0:00
Prawa autorskie: / Agencja Gazeta/ Agencja Gazeta
29 czerwca 2020

Dla wielu osób na śmieciówkach postojowe jest fikcją. Dlaczego rząd tak zaufał pracodawcom?

W pandemii rząd zostawił osoby na śmieciówkach na lodzie. O postojowe dla nich miał wnioskować pracodawca. Ale zatrudniający ludzi na śmieciówkach ZUS unikają jak ognia. Efekt? Mało wniosków i duża oszczędność państwa na pomocy dla tych, którzy prace tracili jako pierwsi. Fatalne przepisy zmieniono po naciskach posłów Lewicy, ale wciąż są one niejasne

Wydrukuj

Dla osób samozatrudnionych oraz zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych, które z powodu pandemii straciły pracę lub część zarobków, rządowa tarcza antykryzysowa przewidziała (oprócz zwolnienia z ZUS) świadczenie postojowe. To 2080 zł wypłacane jednorazowo, choć po miesiącu można wnioskować o nie ponownie, jeśli sytuacja nie uległa poprawie.

Problem w tym, że dla wielu zleceniobiorców postojowe było niedostępne. Jak poinformował nas ZUS, chociaż w 2018 aż 1,3 mln osób było zatrudnionych wyłącznie na umowach cywilno-prawnych, a w czasie pandemii to właśnie te osoby traciły pracę jako pierwsze, wniosków o postojowe do 23 czerwca jest tylko ok. 252 tys. Dlaczego tak mało?

Okazuje się, że aby skutecznie zmniejszyć liczbę osób, którym państwo wypłaca postojowe, wystarczy zastosować prosty mechanizm - uzależnić złożenie wniosku od dobrej woli zleceniodawcy.

Nawet państwowe spółki zrobią wszystko, żeby wniosków nie wysyłać, a ZUS bezradnie rozkłada ręce.

Że tak się może dziać, już w marcu wskazywała w OKO.press Katarzyna Rakowska, związkowczyni ze związku zawodowego „Inicjatywa Pracownicza".

„Wyraźnie widać, że nikt - ani jedna osoba! -

która pracowała nad tymi przepisami, w życiu nie przepracowała ani miesiąca na umowie cywilno-prawnej” - mówiła Rakowska.

Poprawki do tarczy zmieniające mechanizm składała w Sejmie Lewica. „To naprawdę nie będzie obciążenie dla państwa, a będzie to realna pomoc dla tych pracowników, którzy zostają bez wsparcia i są poszkodowani na polskim rynku pracy. Są to pracownicy drugiej kategorii, którym część praw pracowniczych została odebrana i naprawdę nie powinno być tak, że państwo jeszcze utrudnia im dostęp do świadczenia lub wsparcia” - mówił w komisji finansów publicznych poseł Adrian Zandberg.

Poprawka została odrzucona. Wg wiceministra rodziny, pracy i polityki społecznej Stanisława Szweda ZUS nie miał technicznych możliwości obsługi wniosków składanych przez zleceniobiorców.

Ostatecznie sam PiS zgłosił poprawkę i tarcza 4.0 (prezydent podpisał ustawę 23 czerwca) przychodzi porzuconym zleceniobiorcom z umiarkowaną odsieczą. Jakieś 3 miesiące za późno.

Uzależnienie przyznania postojowego wyłącznie od dobrej woli pracodawcy, bez żadnych zobowiązań, jest albo zwykłą pomyłką, albo ukłonem w stronę pracodawców łamiących prawo, albo przemyślanym mechanizmem, który ma problem uśmieciowienia polskiego rynku pracy - i porażkę polityki PiS - ukryć.

Dobra wola pracodawcy

Podobnych historii było wiele. Zleceniobiorcy tracili pracę z dnia na dzień, bezboleśnie dla zleceniodawcy. Rozwiązywano lub nie przedłużano im umowy albo informowano, że pracy niestety nie ma i kazano czekać, może się pojawi. Po miesiącu bez pracy sytuacja robiła się coraz bardziej dramatyczna.

Ile osób na umowach cywilno-prawnych straciło pracę trudno oszacować, ale w maju już 1 mln 11,7 tys. osób było zarejestrowanych w urzędach pracy jako bezrobotni. Ale bezrobotnych jest na pewno więcej.

Według badania "Diagnoza Plus" prowadzonego przez cztery ośrodki badawcze i think tanki ekonomiczne: GRAPE, CASE, IBS i CenEA, bezrobocie w kwietniu wyniosło 6,1 proc., a ok. 660 tys. osób straciło pracę w wyniku pandemii.

Tarcza antykryzysowa miała pomóc także zleceniobiorcom, których przed utratą pracy nic nie chroniło. „Jeśli zawarłeś umowę cywilnoprawą i umowa nie doszła do skutku lub nastąpiło ograniczenie jej realizacji w związku z przestojem w prowadzeniu działalności w następstwie COVID-19, wystąp do ZUS za pośrednictwem swojego zleceniodawcy, albo zamawiającego, o świadczenie postojowe, które zrekompensuje Ci utratę przychodów” – pociesza ZUS.

A zleceniodawca na to: nie podpiszę.

Nie podpiszę

Taką odpowiedź usłyszała Gulnar, uchodźczyni, która razem z córką pracowała dla jednej z agencji pracy. Poinformowano ją, że chociaż od miesiąca nie ma dla nich pracy i straciły jedyne źródło dochodu, to firma nie cierpi na przestój, więc nie podpisze wniosku.

Kiedy prosi ponownie, pracodawca rozwiązuje się z nią umowę na miesiąc wstecz.Tak wygląda sytuacja w agencjach zatrudnienia, które nie cieszą się renomą dbających o pracowników. A jak jest w spółkach skarbu państwa?

Magdalena, która w PKP Intercity wykonywała w ramach zlecenia pracę biurową, o złożenie wniosku walczyła przez dwa miesiące. Pracodawca uważał, że chociaż pod koniec marca liczba rezerwacji biletów zmniejszyła się o 87 proc., odwołano ok. 60 proc. pociągów, a pracy dla Magdaleny nie ma, to wniosku nie może podpisać, bo „nie doszło do przestoju".

Tylko 252 tys. wniosków, ZUS bezradny

Statystyki pokazują, że pracodawcom do wypełniania wniosków się nie paliło.

Jak poinformował OKO.press ZUS od 1 kwietnia do 23 czerwca złożono 4 383 003 wnioski o pomoc z Tarczy, w tym tylko 252 158 wnioski o świadczenie postojowe dla zleceniobiorców, czyli ok. 5 proc. wszystkich wniosków. Wniosków o postojowe złożonych przez samozatrudnionych było w tym okresie ponad 1,8 mln.

Kiedy dzwonili zleceniobiorcy, którym pracodawca nie chciał podpisać wniosku, urzędnicy z ZUS bezradnie rozkładali ręce i przyznawali, że problem jest częsty. Proponowali zleceniobiorcom, żeby sami wysłali wniosek, a ZUS odeśle go do zleceniodawcy z prośbą o wypełnienie. Taką prośbę można jednak zignorować.

Innym pomysłem było wejście na drogę sądową, ale którą z osób tracących źródło dochodu pocieszy wizja ciągnącego się latami procesu, który trudno sobie nawet wyobrazić w warunkach pandemicznego przestoju?

Jeden z konsultantów z braku pomysłu zaproponował Magdalenie z PKP: Może pani coś pracodawcy odpali, to podpisze?

Jeśli przyjrzymy się polskiemu rynkowi pracy, może się okazać, że porażka tego mechanizmu opartego na dobrej woli zleceniodawcy nie jest wcale tak zaskakująca.

Śmieciowe zatrudnienie

Z danych GUS wynika, że w 2018 roku zwiększyła się liczba osób zatrudnionych wyłącznie na umowach cywilno-prawnych (umowy o dzieło i umowy zlecenie – 1,3 mln osób) oraz samozatrudnionych, czyli prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą (1,3 mln).

Praktyka pokazuje, że to dużej mierze osoby fałszywie samozatrudnione oraz zatrudnione na śmieciówkach.

„Śmieciówkami” nazywa się potocznie umowy cywilnoprawne (umowa zlecenie, umowa o dzieło) używane niezgodnie z ich właściwym przeznaczeniem, które nie dają pracownikowi praw gwarantowanych przez Kodeks pracy (zasiłek chorobowy, płatny urlop wypoczynkowy, macierzyński, etc.).

Do 2016 roku umowa zlecenie nie była objęta obowiązkowym ubezpieczeniem społecznym, zmianę wprowadzono jeszcze z inicjatywy rządu PO-PSL. Umowa o dzieło wciąż nie gwarantuje jednak zleceniobiorcy ani prawa do emerytury, ani o ubezpieczenia w publicznej ochronie zdrowia.

Śmieciówkami nazywa się coraz częściej także inne formy zatrudnienia, które są nadużywane kosztem pracowników - np. wymuszone samozatrudnienie.

„Oceniając Polskę w europejskim kontekście, trzeba przyznać, że jesteśmy przypadkiem dość patologicznym” - mówił OKO.press Dominik Owczarek, dyrektor programu polityki społecznej w Instytucie Spraw Publicznych.

Chociaż PiS zapowiadał walkę ze śmieciowym zatrudnieniem, niewiele w tej sprawie zrobił. Kilka prostych i efektownych ruchów, jak minimalna stawka godzinowa, nie zastąpiło wzmocnienia kontroli Państwowej Inspekcji Pracy czy związków zawodowych.

Spóźniona odsiecz

To nie niedofinansowanej Państwowej Inspekcji Pracy pracodawcy naruszający przepisy boją się najbardziej, tylko ZUS, który jest skuteczniejszy i bardziej bezwzględny w egzekwowaniu swojego prawa do składek. Pracodawcy mogą się obawiać, że podpisanie wniosku o postojowe jest jak przyznanie się do winy.

Uzależnienie przyznania postojowego wyłącznie od dobrej woli pracodawcy może być zwyczajnym błędem legislacyjnym. Może też być ułatwieniem dla łamiących prawo pracodawców albo strategią na ukrycie problemu uśmieciowienia.

Niezależnie od przyczyn taki przepis przyniósł sporą oszczędność na wypłacanych świadczeniach. Pomoc jest? Jest. A co z tego, że fikcyjna?

Najnowsza tarcza 4.0 ma naprawić problem umożliwiając zleceniobiorcom samodzielne złożenie wniosku, nic nie wskazuje jednak, żeby przepisy miały działać wstecz. W ustawie cały czas liczy się miesiąc poprzedzający złożenie wniosku, a nie próbę złożenia wniosku.

W najlepszym razie ZUS przyjmie życzliwą interpretację i będzie wypłacał postojowe także za pierwsze miesiące pandemii. W najgorszym - możliwość starania się o postojowe przychodzi więc około 3 miesięcy za późno.

Zgodnie z ustawą jeśli zleceniobiorca składa wniosek sam, musi załączyć oświadczenie, że pracodawca odmówił podpisania wniosku. Zleceniobiorca musi więc donieść na zleceniodawcę, co może skutecznie zniechęcać kogoś, kto liczy na powrót do pracy po pandemii.

Kolejnym problemem jest zlikwidowanie możliwości składania wniosku w formie papierowej. Teraz złożyć będzie go można jedynie w formie dokumentu elektronicznego, co może pogłębić wykluczenie osób, które nie mają dostępu do internetu, lub dla których elektroniczne podpisy i teleinformatyczne systemu ZUS, to przeszkoda nie do pokonania.

Udostępnij:

Marta K. Nowak

Absolwentka MISH na UAM, ukończyła latynoamerykanistykę w ramach programu Master Internacional en Estudios Latinoamericanos. 3 lata mieszkała w Ameryce Łacińskiej. Polka z urodzenia, Brazylijka z powołania. W OKO.press pisze o zdrowiu, migrantach i pograniczach więziennictwa (ośrodek w Gostyninie).

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne