całą procedurę nadania tytułu profesora. Miał wyłącznie pozytywne recenzje.

Jednak Michał Bilewicz ciągle nie dostał nominacji, ponieważ prezydent odmawia jej podpisania.

Akurat przypadek Michała z naukowego i proceduralnego punktu widzenia nie budzi żadnych wątpliwości. Kancelaria Prezydenta nie ma żadnych uprawnień, które pozwalałyby na weryfikowanie zaakceptowanego kiedyś przez Komisję do Spraw Stopni i Tytułów Naukowych wniosku (teraz robi to Rada Doskonałości Naukowej). Samo podanie argumentu, na podstawie którego prezydent odmawia Michałowi tytułu, zajęło Kancelarii chyba ze dwa lata. Mnie w międzyczasie nominację podpisano, to zresztą było już dawno temu, na samym początku pandemii. I już wtedy miałam z tym problem: dlaczego ja dostałam, skoro Michał nie.

Dawno też u znałam, że jeżeli miałabym pójść do Prezydenta po odbiór nominacji, to tylko po to, żeby przypomnieć, że są tacy, którzy zostali niesprawiedliwie potraktowani, w gruncie rzeczy bezprawnie i bez powodu.

Co tam pani zrobiła?

Dużo wcześniej, kiedy pierwszy raz zostałam zaproszona do pałacu (ale zaproszenie zostało odwołane ze względu na sytuację epidemiczną), miałam taki plan: będę miała na sobie maseczkę, a na niej będzie napisane „Michał Bilewicz profesorem”. Teraz najpierw wydawało mi się, że to pomysł przestarzały, skoro maseczki już nie są obowiązkowe. Ale pomyślałam sobie, że skoro znowu mnie zapraszają, to może zrobię jednak te maseczki.

Wybrałam się do pałacu z synami, więc chcieliśmy wszyscy mieć jednakowe maseczki. Nie założyliśmy ich oczywiście od razu, bo myśleliśmy, że może to wywołać przedwcześnie jakąś reakcję. Założyłam maseczkę dopiero w momencie, kiedy szłam już bezpośrednio do pana prezydenta.

Założyłam maseczkę i podszedłszy powiedziałam mu w cztery oczy, że zachęcam go do podpisywania wszystkich nominacji.

Odpowiedział coś?

Że podpisuje „wszystkim, którym się należy”. Wtedy odwróciłam się do wszystkich nominowanych, którzy stali równo ustawieni w rzędach i powiedziałam, że wzywam pana prezydenta do podpisywania wszystkich nominacji profesorskich zgodnie z prawem.

Jaka była reakcja? Dostała pani oklaski?

Była cisza. Różne osoby spoglądały na mnie, być może próbując przeczytać, co mam napisane na maseczce. Ale nie było żadnych oklasków, nie było zresztą w gruncie rzeczy czasu na jakąkolwiek wyraźną reakcję, bo musiałaby ona być naprawdę natychmiastowa.

Przebieg wręczania nominacji był bardzo sprawnie zorganizowany i w gruncie rzeczy nie byłam pewna czy uda mi się cokolwiek powiedzieć publicznie. W momencie, kiedy poprzednia osoba odchodziła od pana prezydenta, kolejna już była wywoływana przez mikrofon. W sumie i tak jestem trochę zdziwiona, że jednak udało mi się powiedzieć to jedno zdanie.

Ciekawsze, że nikt później nie wykonał żadnego ruchu w moją stronę, który by świadczył o jakiejkolwiek pozytywnej reakcji.

Po zakończonym wręczaniu nominacji pan prezydent wygłosił przemówienie do wszystkich. Mówił, że nauka nie ma ojczyzny, ale naukowcy mają ojczyznę i dlatego powinni tworzyć naukę dla tej ojczyzny i ku chwale tej ojczyzny, i że nie powinni tej ojczyzny zbrukać ani kalać.

Bardzo nas zachęcał do tego, żebyśmy byli tak odważni jak Kopernik, który musiał kompletnie zmienić myślenie ludzi o świecie.

Pomyślałam wtedy, że jeśli pan prezydent chce, żebyśmy mieli własne zdanie, to może będzie chciał również zrobić sobie ze mną zdjęcie?

Niech zgadnę: nie chciał.

Staliśmy z synami bardzo cierpliwie w kolejce, aż w końcu pojawił się obok nas podsekretarz Andrzej Dera i jednoznacznie nam powiedział, że powinniśmy wyjść, bo pan prezydent nie życzy sobie zdjęcia. Sugerował, że mamy niewłaściwe stroje.

Raczej niewłaściwe maseczki!

Andrzej Dera spytał mnie, czy wiem, dlaczego Michał Bilewicz nie dostał nominacji. Twierdził, że były błędy w procedurze, które polegały na tym, że kilku recenzentów było z tego samego środowiska. Tymczasem nie powinno tak być, ponieważ w ustawie zapisano, że recenzenci powinni pracować w różnych ośrodkach.

Pisaliśmy w OKO.press o tym argumencie. To nieprawda. Recenzenci byli z różnych ośrodków.

Istotne jest to, że pan Dera nie mówił, że z jednego ośrodka, tylko że z jednego środowiska, a cały szkopuł polega na tym, że rzeczywiście kilku z tych recenzentów w jakimś momencie kariery było związanych z Uniwersytetem SWPS. Ponieważ, zwłaszcza w psychologii społecznej w Polsce, jeśli ktoś był niezłym naukowcem, to w swoim życiu zawodowym raczej musiał pracować na SWPS. Po prostu był moment, w którym SWPS zgarniał praktycznie wszystkich w tej dyscyplinie (chociaż akurat Michał Bilewicz tam chyba nie pracował).

Pan Andrzej Dera nie umiał podać nazwy tej uczelni, mówił, że chodzi o środowisko jakiejś szkoły z Sopotu.

[SWPS ma kampus m.in. w Sopocie – przyp. AL].

Sęk w tym, że recenzentów weryfikuje Rada Doskonałości Naukowej i robi to skrupulatnie. Za to Kancelaria Prezydenta nie ma żadnej możliwości zweryfikowania tego, skąd się oni biorą.

Nawiasem mówiąc, kolejna osoba, która z naszego wydziału dostała niedawno nominację profesorską, miała trzech recenzentów związanych z SWPS i najwyraźniej panu prezydentowi to nie przeszkodziło.

Pan Andrzej Dera mówił też, że „zagraniczni rektorzy”, którym odpisywał dostawszy od nich listy w sprawie Michała, zgodzili się z tą argumentacją (dotyczącą rzekomo nieprawidłowej procedury). To mnie całkowicie zaskoczyło.

Dopytałam: okazuje się, że skoro nie odpisali na list Andrzeja Dery, to dla niego jest to równoznaczne z zaakceptowaniem jego argumentów. Przykre, że tak łatwo można znajdować „zwolenników”.

Czy Andrzej Dera robił pani jakieś wyrzuty?

Tak, robił, chociaż był bardzo miły i uprzejmy. Powiedział jednak, że ma co prawda tylko magistra, ale umie się zachować, co jak rozumiem miało sugerować, że ja nie umiem.

Wyszłam stamtąd z przekonaniem, że decyzja o niepodpisywaniu nominacji Michała Bilewicza zapadła dawno temu i nie podlega absolutnie żadnym negocjacjom.

Niby nic zaskakującego, nie miałam nadziei, że moja demonstracja cokolwiek zmieni. Ale to jest jednak niesamowicie przejmujące, kiedy spotyka się prezydenta, dyskutuje się z jego podsekretarzem. I widzi się jak na dłoni, że można mieć taki dorobek, jaki ma Michał, można dostać wsparcie od bardzo wielu naukowców ze świata, nie tylko z Polski, i na nikim w Kancelarii Prezydenta nie robi to żadnego wrażenia.

Tym ważniejsze wydają mi się takie drobne gesty jak mój, żeby jednak Pan Prezydent mógł czasem namacalnie się przekonać, że są ludzie, którym nie jest wszystko jedno, nie zależy im wyłącznie na ich własnym interesie i dostaniu własnej nominacji, ale też na tym, żeby proces nominowania był jednakowy dla wszystkich i przebiegał zgodnie z prawem.

Czy ktoś z innych profesorów wyraził solidarność?

Nie. Przeciwnie. W trakcie mojej dyskusji z Andrzejem Derą podeszła jedna pani i powiedziała, że jest jej przykro, bo popsułam wszystkim tę uroczystość.

To akurat podniosło mnie na duchu, bo uznałam, że jednak zostawiłam jakiś ślad.

Udostępnij:

Adam Leszczyński

Dziennikarz OKO.press, historyk i socjolog, profesor Uniwersytetu SWPS w Warszawie.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne