Minister obrony Antoni Macierewicz próbuje wykorzystać wypadek myśliwca MiG-29 pod Mińskiem do ratowania hipotezy o zamachu w Smoleńsku. "Zestawianie obydwu wypadków jest nieporozumieniem" - mówi OKO.press dr Maciej Lasek, były przewodniczący Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych

Pilot myśliwca MiG-29, który w poniedziałek 18 grudnia 2017 rozbił się w lesie w okolicach Kałuszyna na Mazowszu, miał wiele szczęścia. Pomimo odniesionych obrażeń i zniszczenia samolotu, przeżył. Operowano mu nogę i już nic nie zagraża jego życiu.

Samolot podchodził do lądowania w 23. Bazie Lotnictwa Taktycznego w Mińsku Mazowieckim, ale 8 km przed pasem do lądowania rozbił się. Wieża kontroli lotów utraciła kontakt z maszyną pięć minut wcześniej. 28-letni pilot nie zgłaszał wcześniej żadnych problemów. Świadkowie mówili, że samolot „ciągnął za sobą czarny dym”.

Pilot mimo młodego wieku był doświadczonym lotnikiem – w tym roku spędził za sterami MiG-a-29 80 godzin, a łącznie w powietrzu przeszło 400. Jego lot miał charakter szkoleniowy i był ostatnim tego dnia. Warunki meteorologiczne były „dopuszczalne”. Przyczyny wypadku będą dopiero wyjaśniane, a pełny raport powinien powstać w ciągu kilku najbliższych miesięcy.

Ale „Wiadomości” TVP i minister Antoni Macierewicz znaleźli już analogię między tym zdarzeniem a katastrofą w Smoleńsku z 10 kwietnia 2010 roku.

„Dlaczego samolot MiG-29, ważący 11 ton, wylądował w lesie, łamiąc dziesiątki drzew, i pilot przeżył katastrofę, a wielokrotnie większy, ważący kilkadziesiąt ton samolot Tu-154 miał rzekomo rozbić się z powodu zahaczenia końcówką skrzydła o brzozę?” – zapytał Macierewicza pracownik TVP Info Michał Rachoń w programie „Minęła 20”. Pytanie ilustrował zdjęciami satelitarnymi obydwu katastrof lotniczych.

„Rzeczywiście samolot wielokrotnie lżejszy, mniejszy i słabszy przecież niż Tu-154M, a który zniszczył nieporównanie więcej drzew, bo nie jedną brzozę, tylko dziesiątki drzew, wychodzi z tego względnie cało. Skrzydła nie są oderwane. Pilot jest we względnie dobrym stanie” – dodał.


Moim zdaniem porównanie tych dwóch sytuacji jest racjonalne i komisja postanowiła takiego porównania dokonać.

Antoni Macierewicz, "Minęła 20" - 21/12/2017

fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta


Fałsz. Te wypadki nie mają ze sobą nic wspólnego


Minister dodał jeszcze, że „komisja zwróciła się o zdjęcia obrazujące miejsca zdarzenia, gdy będą efekty, to opinia zostanie poinformowana”.

„Zestawianie obydwu wypadków jest nieporozumieniem” – mówi OKO.press dr Maciej Lasek, były przewodniczący Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych.

„MiG-29 lądował awaryjnie na lesie, wytracając energię wskutek łamania drzew i własnej konstrukcji. Tu-154 został zniszczony w wyniku zderzenia z ziemią pod kątem 12 stopni w pozycji odwróconej. To są zupełnie odmienne sytuacje” – dodaje.

Co się stało w Mińsku?

Dr Lasek mówi, że pilotów uczy się, że jeśli dojdzie do awarii silnika, a samolot znajduje się nad lasem i nie ma gdzie wylądować, by lądowali  na lesie. Przyjmują wtedy wierzchołki drzew jako powierzchnię lądowania.

„Przed zetknięciem z koronami drzew pilot zmniejsza prędkość samolotu do minimalnej. Samolot oczywiście niszczy się wskutek zderzenia z drzewami, ale łamiące się drzewa jednocześnie działają jak amortyzator, dzięki któremu wytracana jest energia uderzenia” – wyjaśnia.

Ekspert mówi, że na pokazanym w programie telewizyjnym zdjęciu widać przewrócone w kierunku lądowania drzewa, które położył osiadający na nich samolot. Jego zdaniem to wyraźnie wskazuje na taki właśnie przebieg zdarzenia.

Źródło: konto Michała Rachonia, prowadzącego program "Minęła 20", w serwisie Twitter.
Źródło: konto Michała Rachonia, prowadzącego program „Minęła 20”, w serwisie Twitter.

„W przypadku lekkich maszyn – np. awionetek – takie awaryjne lądowania w 90 proc. kończą się szczęśliwie dla pilotów i pasażerów.

Owszem, samoloty ulegają zniszczeniu, ale ludzie – z mniejszymi bądź większymi obrażeniami – przeżywają. Takie zdarzenia również miały miejsce w przypadku samolotów pasażerskich” – mówi dr Lasek.

Co stało się w 2010 roku w Smoleńsku

W rozmowie z OKO.press dr Lasek przypomina, że 10 kwietnia 2010 podczas podejścia rządowego Tupolewa do lądowania na lotnisku Smoleńsk-Siewiernyj „piloci w fatalnych warunkach pogodowych, we mgle i nie widząc lotniska próbowali odejść na drugi krąg – czyli starali się poderwać maszynę w górę – lecąc na wysokości kilku metrów nad ziemią, kilometr przed pasem lotniska, z pełnym ciągiem silników, doszło do zderzenia z brzozą” – mówi ekspert.

W efekcie, 1/3 skrzydła została odcięta – wraz ze sterem (lotką). To spowodowało niemożliwy do skontrowania przez załogę obrót samolotu. Po czterech i pół sekundach niekontrolowanego lotu samolot zderzył się z ziemią. „Energia kinetyczna uderzenia w ziemię była porównywalna z siłą wybuchu 50 kg trotylu.

Gdyby Tupolew – jak MiG-29 – lądował na lesie, to niewykluczone – ale nie ma żadnej pewności – że pomimo zniszczeń samolotu część pasażerów mogłaby przeżyć” – mówi dr Lasek.

Skrzydła to nie dowód

A czy to, że skala uszkodzeń MiGa-29 była mniejsza niż Tupolewa, może sugerować, że w Smoleńsku doszło do czegoś innego aniżeli wypadek lotniczy? Również nie.

„Pomijając wspomniane zupełnie odmienne okoliczności obydwu wypadków, MiG-29 ma dużo bardziej zwartą konstrukcję niż Tupolew. Dopuszczalny współczynnik przeciążeń dla tego rodzaju samolotu wojskowego jest kilkakrotnie większy niż dla samolotu pasażerskiego” – wyjaśnia dr Lasek.


Dziennikarz i publicysta. W OKO.press pisze o ochronie przyrody, łowiectwie, prawach zwierząt, smogu i klimacie oraz dokonaniach komisji smoleńskiej. Stały współpracownik miesięcznika „Dzikie Życie”.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym