„Niezależnie od tego, jak oceniamy Donalda Trumpa, jedno jest kluczowe: jeśli tego typu groźby przechodzą bez reakcji, to znaczy, że w jakimś stopniu są tolerowane” – mówi w rozmowie z OKO.press szefowa Amnesty International Anna Błaszczak-Banasiak
W wojnie USA i Izraela z Iranem mamy zawieszenie broni na dwa tygodnie, choć obie strony różnią się w rozumieniu tego zawieszenia. Biały Dom i rząd Netanjahu twierdzą, że obejmuje Libanu. Irańskie władze i Pakistan, który w tym wszystkim pośredniczył, twierdzą, że było to częścią porozumienia.
Tuż przed ogłoszeniem tego zawieszenia, we wtorek 7 kwietnia prezydent Donald Trump groził zniszczeniem całej irańskiej cywilizacji. Choć były to puste pogróżki, ale i tak przejdą do historii i będą ciążyć na moralnym wizerunku Stanów Zjednoczonych.
Decyzja o powstrzymaniu „niszczycielskiej siły” zapadła tuż przed wygaśnięciem ultimatum. Gdy amerykańskie bombowce były już w powietrzu.
Z szefową Amnesty International Polska Anną Błaszczak-Banasiak rozmawiamy o tym, czy prezydent USA przekroczył granice prawa międzynarodowego i czy powinien być traktowany jak przestępca.
Natalia Sawka, OKO.press: Donald Trump tuż przed zawieszeniem broni kanale Truth Social pisał tak: „Cała cywilizacja zginie dziś w nocy i nigdy się nie odrodzi. Nie chcę, by to się stało, ale najpewniej się stanie”. To nowy sposób uprawiania polityki?
Anna Błaszczak-Banasiak*: Te słowa powinniśmy jak najbardziej traktować poważnie, ponieważ mamy do czynienia z przywódcą państwa, które chce być postrzegane jako kolebka demokracji. Tymczasem słyszymy apokaliptyczne groźby całkowitego zniszczenia cywilizacji, która miałaby się już nie odrodzić.
Te groźby są kierowane wobec 90-milionowego narodu. To ma ogromne znaczenie.
Jeśli sięgniemy do statutu rzymskiego, który ustanawia Międzynarodowy Trybunał Karny, znajdziemy tam definicję ludobójstwa jako działań podejmowanych z zamiarem zniszczenia w całości lub w części grupy narodowej, etnicznej, rasowej lub religijnej.
Z perspektywy prawa międzynarodowego takie wypowiedzi można interpretować jako groźbę popełnienia ludobójstwa.
Co ważne, w prawie międzynarodowym sama groźba również ma znaczenie prawne.
To, że później pojawia się wycofanie lub zawieszenie broni, nie oznacza, że nie doszło do naruszenia prawa. Karta Narodów Zjednoczonych jasno wskazuje, że groźba użycia siły, zwłaszcza nieproporcjonalnej, jest nielegalna.
To jednak tylko jeden wymiar problemu. Drugi dotyczy zapowiedzi zniszczenia infrastruktury zapewniającej możliwość przeżycia. Jeśli jest groźba zniszczenia sieci energetycznej 90-milionowego społeczeństwa, to trzeba pamiętać, że bez prądu nie da się ratować życia. Od energii zależą szpitale, systemy wodociągowe i dostawy żywności. W tym sensie jest to groźba popełnienia zbrodni wojennej.
Nawet wojny mają zasady. Nam się wydaje, że na wojnie wszystko wolno, a wcale tak nie jest. Prawo międzynarodowe już w zeszłym stuleciu ustanowiło pewne nieprzekraczalne zasady. Taką nieprzekraczalną zasadą jest choćby bezwzględny obowiązek chronienia ludności oraz infrastruktury cywilnej.
Mamy więc do czynienia z sytuacją, w której lider jednego z najpotężniejszych państw świata grozi popełnieniem najcięższych zbrodni znanych prawu międzynarodowemu. A świat w zasadzie nie reaguje. Nie chcę powiedzieć, że świat milczy, ale na pewno nie reaguje adekwatnie.
To samo podkreśla szwedzka aktywistka Greta Thunberg, która w opublikowanym wideo pytała, dlaczego nikt tego nie chce zatrzymać. Była też reakcja papieża.
Owszem, pojawiają się pojedyncze głosy, ale to wciąż za mało.
I to jest chyba najbardziej poruszające. Bo krok po kroku doprowadziliśmy do demontażu instytucjonalnej gwarancji ochrony współczesnego świata przed kolejną wojną. I w zasadzie nadal na to pozwalamy.
Bo to nie jest sytuacja, która spadła z nieba. Takie zachowania nie zaczęły się od jednego wpisu. Pierwszym sygnałem alarmowym był w zasadzie brak zdecydowanej reakcji świata na zbrodnie popełniane przez Izrael w Strefie Gazy. I co więcej, wręcz wsparcie ze strony Stanów Zjednoczonych.
I wbrew pozorom te sytuacje są ze sobą bezpośrednio powiązane.
Wiemy przecież, że atak na Iran był bezpośrednio inspirowany przez Izrael, który wcześniej, zachęcony brakiem realnej reakcji świata na działania w Strefie Gazy, po prostu poczuł się bezkarny.
I kluczowe jest, dlaczego Izrael robi to, co robił i nadal robi w Gazie. Najprostsza odpowiedź brzmi: bo może. Bo nikt go skutecznie nie powstrzymał.
Oczywiście punktem wyjścia był atak Hamasu na cywilną ludność Izraela 7 października 2023 roku, który my jako Amnesty International kwalifikujemy jako zbrodnię wojenną. To nie budzi wątpliwości. Ale ten atak nie usprawiedliwia późniejszych działań Izraela w Gazie. A na tym etapie mamy bardzo jasne dowody, by mówić o zbrodni ludobójstwa
Jeśli takie działania uchodzą bez realnych konsekwencji, to przemoc eskaluje.
Jaka zatem powinna być reakcja świata?
Powinna być zdecydowana reakcja społeczności międzynarodowej. Nie tylko Organizacji Narodów Zjednoczonych, ale także krajów Unii Europejskiej czy Polski. Stany Zjednoczone powinny przede wszystkim mieć pełną świadomość, że są w tej wojnie osamotnione.
Tego typu konflikty nie wybuchają nagle. Są efektem lat zaniedbań, podważania prawa międzynarodowego, ignorowania go i stopniowego odbierania mu autorytetu. Coraz częściej widzimy sytuacje, w których rządzący oczekują od instytucji międzynarodowych wyroków zgodnych z ich interesem politycznym, a przecież sądy międzynarodowe są gwarantem zapewniania pokoju i przestrzegania praw człowieka.
Czy to, co obserwowaliśmy w Polsce w ostatnich latach, również wpisuje się w szerszy proces osłabiania prawa międzynarodowego i instytucji, które miały stać na straży praw człowieka?
Oczywiście, już rządy Prawa i Sprawiedliwości zaczęły ignorować orzeczenia Europejskiego Trybunału Praw Człowieka i Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Później, na wniosek rządu PiS, polski Trybunał Konstytucyjny uznał, że Europejska Konwencja Praw Człowieka jest częściowo niezgodna z polską konstytucją.
Ten proces, który jeszcze dekadę temu wydawał się nie do pomyślenia, nie zakończył się wraz ze zmianą władzy. Pojawiły się kolejne decyzje, które podważały znaczenie prawa międzynarodowego. Rząd Donalda Tuska wypowiedział Konwencję Ottawską, która miała chronić nas przed śmiertelnie niebezpieczną dla osób cywilnych bronią, jaką są miny przeciwpiechotne.
Następnie była niesławna uchwała, która zapewniała bezpieczeństwo premierowi Benjaminowi Netanjahu, gdyby przyjechał do Polski, wbrew nakazowi aresztowania wydanego przez Międzynarodowy Trybunał Karny.
I do tego właśnie zmierzam: to nie jest jeden incydent, tylko długotrwały proces osłabiania prawa międzynarodowego. Realnie tracimy narzędzia ochrony i pewnego rodzaju „tarczę”, która miała zabezpieczać świat przed najpoważniejszymi naruszeniami praw człowieka.
Dlatego nie dziwi mnie, że w takim klimacie pojawiają się dziś tak nieprzewidywalne i radykalne wypowiedzi ze strony Donalda Trumpa. To jest w pewnym sensie konsekwencja szerszego trendu podważania autorytetu prawa międzynarodowego. I niestety Polska też jest częścią tego procesu.
Co ma pani na myśli?
Byłam naprawdę zaskoczona, kiedy wiceminister spraw zagranicznych Władysław Teofil Bartoszewski stwierdził w publicznym medium, że z informacji polskiego rządu wynika, iż Iran sam ostrzelał swoją szkołę w wyniku pomyłki.
Przypomnijmy, że chodzi o atak na szkołę w Minab w Iranie, w wyniku którego zginęło 168 osób, w tym ponad setka dzieci – dziewczynek i chłopców.
Amnesty International opublikowała wyniki śledztwa, które jednoznacznie wskazują, że atak został przeprowadzony przez siły amerykańskie, z użyciem amerykańskiej rakiety, i bez wątpienia nosi znamiona zbrodni.
Kiedy przedstawiciel państwa członkowskiego Unii Europejskiej opowiada tego rodzaju absurdy i powiela nieprawdziwe informacje, to jak w takiej sytuacji Stany Zjednoczone mają odczuć, że ich działania spotykają się z realnym sprzeciwem?
Bo nawet jeśli nie mówimy dziś o osądzeniu Donalda Trumpa, to absolutnym minimum powinno być nieusprawiedliwianie takich działań i niepowielanie dezinformacji.
Nawet jeśli uznamy, że to była wypowiedź błędna, to oczekiwałabym, że polski rząd na to zareaguje i powie wprost, że to nieprawda, doszło do pomyłki, bo ustalenia są inne.
Oczywiście administracja będzie się usprawiedliwiać, że szkoła znajdowała się w pobliżu celów wojskowych. Podobnego argumentu używały siły izraelskie w Strefie Gazy. Atakowano obiekty i ludność cywilną, uzasadniając to obecnością przedstawicieli Hamasu, czasem zasadnie, a czasem zupełnie bez podstaw. W tym sensie mamy do czynienia z bardzo podobnym mechanizmem.
Priorytetem zawsze powinna być ochrona ludności cywilnej. Trudno przy tym uznać takie ataki za przypadkowe, gdy Donald Trump mówi o zniszczeniu całego narodu.
Jednocześnie trzeba uczciwie przyznać, że strona irańska również wykorzystuje tę tragedię propagandowo. Społeczeństwo Iranu jest głęboko podzielone. Widzieliśmy to zarówno podczas ostatnich protestów motywowanych biedą i sytuacją ekonomiczną, jak i wcześniej, po śmierci 22-letniej Kurdyjki Żiny Mahsa Amini.
Ten potencjał społecznego sprzeciwu wciąż tam jest, ale do realnej zmiany wciąż jest bardzo daleko, bo władze Iranu wciąż są niezwykle silne. Co więcej, wojna może władzę jeszcze bardziej umocnić, bo pozwala budować narrację, że nie istnieje siła zdolna obalić ten reżim, skoro przetrwał on atak ze strony globalnego mocarstwa.
A więc wbrew intencjom Donalda Trumpa i jego administracji, wiele wskazuje na to, że irański reżim nie został osłabiony, lecz umocniony.
Czy przywódca, który na poważnie wysuwa takie groźby, powinien być traktowany jako międzynarodowy przestępca?
Oczywiście, że tak, ale za tym nie zawsze stoi wola polityczna. Niezależnie od tego, jak oceniamy Donalda Trumpa, czy jako lidera przewidywalnego, czy nie, jedno jest kluczowe: jeśli tego typu groźby przechodzą w zasadzie bez reakcji, to znaczy, że w jakimś stopniu są tolerowane.
I nie powinniśmy się później dziwić, jeśli to się obróci przeciwko nam. Dziś skutki takich konfliktów odczuwamy głównie ekonomicznie, ale historia pokazuje, że konsekwencje mogą być znacznie poważniejsze.
Zastanawiam się, czy taka stanowcza reakcja jest w ogóle możliwa, biorąc pod uwagę zależność Polski od Stanów Zjednoczonych, choćby w kontekście bezpieczeństwa i obecności NATO.
Mam pełną świadomość, że Stany Zjednoczone są potęgą i że zawsze jest niezwykle trudno reagować, gdy tego rodzaju zbrodni dopuszcza się jeden z najsilniejszych graczy na świecie. To zresztą od dawna jest jeden z podstawowych zarzutów wobec prawa międzynarodowego – bywa surowe wobec słabszych, a bezradne wobec silnych.
Są sytuacje, w których trzeba się temu Goliatowi postawić. Nie oczekuję, że Unia Europejska czy Polska będą komentować wewnętrzną politykę Donalda Trumpa i każdą jego wypowiedź.
Mam pełną świadomość roli, jaką odgrywają Stany Zjednoczone we współczesnym świecie. Ale tu nie mówimy o sprawach wewnętrznych. Mówimy o groźbach, które dotyczą 90-milionowego narodu.
Jeśli to nie jest wystarczający powód, by stanowczo zabrać głos, to co nim jest? W którym momencie uznamy, że nasze interesy polityczne i gospodarcze muszą ustąpić?
Dlatego właśnie potrzebna jest reakcja zbiorowa. Pojedyncze państwa nie mają dziś wystarczającej siły, by skutecznie przeciwstawić się Stanom Zjednoczonym. Ale nawet w relacjach sojuszniczych przychodzi moment, w którym trzeba powiedzieć jasno: zaszliście za daleko i to musi się zatrzymać.
Jakie dalsze konsekwencje mogą mieć takie wypowiedzi? Innymi słowy, czy to nie zachęca Władimira Putina do eskalowania gróźb wobec Ukrainy?
Tak, zdecydowanie. Powinniśmy kierować się standardami wynikającymi z prawa międzynarodowego, a prawo mówi wprost: zbrodnia to zbrodnia i nieważne czy popełnia ją ktoś, kto jest naszym politycznym sojusznikiem, czy nie. Tylko wtedy mamy szansę obronić te wartości, którymi demokratyczny świat się chwali.
Chcę wierzyć, że Stany Zjednoczone z Izraelem są w tej wojnie osamotnione.
*Anna Błaszczak-Banasiak – szefowa Amnesty International Polska, była dyrektor Zespołu do spraw Równego Traktowania w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich.
Dziennikarka zespołu politycznego OKO.press. Wcześniej pracowała dla najstarszej światowej agencji informacyjnej Agence France-Presse (2019-2024), gdzie pisała artykuły z zakresu dezinformacji. Przed dołączeniem do AFP pisała dla „Gazety Wyborczej”. Publikowała m.in. w "Dużym Formacie" i "Wysokich Obcasach". Współpracuje z brytyjskim "Financial Times". Prowadzi warsztaty dla uczniów, studentów, nauczycieli i dziennikarzy z weryfikacji treści. Doświadczenie uzyskała dzięki licznym szkoleniom m.in. Bellingcat. Uczestniczka wizyty studyjnej „Journalistic Challenges and Practices” organizowanej przez Fulbright Poland. Ukończyła filozofię na Uniwersytecie Wrocławskim, gdzie pisała magisterkę z teorii konfliktu Carla Schmitta. Obroniła także licencjat na filologii angielskiej w warszawskim SWPS.
Dziennikarka zespołu politycznego OKO.press. Wcześniej pracowała dla najstarszej światowej agencji informacyjnej Agence France-Presse (2019-2024), gdzie pisała artykuły z zakresu dezinformacji. Przed dołączeniem do AFP pisała dla „Gazety Wyborczej”. Publikowała m.in. w "Dużym Formacie" i "Wysokich Obcasach". Współpracuje z brytyjskim "Financial Times". Prowadzi warsztaty dla uczniów, studentów, nauczycieli i dziennikarzy z weryfikacji treści. Doświadczenie uzyskała dzięki licznym szkoleniom m.in. Bellingcat. Uczestniczka wizyty studyjnej „Journalistic Challenges and Practices” organizowanej przez Fulbright Poland. Ukończyła filozofię na Uniwersytecie Wrocławskim, gdzie pisała magisterkę z teorii konfliktu Carla Schmitta. Obroniła także licencjat na filologii angielskiej w warszawskim SWPS.
Komentarze