Od kiedy „lex Szyszko” uwrażliwiło Polaków na los drzew, media społecznościowe są zalewane zdjęciami wycinek. Tych w dużych miastach, na wsiach, czy wzdłuż dróg na prowincji. Temat pod lupę wziął NIK w raporcie „Drzewa w gąszczu przepisów” o usuwaniu drzew, krzewów i zagospodarowaniu pozyskanego drewna. Wniosek: w Polsce nadal tnie się niemal bez kontroli

Kontrola opisana w raporcie Najwyższej Izby Kontroli (NIK) objęła 30 organów – marszałków województw, starostów, wójtów, burmistrzów i prezydentów miast – w których kompetencjach jest realizacja zadań związanych z usuwaniem drzew i krzewów, w tym wydawanie zgody na wycinkę. Badanie objęło okres od początku 2015 r. do maja 2018 r., a więc również czas – od stycznia do czerwca 2017 r. – gdy funkcjonowało niesławne „lex Szyszko”.

Przypomnijmy: nazywano tak nowelizację ustawy o ochronie przyrody, która zwalniała osoby fizyczne z uzyskania zezwolenia na usunięcie drzew i krzewów na cele niezwiązane z prowadzeniem działalności gospodarczej. W 2017 r. był to jeden z najgorętszych „ekologicznych” tematów, a OKO.press szeroko o nim pisało, wskazując na wielorakie fatalne konsekwencje nowego prawa (np. wycinki „pod dewelopera”, czy dewastowanie obszarów Natura 2000).

Główny wniosek płynący z kontroli NIK jest przygnębiający i – niestety – wiele mówi o braku troski publicznych instytucji o zieleń:

„Większość skontrolowanych organów administracji publicznej nie realizowała prawidłowo zadań dotyczących usuwania drzew i krzewów oraz zagospodarowania pozyskanego drewna. Nie robiono tego zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa, gospodarnie i rzetelnie”.

Zdaniem NIK, jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy mogły być pięciokrotne zmiany zapisów ustawy o ochronie przyrody w latach 2015 – 2018, również „lex Szyszko”.



Gminy nie zdawały sobie sprawy ze skali wycinki

Do końca grudnia 2016 r., gdy ktoś chciał wyciąć drzewo czy krzew na swojej działce – niezależnie od powodu – musiał uzyskać zezwolenie. Wszystko zmieniło się 1 stycznia 2017 r., gdy weszło w życie przegłosowane 16 grudnia 2016 r. w sejmowej Sali Kolumnowej „lex Szyszko”.

„W efekcie organy gminy nie wiedzą, ile drzew usunięto przez blisko pół roku, do czasu kolejnej zmiany przepisów” – czytamy w raporcie NIK.

Stało się tak, ponieważ „żaden ze skontrolowanych przez NIK wójtów, burmistrzów i prezydentów miast nie monitorował wycinki”. Tylko 17 spośród badanych 525 urzędów gmin w tym czasie oszacowało wielkość wycinek. „Przyczyną takiego stanu rzeczy był przede wszystkim brak wymogów prawnych, a także brak techniczno-organizacyjnej możliwości stałego i kompleksowego monitorowania wycinki drzew na terenach prywatnych” – piszą autorzy raportu.

„Wielkie rżnięcie” skończyło się w Polsce w połowie czerwca 2017 r., gdy wprowadzono – zresztą kolejne już – korekty do ustawy o ochronie przyrody, które miały wybić zęby pile „lex Szyszko”. Wtedy, by usunąć drzewo z powodu niezwiązanego z prowadzeniem działalności gospodarczej – jeśli jego obwód przekraczał ustawowo określony rozmiar – trzeba było taki zamiar zgłosić do urzędu gminy. A urzędnicy byli zobowiązani, by w okresie trzech tygodni przeprowadzić oględziny i ocenić, czy drzewo może być wycięte.

Raport NIK pokazuje jednak, że „postępowania dotyczące wydania zezwoleń na ścięcie drzew i krzewów często prowadzone były nierzetelnie i niezgodnie z przepisami”:

  • prawie w połowie skontrolowanych jednostek decyzje zezwalające na wycinkę zapadły na podstawie niekompletnych wniosków;
  • wnioskodawców nie wzywano do uzupełnienia wybrakowanej dokumentacji, a pomimo tego wydawano zgody;
  • urzędnicy nierzetelnie dokumentowali oględziny drzew – „blisko 12 proc. zbadanych protokołów nie zawierało informacji o gatunkach oraz wymiarach drzew i krzewów objętych oględzinami lub o występowaniu w obrębie zadrzewień gatunków chronionych”;
  • niekiedy zgody nie zawierały wszystkich elementów wymaganych przepisami, np. terminu usunięcia drzewa albo nawet wskazania jego pełnej nazwy gatunkowej;
  • zdarzały się błędy przy naliczaniu opłat za usunięcie drzewa;
  • w ponad połowie urzędów gmin nikt nie sprawdził, czy wycinki rzeczywiście nie były robione po to, by później np. sprzedać ziemię deweloperowi;
  • w blisko połowie jednostek gminy rozpatrywały swoje własne wnioski o wycinkę, choć powinny były złożyć je od innych organów (co wynika z przepisów).


Nawet trzy miliony drzew

Jeszcze w 2017 r. próby oceny skali wycinki spowodowanej „lex Szyszko” podjął się dr hab. Zbigniew Karaczun z Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Zrobił kwerendę w ponad 20 gminach – przynajmniej po jednej gminie z każdego województwa – i uśrednił wynik. Oszacował, że tylko przez pierwsze dwa miesiące działania „lex Szyszko” pod topór poszło 1,5 mln drzew.

„Przez cały okres obowiązywania ustawy w całym kraju paść mogło nawet 3 mln drzew!” – mówił w wywiadzie „Wyborczej” uczony.

Dr hab. Karaczun wskazywał, że tempo i skala wycinki były tak duże, że nikt nie zwracał na sezon lęgowy ptaków (obowiązuje od 1 marca). „Zrzucali ptaki i cięli. Interweniowała straż miejska – nie pomagało, bo gniazd już nie było” – mówił.

Przez pierwsze dwa miesiące korzyści z wycinki czerpali głównie deweloperzy. „Masowo padały drzewa na działkach, gdzie wcześniej urzędnicy nie wydali pozwoleń na wycinkę”. Na pytanie o to, co straciliśmy, odpowiedział:

„Biorąc pod uwagę całą gospodarkę leśną, może się wydawać, że trzy miliony drzew to niewiele. Ale rosnąc na obszarach zurbanizowanych, odgrywały one inną rolę i miały inną wartość dla człowieka. Amerykanie szacują, że takie drzewo jest od stu do tysiąca razy cenniejsze [dla człowieka i jego dobrostanu – przyp. OKO.press] od tego w lesie”.


Dziennikarz i publicysta. W OKO.press pisze o ochronie przyrody, łowiectwie, prawach zwierząt, smogu i klimacie oraz dokonaniach komisji smoleńskiej. Stały współpracownik miesięcznika „Dzikie Życie”.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym