0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Ilustracja: Marta FrejIlustracja: Marta Fr...

Jedna matka dwudniowa. Jedna ma do siebie żal, że nie uciekła, a mąż, że jej nie ochronił. Jedna chciała położną w pysk strzelić.

Wszystkie mają poczucie, że coś zrobiły źle i że na porodówce nie traktowano ich z godnością.

A przecież rodziły w jednym z najwyżej ocenianych szpitali w Polsce, w „Siemiradzkim” w Krakowie.

Gosia. Ciąża w ukryciu

Na porodówce sprowadzono mnie do poziomu dna i mułu. Znałam to z domu. Urodziłam się w 1996 roku w rodzinie zagorzałych katolików, w wiosce na Podkarpaciu. Mama czasem tuliła, częściej biła i wyzywała. Należy do pokolenia kobiet lat 70.: zero troski. Przez to swoje zaciskanie zębów, wyrobiła we mnie twardą psychikę. Przydała mi się na porodówce.

Opowiadam tę historię anonimowo, bo rodzice nie znają prawdy.

Wina — moja towarzyszka. Spóźnia mi się okres, robię test ciążowy w łazience, za drzwiami mama — wina. Mam 20 lat i dwie kreski — wina.

A Babcia powtarzała: jak wyjedziesz na studia do Krakowa, wrócisz z brzuchem i nawet nie będziesz wiedziała, kim jest ojciec. Mama: jak mi dziecko bez ślubu przywleczesz, to zatłukę.

Nikt tylko mi nie doradził, jak się zabezpieczyć. W szkole jedyną polecaną metodą antykoncepcji był kalendarzyk.

Ciążę można ukryć. Zaszłam w czerwcu, do domu wróciłam dopiero w grudniu. Termin na koniec lutego. Córka była niewielka, nosiłam luźne swetry i wciągałam brzuch. Nocami przez skurcze kuliłam się z bólu. Boże, myślałam, co będzie, jak trafię do szpitala, gdzie położną jest moja ciotka?

Przez katolickie pranie mózgu o aborcji słyszałam, ale nie wszystko rozumiałam. Po powrocie do Krakowa kontynuowałam studia z pedagogiki specjalnej i pracowałam w sklepie za grosze. Dzieliłam mieszkanie z dwiema współlokatorkami.

Mój chłopak, ojciec dziecka, nie chciał rozmawiać o ciąży. Powoli docierało do mnie, że nie mogę zostać teraz mamą.

Wiedziałam o oknach życia, ale nie chciałam zrobić tego mojej córce. Musiałaby czekać miesiącami w ośrodku adopcyjnym, z powodu niejasnej sytuacji prawnej. Postanowiłam, że oddam ją do adopcji.

To było upokarzające. Nosić ją pod sercem, a z każdą chwilą być od niej coraz dalej. Ja — wina.

W internecie znalazłam ośrodek adopcyjny. Pani psycholog i pracownica socjalna wytłumaczyły mi, na czym polega procedura: dwa dni po porodzie dziecko zostaje w szpitalu, a ja wracam do domu. Mam sześć tygodni na zmianę decyzji, gdy ono jest w pieczy zastępczej.

Pani ginekolog wiedziała, że nie stać mnie na samotne macierzyństwo, ale namawiała, żebym córki nie oddawała. Nie docierało do niej, że sama potrzebowałam opieki. Miałam problemy kardiologiczne z powodu ciąży, ADHD i depresję.

Przed porodem naszły mnie wątpliwości.

Aż tak boli? Cicho!

Termin za dwa tygodnie, idę siku i widzę krew. Czy ja rodzę? Byłam przerażona. Zadzwoniłam do ojca dziecka, to już, mówię, a on, że kuje do egzaminów. Pojechałam tramwajem. Po drodze się zgubiłam. Krwawię, torba ciężka, zacina deszcz ze śniegiem.

Lekarz oznajmił, że mam skurcze przepowiadające i wysokie ciśnienie, kazał wrócić za kilka dni.

Dziewiętnastego lutego mój chłopak podrzucił mnie do szpitala. Położna przypięła mi jakiś pas do brzucha, włożyła między nogi balonik Foleya i kazała czekać. Z jej rozmów z lekarzem wywnioskowałam, że będą mi wywoływać poród, ale nie wiedziałam dlaczego. Wstydziłam się zapytać.

Na sali leżały inne kobiety z balonikami. Jedna powiedziała, że jak będzie bardzo boleć, to znaczy, że zaczyna się poród. Leżałam tak całą noc. Rano przyszedł starszy lekarz. – Pani w ciąży to chyba musiała dużo jeść — powiedział. Do tej pory słyszę jego słowa, najczęściej w sytuacjach intymnych z partnerem. Już wtedy nienawidziłam mojego ciała i grubego brzucha, na którym w ciąży pojawiały się czerwone rozstępy.

Ten lekarz musiał myśleć, że całą ciążę żarłam. A ja nie miałam pieniędzy i ciągle wymiotowałam. Chciałam mu się jakoś wytłumaczyć, ale się nie odważyłam. Nie powiedziałam też, że jestem głodna. Nie miałam nic w buzi od zeszłego dnia.

Pielęgniarka założyła mi wenflon i oznajmiła, że zero jedzenia.

Byłam słaba, położna zaproponowała, że przewiezie mnie wózkiem na salę porodową. Odmówiłam, bo bałam się, że się pode mną załamie, przecież lekarz osądził, że jestem spasioną lochą. Przytrzymując się ścian, potupałam korytarzem.

Na porodówce dostałam kroplówkę z oksytocyną. Chciałam jeszcze pochodzić, ale nagle wylały się ze mnie wody płodowe.

Chwilę wcześniej lekarz kazał mi unieść pupę, podstawił miskę…

Włożył mi palce do pochwy i coś przebił. Dopiero po porodzie koleżanka mnie oświeciła, że to były błony płodowe. Nie pytał o zgodę.

Jak wyszedł, zaczęłam wyć z bólu razem z rodzącą w boksie obok.

Chyba ten sam lekarz wrócił i zapytał kpiąco, czy na pewno aż tak boli, kazał być cicho.

Ktoś wreszcie przyszedł po czterech godzinach. Kiedy anestezjolog wbijał mi igłę w plecy, pielęgniarz głaskał mnie po głowie i trzymał za rękę, a jak zrobiło mi się zimno, przykrył kocem. Dopytywał, gdzie tata dziecka. Niedługo dołączy, wymamrotałam.

Po dwóch godzinach podano mi kolejne znieczulenie, ale szybko przestałam czuć jego działanie.

Leżałam prawie bez ruchu od ponad 24 godzin i dopiero wtedy zjawił się mój chłopak. Zwymiotowałam, co położna odczytała jako dobry znak, skurcze przybrały na sile, wszyscy zebrali się wokół mnie, krzyczałam z bólu i żałowałam, że nie poprosiłam o cesarkę.

(Gosia nie zgodziła się, bym rozmawiała o jej porodzie ze szpitalem „Siemiradzkiego”. Gdy o to zapytałam, zaczęła się trząść: „A co jak mnie pozwą? Wszystko powiedzą mojej rodzinie? Boję się”).

Natalia. Przebito pęcherz płodowy

Gosia wysyła mi dokumenty z pobytu w „Siemiradzkim” w lutym 2018 roku. Poszukuję innych pacjentek szpitala, by sprawdzić, co się tam zmieniło przez sześć lat. Według Fundacji „Rodzić po ludzku” szpital jest od lat jednym z najwyżej ocenianych w Polsce. Uczestniczy w akcji „Rodzić bez bólu”, wyróżnia się na tle ogólnopolskim niskim procentem cięć cesarskich – 25 proc. (w całej Polsce: 49 proc.), a także stosowaniem znieczulenia zewnątrzoponowego w 82% przypadków, czyli cztery razy więcej niż średnia krajowa.

Na Facebooku namierzam Natalię (28 lat, imię zmienione, bo nie chce zaszkodzić postępowaniu wyjaśniającemu). Urodziła syna w 2022 roku. Zgłosiła się do szpitala w 39 tygodniu ciąży, bo zaczęła delikatnie krwawić i bolało ją podbrzusze. Lekarka stwierdziła rozwarcie na 1-2 cm.

Tak jak Gosi, nikt jej nie wytłumaczył, że będzie miała indukcję. Czytam na stronie Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego, że to „sztuczne pobudzeniu mechanizmów prowadzących do porodu przed jego naturalnym, spontanicznym rozpoczęciem. Ciężarna musi wyrazić na nie świadomą zgodę”.

W Polsce, by przyspieszyć poród, najczęściej stosuje się cewnik (balonik) Foleya, żel dopochwowy, syntetyczną oksytocynę lub amniotomię, czyli mechaniczne przebicie błon płodowych.

- Rano doktor Jacek Wójcik bez żadnego wyjaśnienia, przebił mi błony płodowe, choć nie wyraziłam na to zgody w planie porodu – mówi Natalia. – Mam do siebie żal, że nie uciekłam.

- „Nie gódźcie się na przebijanie błon”, powtarzano nam w szkole rodzenia. – wspomina mąż Natalii, Michał (imię zmienione). – Pytałem położną, czemu lekarz zrobił to bez naszej zgody. Ona na to, że zabieg ochroni żonę przed infekcją. Teraz wiem, że to bzdura: po przebiciu błon, wzrasta ryzyko zakażenia.

Spotkałam się z Natalią w krakowskiej kawiarni. Pokazała mi dokumentację medyczną. W protokole przebiegu porodu dr Wójcik wpisał, że „pęcherz płodowy pękł”, a dalej w dokumentacji, że „po uzyskaniu zgody od pacjentki […], przebito pęcherz płodowy”.

Dr Wójcik nie odpowiedział na moje maile. Szpital „Siemiradzkiego” odmówił komentarza w sprawie porodu Natalii, mimo jej pisemnej zgody na udzielenie mi takiej informacji. Napisał za to, że „w naszym szpitalu rodzące są informowane o podjętych działaniach medycznych i takowe wykonywane są za ich zgodą”.

Sumienie

Nie tego się spodziewałam, gdy zaczęłam czytać o jednej z najlepszych porodówek w Polsce, gdzie rodziły wszystkie moje bohaterki. Ordynatorem i prezesem zarządu niepublicznego Szpitala Ginekologiczno-Położniczego im. Rafała Czerwiakowskiego w Krakowie (popularnie zwanego „Siemiradzkim”) od 2002 roku jest dr n. med. Antoni Marcinek.

Szefuje też fundacji „Pro Humana Vita”. Według jej statutu nadzór nad nią sprawuje Ministerstwo Zdrowia. Do Fundacji należy Przychodnia Zdrowia Rodziny w Krakowie. Pracują tam m.in. ginekolożki specjalizujące się w metodach NPR (naturalnego planowania rodziny) i naprotechnologii, metodzie leczenia niepłodności, niemającej poparcia w badaniach naukowych, ale finansowej przez państwo za rządów PiS-u.

Karmelita Andrzej Zonko wspominał, że zanim na terenie szpitala w 2013 roku powstała mała kapliczka, „dzięki przychylności doktora Marcinka” odprawiał msze w pustych salach operacyjnych albo na korytarzu: „Miałem spokój i pewność, że w żadnej z tych sal nie dokonano aborcji. W szpitalu na Siemiradzkiego nie przepisuje się także antykoncepcji”.

W 2014 roku dr Marcinek podpisał „Deklarację wiary lekarzy katolickich i studentów medycyny w przedmiocie płciowości i płodności ludzkiej”. Powiedział wtedy w wywiadzie dla Radia Kraków, że „lekarz jest narzędziem w ręku Boga”.

W roku, w którym rodziła Gosia, mówił w wywiadzie, że gdy do szpitala przychodzą pacjentki z zaświadczeniem wad u dziecka i chcą dokonać aborcji, „proponuję, że poprowadzę ich ciążę, że im pomogę, na przykład znajdę rodzinę, która to dziecko zaadoptuje”. Ale, „jeśli mimo to kobieta nadal się nie zgadza na kontynuowanie ciąży, to idzie do innego szpitala, gdzie znajdzie lekarza, który ten zabieg wykona. Ja w swoim szpitalu nie dysponuję lekarzem, który by się tego podjął”.

W 2021 potwierdził w wywiadzie, że aborcji nie wykonuje. W 2023 roku oddział noworodków nazwał imieniem Wandy Półtawskiej, lekarki, bliskiej przyjaciółki Jana Pawła II, przeciwniczki rozwodów, antykoncepcji i in vitro.

Aborcja była dla niej zbrodnią i „głupotą inspirowaną diabłem”.

Ministrę Izabelę Leszczynę pytam, czy szpital „Siemiradzkiego” może być finansowany przez NFZ, skoro na konferencji prasowej 31 stycznia 2024 roku powiedziała, że „podmiot leczniczy nie powinien mieć sumienia”.

„Dyrektor szpitala, ordynator oddziału, kierownik jednostki, która ma podpisany kontrakt z NFZ na świadczenia gwarantowane, a terminacja ciąży – gdy jest zagrożenie życia lub zdrowia – jest świadczeniem gwarantowanym, musi zapewnić takie świadczenie. W przeciwnym razie szpital będzie tracił kontrakt z NFZ” – napisała ministra.

Wysyłam mail do szpitala „Siemiradzkiego”: ile zabiegów przerwania ciąży zostało wykonanych tam w ostatnich latach i z jakich powodów? Żadna z moich bohaterek nie była w takiej sytuacji, ale przecież mogła być, jak każda kobieta. Sprawdzam więc, czy bezpieczeństwo kobiet jest w tym szpitalu na pierwszym miejscu. Powołuję się na prawo do informacji publicznej.

Dr Antoni Marcinek: „Nie jest prawdą, że w naszym szpitalu nie wykonuje się zabiegów operacyjnych, w konsekwencji których dochodzi do przerwania życia dziecka. Ma to miejsce w sytuacjach ratowania życia lub zdrowia matki, jak np. zabiegi operacyjne wykonywane w przypadkach ciąż pozamacicznych czy w sytuacjach krwotoków zagrażających życiu matki w trakcie trwania ciąży, a także w innych powikłaniach położniczych w przebiegu ciąży”.

Lekarz nie wspomina, co w sytuacji, gdy jest uzasadnione podejrzenie, że ciąża powstała w wyniku czynu zabronionego, czyli gwałtu.

Ale podaje liczby: od 2019 roku szpital „Siemiradzkiego” zarejestrował siedemnaście zabiegów aborcji. Wykonał je dr Marcinek lub inni lekarze na dyżurze.

Nie trzeba się drzeć, tylko przeć

Basi, podobnie jak Gosi, z powodu nadciśnienia wywołano poród we wrześniu 2023 roku. (Ma 30 lat, chce mówić anonimowo, bo boi się reakcji szpitala).

Jej też błony płodowe doktor Wójcik przebił bez pytania. – Słysząc, że mnie boli, skomentował kpiąco, że chyba nie przygotowałam się do porodu – mówi Basia.

(Szpital odmówił komentarza, powołując się na tajemnicę lekarską, choć bohaterka wydała mi pisemną zgodę na wgląd w jej dokumentację medyczną).

Igę zakwalifikowano do indukcji porodu w 2023 roku ze względu na cukrzycę (38 lat, imię zmienione, „boi się zemsty lekarzy”).

- Wieczorem ginekolożka włożyła mi ręce między nogi i nagle „chlup”, odeszły mi wody płodowe. Nie powiedziała słowa. Skarżyłam się na ból, ale personel poradził mi tylko prysznic i piłkę. Potem czytałam na Facebooku, jak się chwalą, że pomagają mamom walczyć z bólem… Noż kurwa, szlag mnie trafił.

Dopiero jak się poryczałam o czwartej rano, wysłano po anestezjologa. Kurwowałam tam okropnie. Taki super szpital, a ma tylko jednego lekarza do znieczulania?

Przyszedł dopiero dwie godziny później. Parłam, ile mogłam, ale byłam głodna i wykończona. „Nie trzeba się drzeć, tylko przeć” – usłyszałam od położnej. Gdybym akurat nie leżała, to bym ją w pysk strzeliła.

Mała po wyjściu z brzucha była sina, ale ją poklepano i zapłakała. W tym czasie jeden z doktorów pokazał mężowi swój nowy, złoty zegarek: „Ładny mam, co nie?”. Nie zauważyliśmy, że użyto próżnociągu. Nie zapytano nas o zgodę. Córka miała na szczęście tylko delikatny ślad na głowie.

(Iga pokazała mi dokumentację medyczną. Nie zgodziła się jednak, bym rozmawiała z dr. Marcinkiem o jej porodzie).

Monika (32 lata) urodziła córkę w „Siemiradzkim” w 2020 roku. Zgłosiła się do szpitala, bo przestała czuć ruchy dziecka. Została zakwalifikowana do indukcji. – Ładowano we mnie duże dawki oksytocyny, a to może być początek złego porodu — wspomina.

Cały czas czuła, że coś jest nie tak i wrzeszczała: „wyjmijcie to dziecko!!”.

- Lekarz zareagował po trzech godzinach mojej udręki. A jak zrobili cięcie, okazało się, że mała jest przyduszona.

(Z dokumentacji medycznej: „wydobyto córkę opętloną wokół szyi i tułowia”. Dostała sześć punktów w skali Apgar).

– Może gdybym nie zareagowała, nie byłoby nas tu razem? Dlaczego nikt mnie nie słuchał?

(Szpital odmówił komentarza).

Nieuchwytny pan doktor

Pierwszego maila do szpitala z listą pytań, także na temat moich bohaterek wysłałam w grudniu 2023 roku. Wyślę ich w sumie piętnaście. Odpowiedzi szpitala są fragmentaryczne albo żadne. Pod koniec stycznia proponuję rozmowę telefoniczną z dr. Marcinkiem.

Nie dostaję odpowiedzi, więc piszę do innych lekarzy i położnych, pracujących w „Siemiradzkim”. Nie odpowiadają. Proszę o pomoc znajomą pielęgniarkę z Krakowa, która zna osoby tam pracujące. Po kilku dniach pisze, że ordynator to według nich „bóg, pan i władca” i „zaraz je dojedzie, jak się dowie, która rozmawiała”.

Dopiero pod koniec lutego dr Marcinek odpisuje, że jest gotowy spotkać się ze mną, ale tylko na żywo. Kupuję bilety samolotowe na kolejny tydzień, bo sekretarka przekazuje mi, że doktor będzie w szpitalu obecny.

W końcu się nie spotkamy, bo doktor ma jednak plany operacyjne i konferencję. Mimo to idę do „Siemiradzkiego”, na korytarzach pusto, doktora nie ma. Według jednej z położnych cały tydzień był na urlopie.

W Krakowie spotykam się z Natalią, a także z Alicją (40 lat), która rodziła w „Siemiradzkim” cztery razy (ostatnio w 2020 roku), ale tylko dlatego, że bała się, że w innym szpitalu będzie jeszcze gorzej. – Nie spotkała mnie żadna tragedia, dzieci rodziły się zdrowe. Dwa porody były indukowane, ale nikt nie powiedział mi dlaczego. To miejsce, gdzie człowiek jest tylko pacjentem.

Każe nam się związać włosy, zdjąć pierścionki, zmyć makijaż, założyć koszulę nocną, ogolić krocze.

Mamy zniknąć. Nie przeszkadzać, jakbyśmy to nie my były głównymi bohaterkami tego spektaklu. I nawet najmocniejsze nie dają sobie głosu. Przy każdym porodzie ciągle za wszystko przepraszałam. Jak odeszły mi wody na szpitalnym korytarzu, było mi wstyd i chciałam lecieć po mopa. Dobre gesty zbierałam jak skarby: wystarczyło jak raz, w trakcie podawania znieczulenia, pielęgniarka pozwoliła mi oprzeć głowę na jej brzuchu i mnie pogłaskała. Będę jej za to wdzięczna do końca życia.

Wszystkie bohaterki dopytują mnie, czy dr Marcinek w końcu się ze mną spotkał.

- Widocznie nie ma na temat naszego zdrowia nic do powiedzenia. – komentuje Natalia.

Jawne dane

Kiedy można wywołać poród? Pytam o to dr Gizelę Jagielską, dyrektorkę Powiatowego Zespołu Szpitali w Oleśnicy. Ma wysoką liczbę indukcji (60 proc.), bo specjalizuje się w patologii ciąży.

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) zaleca, by nie było ich więcej niż 10 proc. Tymczasem w Polsce wyniki ostatniej kontroli NIK-u na oddziałach położniczych w 2016 roku wykazały, że u 79 proc. pacjentek wykonano jedną z interwencji medycznych, w tym przebicie pęcherza płodowego. Badania „Rodzić po ludzku” z 2018 roku potwierdziły, że jest ich co najmniej 40 proc. W innych krajach o najwyższym dochodzie jest ich o połowę mniej, ale ta liczba wzrasta.

- Na zwykłych porodówkach powinno się to zdarzać tylko w szczególnych przypadkach: przedwczesne odejście wód płodowych, cukrzyca, nadciśnienie… – mówi dr Jagielska. – Korzyści wywołania porodu jest wiele, choćby zmniejszenie umieralności i zachorowalności okołoporodowej płodu i noworodka, a także zminimalizowanie powikłań u matki. Z drugiej strony indukcja jest medykalizacją. Często dochodzi do kaskady interwencji medycznych, których finałem może być cesarka. Ale zdarza się, że kobiety proszą o indukcję, bo chcą zaplanować dzień porodu. Pacjentki są też coraz starsze i otyłe, co zwiększa ryzyko powikłań oraz konieczność wywołania porodu wcześniej.

Badania WHO sugerują też, że szpitale zbyt często porody przyspieszają. Prof. Barbara Baranowska, naukowczyni z Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego w Warszawie powiedziała mi, że trzeba „edukować i wspierać kobiety, żeby nie zgłaszały się do szpitala po pierwszych skurczach. Kiedy trafiają tam za wcześniej, leżą, nic się nie dzieje, więc się je indukuje. Brakuje nam cierpliwości i szacunku do natury w takiej sytuacji”.

Dr Jagielska zwraca mi uwagę na to, że sytuacja w Polsce mogłaby się poprawić, gdyby Ministerstwo Zdrowia zbierałoby dane na temat indukcji. Rozporządzenie w sprawie standardu opieki okołoporodowej z 2018 roku zobowiązuje szpital do monitorowania wskaźników m.in. indukcji porodu, ale nie określa, co dalej z tymi danymi ma się stać.

Dr Jagielska je zbiera, bo uważa ich analizowanie za podstawę dobrego funkcjonowania szpitala. Dzięki temu udało jej się, na przykład ograniczyć nacięcia krocza z 45 proc. do czterech w ciągu trzech lat, a cesarki — z 71 do 24 proc.

Według Prof. Baranowskiej „powinna istnieć lista z góry określonych wskaźników jakości opieki (np. odsetek indukcji), wykorzystywanych do sporządzania raportów statystycznych, które są regularnie udostępniane i omawiane przez personel. Zgodnie z moją najlepszą wiedzą, ministerstwo niestety nie wymaga takich danych”.

Powołując się na dostęp do informacji publicznej, proszę szpital „Siemiradzkiego” o podanie procentu ciąż indukowanych i powodów ich wykonania.

Dr Marcinek pisze, że „szpital funkcjonuje na III stopniu referencyjności, co skutkuje zwiększonym udziałem pacjentek z szeroko pojętą patologią ciąży” i podkreśla, że „podanie takich danych za ostatnie 6 lat wymagałoby zaangażowania minimum 2 lekarzy rezydentów lub specjalistów ginekologów-położników na okres co najmniej pół roku”.

Dlaczego szpitale nie raportują do Ministerstwa Zdrowia danych o stosowaniu indukcji? To powinna być informacja publiczna i osoby rodzące mają prawo to wiedzieć.

Dobry poród to przypadek

- Czy w szpitalu „Siemiradzkiego” czułaś się traktowana z godnością? – zapytałam moje bohaterki.

- Nie — odpowiedziały.

Szpital twierdzi, że gdy Gosia rodziła w 2018 roku, było respektowane rozporządzenie o opiece okołoporodowej z 2012 roku, a również, że „personel szpitala cechuje się wrażliwością i odpowiada na potrzeby zgłaszane przez pacjentki, pomagając im w trudach porodu, jak i pierwszych dniach po nim”.

Czytam więc oba rozporządzenia Ministerstwa Zdrowia (z 2012 i 2018 roku): „rodzącą traktuje się z szacunkiem oraz umożliwia się jej udział w podejmowaniu decyzji. Należy zapytać o jej potrzeby i oczekiwania, a pozyskane informacje wykorzystać do wspierania i kierowania rodzącą podczas porodu”. Personel „każdorazowo uzyskują zgodę rodzącej lub jej przedstawiciela ustawowego na wykonanie zabiegów i badań”.

Minister Leszczyna pisze, że „każda Pacjentka ma prawo do wyrażenia zgody na przeprowadzenie badania lub zabiegu oraz uzyskania od pielęgniarki i lekarza informacji, która powinna być przekazana w przystępnej formie. To musi działać – pacjentki muszą znać swoje prawa, a pielęgniarki i lekarze je respektować. To nie mogą być martwe przepisy”.

Tymczasem Gosi, Basi, Idze i Alicji wywołano poród z powodów medycznych, ale żadna nie została poinformowana o procedurze przed jej wykonaniem. Według Natalii i Moniki indukcja nastąpiła bez powodu i bez ich zgody. Czterem z sześciu moich bohaterek przebito błony płodowe bez uzyskania pozwolenia tuż przed zabiegiem.

Margo Sikora-Borecka, doula działająca w Fundacji „Rodzić po ludzku”, mówi mi, że wszystko to są elementy przemocy ginekologicznej i położniczej, i że w wielu szpitalach rozporządzenia okołoporodowe nie są nawet respektowane w połowie. – Według naszych badań ponad 54 proc. rodzących kobiet doświadczyło nadużyć związanych z zachowaniem personelu lub z niedopełnieniem procedur – a z tej liczby prawie 17 proc. doświadczyło przemocy.

Zdaniem Joanny Pietrusiewicz, prezeski fundacji, musimy się zastanowić, co powinno się zmienić w systemie opieki zdrowotnej, by wszyscy czuli się dobrze traktowani, bo wiele szpitali wciąż działa jak fabryki. – Nawet po trudnych porodach, personel nie ma dostępu do superwizji. Pracują po osiemdziesiąt godzin tygodniowo.

Dobry poród wciąż jest kwestią przypadku.

Brakuje porządnych fundamentów, przez co cały system się chwieje i nawet w najwyżej ocenianych szpitalach dochodzi do przypadków takich jak Gosi — mówi Pietrusiewicz.

Gdy pytam ministrę Izabelę Leszczynę o respektowanie rozporządzenia okołoporodowego, odpisuje: „To akt prawny powszechnie obowiązujący, dlatego jego stosowanie w szpitalach nie może być fikcją. To moje zadanie – szpitale muszą zacząć realizować te standardy. Te przepisy muszą wreszcie obowiązywać. Kobieta musi być na pierwszym miejscu. […] Niech poród dobrze się kojarzy rodzącym kobietom. Nie może być traumą”.

Gosia. To się robi raz, dwa

Nigdy nie zapomnę, kiedy dotknęłam jej po raz pierwszy. Moją córkę. Dostałam ją na brzuch, taką gładką i ciepłą, martwiłam się, że jej zimno, za oknem śnieg, a jej każą wyłazić. Płakała, zaczęłam ją uciszać i od razu położna zganiła, że tak nie można. A ja — wina. Ja — najgorsza matka.

Ból w kroczu poczułam dopiero, gdy pielęgniarki zabrały mi dziecko do mierzenia i ważenia. W trakcie porodu ktoś ostrzegł, że mnie natnie, bo mała nie może swobodnie wyjść. Mój chłopak powiedział mi później, że użyli też kleszczy.

Rwanie zaczęło się, kiedy położna zszywała mi ranę. Mówiłam, że boli, więc ostrzykiwała mi krocze w kilku miejscach. Szlochałam i pytałam ją, kiedy to się skończy. Wtedy do sali wpadł ten starszy doktor. – Co tak wolno? – pytał, był zły. Ona odpowiedziała, że stara się, bym jak najmniej cierpiała. A on, że to się robi raz, dwa.

Nie wiem co się później działo, bo tak mnie bolało, że odłączyłam głowę.

Założyli mi sześć szwów. Nie mogłam siedzieć przez wiele miesięcy. Ze strachu nie zaglądałam sobie nigdy między nogi. Bliznę czułam pod palcami, długą i grubą. Sześć lat później podczas okresu wciąż mnie to miejsce boli i tak puchnie, że nie mogę długo siedzieć w jednej pozycji.

Nie mówiłam o tym nikomu, przez półtora roku nie poszłam do ginekologa, tak się bałam lekarzy. Kiedy w końcu się zapisałam, lekarz uznał, że rana ładnie się zagoiła. Gdy opowiedziałam o dolegliwościach, uznał, że nic się z tym już nie da zrobić.

Sama szukałam rozwiązań w internecie i ćwiczenia mięśni Kegla trochę pomogły. Ale ból co miesiąc jest ten sam.

Przeczytaj także:

Głosy matek. Ból

Tak samo, jak Gosia, 63 proc. rodzących zeznało w rankingu „Głos matek”, że w „Siemiradzkim” nie dostało znieczulenia w trakcie szycia krocza. Tymczasem to jedno z najbardziej wrażliwych miejsc w ciele. – Wielu lekarzom brakuje uważności — powiedziała mi dr n. med. Ewa Baszak-Radomańska z poradni „Terpa” w Lublinie, specjalizująca się w leczeniu chorób sromu i bólu przewlekłego w ginekologii.

- Ostrzykiwanie odpowiednim środkiem przed założeniem szwów na nacięte krocze może być niewystarczające lub nieodpowiednio wykonane. Tymczasem wystarczy odczekać 1-2 minuty. Pacjentki ma nie boleć — takie jest nowoczesne podejście w medycynie.

Szpital napisał, że znieczulenie miejscowe podczas szycia krocza stosuje „zasadniczo w przypadku, kiedy rodząca nie była z tych czy innych przyczyn znieczulona w procedurze ZOP [znieczulenie zewnątrzoponowe]. W przypadkach zastosowania procedury ZOP, znieczulenie do szycia krocza jest standardowo pogłębiane. Trudno się więc zgodzić z przytoczonymi danymi”.

Ministra zdrowia skomentowała, że „każdy pacjent w Polsce ma prawo do leczenia bólu”.

Gosia. Zapalenie piersi

Córce dałam imię po mojej mamie. Teraz ma sześć lat. Po porodzie chciałam karmić piersią, bo pomyślałam, że to może nasze ostatnie chwile razem, ale nie miałam mleka. Ona bardzo płakała, chyba z głodu. Tylko że nic nie leciało.

W nocy poprosiłam o pomoc panią od laktacji,

przyszła, pomacała piersi, uznała, że mleko jest i poszła.

Rano lekarz na obchodzie ochrzanił mnie, że dziecko traci na wadze i że mam ją częściej przykładać do jedzenia.

Próbowałam i płakałam razem z nią, aż w końcu dali mi mleko w proszku. I znowu — wina. W drugim dniu po porodzie i dwanaście godzin przed ostateczną decyzją dostałam ataku paniki. Wrócić do domu bez dziecka. To było źródło mojego smutku. Chciałam zobaczyć się z psychologiem albo psychiatrą. Przeczytałam w internecie, że mam do tego prawo. W zamian pielęgniarka dała mi tabletki ziołowe na uspokojenie, których mogłam zjeść całą garść, i tak nic by mi nie dały.

Trzeciego dnia — pożegnanie. Mój chłopak też przyszedł. Trzymałam ją w objęciach i nie chciałam puścić.

W domu z piersi trysnęło mleko. Było go tyle, że ściągałam do butelek i wylewałam do zlewu. Po dwóch dobach w nocy obudziły mnie tak silne drgawki, że w kroczu puściły dwa szwy. Miałam zapalenie piersi. Mleko odciągałam przez prawie trzy miesiące, aż dostałam miesiączki.

Tydzień po porodzie musiałam wrócić do szpitala, bo ktoś się pomylił i dał mi wypis z dzieckiem. To była tortura, ale przy okazji zajrzałam do córki, która była w pogotowiu opiekuńczym. Serce mi pękało. Pojechałam do urzędu wyrobić jej dokumenty. Sama, bo mój chłopak odmówił pomocy.

Na rozprawie pani sędzina odczytała postanowienie, że zrzekam się praw do córki. Raz na zawsze. Słyszę jak przez ścianę jej głos: po adopcji zmieni się numer PESEL dziecka. Już nigdy jej nie znajdę. Ja — wina.

Wracam autobusem do domu. Wciąż pada śnieg. Muszę iść do pracy, do sklepu, na studia, urlopu macierzyńskiego przecież nie mam, bo nikt mnie nie informuje, że mi przysługuje.

Przez kolejny rok, gdy widzę kobietę z dzieckiem, to wyję. Z chłopakiem koniec. Ciąża, poród i dziecko znika. Tylko ja mam ciągle blizny.

Czy jesteście gotowe na pomoc?

Szpital „Siemiradzkiego” na pytania o potrzeby pacjentek oddających dzieci do adopcji napisał, że wyróżnia go „wieloletnia współpraca z Domem Samotnej Matki, można z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że mamy na tym polu największe doświadczenie wśród szpitali co najmniej w Małopolsce. Pomagamy kobietom w różnych życiowo traumatycznych sytuacjach, w tym także tych związanych z decyzją o oddaniu dziecka do adopcji”.

Szpital wyjaśnił też, że „specjaliści zawsze w razie potrzeby byli wzywani do pacjentek. W 2022 roku utworzyliśmy specjalny, dedykowany zespół psychologów, który na bieżąco wspiera pacjentki w trakcie pobytu w szpitalu”.

Ani Basia i Iga, które rodziły w 2023 roku, ani Natalia, Monika czy Alicja takiej pomocy nie otrzymały. Żadna z nich, tak samo jak Gosia, nie otrzymała też skutecznej porady jak karmić piersią (szpital napisał w mailu, że „w 2018 roku, a nawet dużo, dużo wcześniej na odcinku położniczym pracowali doradcy laktacyjni. Każda pacjentka miała możliwość skorzystania z poradnictwa laktacyjnego”).

Gdy Monika raz poskarżyła się na Facebooku szpitala, kiedy po raz kolejny chwalił się swoimi sukcesami, otrzymała odpowiedź: „Drogie Mamy, jeśli prosiłyście o pomoc, to na pewno nikt Wam jej nie odmówił. Czasem niestety zdarza się, że nie jesteście gotowe na jej przyjęcie”.

Czy kobiety się skarżą?

Pytam Gosię, czy myślała, by złożyć skargę do Rzecznika Praw Pacjenta. Mogłaby to zrobić ze względu na brak dostępu do informacji, jakość leczenia i naruszenie godności. Potencjalnie mogłaby dostać zadośćuczynienie, a ona od lat ma problemy finansowe i nie stać jej na pomoc psychologiczną ani uroginekologiczną.

- Nie, nigdy. Miałam tylko 21 lat, byłam przerażona i chciałam jak najszybciej zapomnieć — odpowiada.

- Czy kobiety się skarżą? – pytam Rzecznika Praw Pacjenta. Spośród moich bohaterek, zdecydowała się na to tylko jedna. Natalia, która żałowała, że nie uciekła z porodówki, powiedziała mi, że sama nie miałaby na to siły, ale pomógł jej mąż, obecny przy porodzie. Sprawa jest w toku.

Szpital „Siemiradzkiego” zaznaczył, że skargi pacjentek „podlegają analizie, a personel, którego dotyczą, jest proszony o przedłożenie stosownych wyjaśnień. Takie sytuacje omawiane są szczegółowo na odprawach z personelem medycznym. Z naszej praktyki wynika, że pacjentki, które mają jakiekolwiek uwagi do opieki okołoporodowej lub do zachowania poszczególnych osób z personelu, mają możliwość niezwłocznej ich komunikacji”.

W oficjalnym piśmie od Rzecznika Praw Pacjenta czytam: „W odniesieniu do problemów ginekologiczno-położniczych w latach 2022-2023, RPP zarejestrował 3886 sygnałów”. Najmniej sygnałów, które wpłynęły do Rzecznika, dotyczyło prawa do poszanowania intymności i godności — 79. Spośród nich dwie sprawy zostały zakończone stwierdzeniem naruszenia praw pacjenta. „Można założyć, że to się zdarza nieco częściej. Tak sygnalizują nam organizacje pozarządowe, z którymi ściśle współpracujemy” — napisał Rzecznik.

„Jedną z przyczyn jest fakt, że pacjentki decydują się na zgłoszenie sprawy przede wszystkim w sytuacji bardzo poważnego naruszenia prawa. Niejednokrotnie nie wiedzą, że mogą takie sytuacje zgłaszać anonimowo na infolinię Rzecznika Praw Pacjenta, do czego zachęcamy”.

Ministra Izabela Leszczyna napisała w komentarzu, że „kobiety muszą czuć się bezpieczne na oddziałach położniczych, a ich prawa muszą być respektowane. Dlatego wprowadzamy w życie pakiet „Bezpieczna, świadoma Ja”. Planujemy akcję informacyjną w szpitalach”.

Mogłam być tylko matką dwudniową

Kiedy moja córka miała trzy miesiące, napisałam długi list do jej nowych rodziców. Wytłumaczyłam, dlaczego ją oddałam, napisałam, jak bardzo tęsknie. Wysłali jej zdjęcie, ale podkreślili, że nie chcą kontaktu. Życzyli, by Bóg miał mnie w opiece.

Po sześciu latach staram się sobie wybaczyć. Nadal kocham moją córkę, myślę o niej codziennie, ale pocieszam się, że oddałam ją ludziom, którzy byli w stanie dać jej coś, czego ja nie mogłam.

Nie byłabym dobrą mamą. No i ten poród przekreślił marzenie, by kiedyś znów nią być.

Aż do pobytu w szpitalu czułam się silna i sprawcza. Sama przecież podjęłam decyzję o adopcji, znalazłam ośrodek, chodziłam do ginekologa, zadbałam o przyszłość dziecka.

Ten lekarz sprawił, że poczułam się bezwartościowa.

Ja wiem, że to wszystko, co przeżyłam w szpitalu, może brzmi jak nic takiego, ale mnie upokorzyło. Dopadła mnie depresja, miałam dwie próby samobójcze, a studia rzuciłam dwa tygodnie przed licencjatem.

Opowiadam moją historię, by uwolnić inne kobiety od poczucia winy. Mnie ono niszczy. Gdybym wróciła do domu z córką, zostałabym uznana za puszczalską. Aborcja — najgorsze zło. Adopcja — wyrodna matka. Nie było dobrego rozwiązania. Widocznie mogłam być tylko matką dwudniową.

Bohaterki

W jednym z wywiadów dr Antoni Marcinek powiedział, że „macierzyństwo to niesłychanie trudne posłannictwo” i że każda kobieta jest dla niego bohaterem.

A Gosia, Natalia, Basia, Iga, Monika i Alicja? Czy mogą być jedynie bohaterkami reportażu o porodowej traumie?

Za pomoc dziękuję Justynie Dąbrowskiej, autorce książki „Przeprowadzę cię na drugi brzeg. Rozmowy o porodzie, traumie i ukojeniu”.

Jeśli doświadczyłaś trudnej sytuacji na porodówce i chcesz o tym opowiedzieć, napisz: [email protected]

This reporting was supported by the International Women’s Media Foundation’s Howard G Buffett Fund for Women Journalists

;

Udostępnij:

Anna Pamuła

Anna Pamuła, niezależna dziennikarka, pisała m.in. dla Gazety Wyborczej, Parents we Francji i Time’a w USA. Autorka książek "Polacos. Chajka płynie do Kostaryki" i "Wrzenie. Francja na krawędzi". Jej najnowsza książka reporterska "Mamy do pogadania" traktuje o macierzyństwie na świecie i stygmatyzacji związanej ze zdrowiem reprodukcyjnym kobiet. Współpracuje jako redaktorka i lokalna producentka z Martyną Wojciechowską. Wspólnie napisały "Co chcesz powiedzieć światu". Razem z Martą Frej tworzy projekt "Tabubabki". Stypendystka Pulitzer Center i IWMF (International Women's Media Foundation). Mieszka we Francji.

Komentarze