0:00
Prawa autorskie: Robert Kuszyński/OKO.pressRobert Kuszyński/OKO...
13 listopada 2021

Rodzić po ludzku? Raczej wcale, nie w tym kraju. Strach lekarzy przed donosem zabija położnictwo

Podczas ciąży i porodu lekarz może za nas decydować na szkodę kobiet, mając świadomość, że podejmuje ryzyko kosztem naszego zdrowia czy życia. Już sama nie wiem, co gorsze: fanatyzm polityków czy strach lekarzy przed donosem, przed prokuratorem - mówi szefowa fundacji Rodzić po ludzku

Wydrukuj

Piotr Pacewicz, OKO.press: Fundacja Rodzić po ludzku alarmuje, że z porodami w IV fali pandemii i po wyroku Trybunału Julii Przyłębskiej jest źle.

Joanna Pietrusiewicz, szefowa Fundacji Rodzić Po Ludzku: Z każdym dniem, zwłaszcza po ujawnieniu tragedii Izabeli z Pszczyny, dostajemy coraz więcej maili i telefonów od zaniepokojonych kobiet. Pytają, jakie właściwie mają prawa. Nie chodzi nawet o to, żeby ustalić konkrety – kiedy przerwanie ciąży byłoby legalne, a kiedy nie. Przeważają obawy o to, czym kieruje się lekarz czy lekarka w swojej praktyce. Zachwiało się poczucie bezpieczeństwa.

Pytają kobiety w ciąży czy takie, które planują dziecko?

Mam smutne wrażenie, że coraz więcej jest takich, które właśnie przestały planować. Przed wyrokiem tzw. TK z października 2020 roku doradzałyśmy kobietom, by szukając porady ginekologicznej czy położniczej unikały lekarzy, którzy podpisali klauzulę sumienia [„powstrzymywania się od wykonywania świadczeń medycznych niezgodnych z sumieniem”; tu wybór tekstów w OKO.press - red.] i szukały po prostu miejsca, które budzi ich zaufanie. Teraz trochę nie wiadomo, co doradzać, bo trudno zweryfikować wzmożony lęk, jaki odczuwają lekarze i lekarki. Jako pacjentki czy jako fundacja nie możemy tego zdiagnozować.

Nie zadamy przecież pytania, czy pan/pani doktor boi się narazić na sankcję za przerwanie ciąży w celu ochrony zdrowia i życia kobiety z kafeterią odpowiedzi od „panicznie" do "wcale".

Nawet znani lekarze, ludzie bezkompromisowi i zasłużeni dla humanizacji porodów jak dr Maciej Socha, ordynator szpitala na Zaspie w Gdańsku, przyznają, że „lekarz się boi przerwać ciążę, bo wie, że znajdą się osoby, które uważają, że przecież sepsę można leczyć, a aborcja to morderstwo. Taki mamy klimat polityczny".

Mnie poruszyła wypowiedź w TVN 24 prof. Mirosława Wilgosia, konsultanta krajowego w dziedzinie perinatologii, do niedawna rektora Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, i szefa dużej kliniki, że lekarze mają "związane ręce, bo w medycynie dużą rolę odgrywa polityka, religia, Kościół. I że nie można od lekarza oczekiwać heroizmu". Jeśli tak mówi człowiek z taką pozycją, to możemy się tylko domyślać, jaki jest efekt mrożący w mniejszych ośrodkach.

Art. 152 kodeksu karnego stwierdza, że „kto za zgodą kobiety przerywa jej ciążę z naruszeniem przepisów ustawy, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3".

Żyjemy w czasach, w których prawo nie tylko nie wspiera kobiet, ale nas dyskryminuje. Politycy - w większości mężczyźni, choć z udziałem takich pań jak Julia Przyłębska czy Krystyna Pawłowicz - odebrali nam decyzyjność w sprawach naszego własnego zdrowia i życia. Dura lex sed lex, cytował ostatnio prezes Kaczyński. I twarde, okrutne prawo uderza nie tylko w kobiety, ale we wszystkich, którzy i które mogłyby nas wspierać. Sumienie lekarskie jest wystawione na ciężką próbę.

Jak to się przekłada na sposób przeżywania ciąży i porodu?

A jak ma się przekładać? Jeśli boimy się, czym kieruje się nasza lekarka czy lekarz, i już nie chodzi nawet o jej czy jego światopogląd, ale o zwykły strach przed donosem, przed prokuratorem, to wracamy do jakiegoś makabrycznego ciemnogrodu. Nauki medyczne przestają być jedyną przesłanką, już nie tylko nasze zdrowie i życie wyznacza to, jak lekarz z nami postąpi.

Widzimy czarno na białym, że ktoś może za nas decydować na naszą szkodę, w dodatku mając świadomość, że podejmuje ryzyko kosztem naszego zdrowia czy życia i wie, że tego nie należałoby robić. Powtarzam to kolejny raz, ale taki jest przekaz od kobiet, który dostajemy. Już sama nie wiem, co gorsze. Czy politycy, którzy ustalili w imię swoich poglądów a może nawet kalkulacji wyborczych, żeby nam zabrać prawo do ochrony własnego zdrowia i życia? Czy lekarz, który tego nie popiera, ale chce chronić siebie? Fanatyzm czy strach?

W tekście „Demograficzne zaduszki" pisaliśmy, że w stanie wojennym i po nim wystąpił wzrost urodzeń (w 1983 roku - aż 724 tys.), bo ludzie w opresji zbliżali się do siebie. Zamknięcie pandemiczne nie dało podobnego efektu, wręcz przeciwnie w 2021 roku urodzeń będzie rekordowo mało ok. 332 tys., przy ok. 470 tys. zgonów.

Taka analogia nie byłaby uzasadniona. Kobiety są dziś bardziej świadome niż 40 lat temu, czym jest macierzyństwo i mają znacznie wyższe oczekiwania dotyczące opieki medycznej, porodu, warunków wychowywania dzieci.

Epidemia uderzyła we wszystkie źródła naszego poczucia bezpieczeństwa.

Byłam na marszu upamiętniającym Izabelę z Pszczyny, rozmawiałam z uczestniczkami. Sama mam 19-letnią córkę, która mówi, że nie wie, czy zdecyduje się na ciążę w tym kraju. W odpowiedzi na politykę państwa i jej skutki młode kobiety nie chcą mieć dzieci. Ich odpowiedzią, ich protestem jest zmiana planów reprodukcyjnych.

Wolałabym, żeby wyraziły swoją złość inaczej, częściej wychodziły na ulice, wrzeszczały, stawiały opór. Ale ich opór jest taki, jaki jest - nie będą zachodzić w ciążę.

Kiedy w 1994 roku ogłaszaliśmy akcję „Rodzić po ludzku" zażądaliśmy konkretnych zmian: porodów rodzinnych, systemu rooming in (noworodek z matką w pokoju), swobody wyboru pozycji rodzenia, odwiedzin w szpitalu, szkół rodzenia. W tysiącach ankiet, które wypełniały rodzące, oceniały one także zachowania personelu, za serdeczność lekarzy i położnych szpitale w naszych „Przewodnikach" dostawały „serca"

Relacja z położną i lekarzem to rzecz kluczowa w trakcie ciąży a potem porodu, a poczucie zaufania do nich jako specjalistów i jako ludzi jej najważniejszym jej składnikiem. Poród to szczególne doświadczenie, w którym kobieta musi pozwolić sobie na utratę kontroli, bo naszym ciałem zaczyna rządzić instynkt - siły, którym chcemy i musimy się poddać. Aby to zrobić bez przerażenia musimy czuć się całkowicie bezpieczne, pewne, że nic nam nie zagraża, że ludzie którzy nam pomagają, kierują się wyłącznie oceną naszej indywidualnej sytuacji, skupiają uwagę wyłącznie na naszym zdrowiu, kierują się naszym indywidualnym dobrem. Wyrok tzw. TK zachwiał tym wszystkim, a tragedia w Pszczynie pokazała w szczegółach, na czym polega zmiana sytuacji.

Wielu z nas, ojców obecnych przy porodzie, ma faktycznie wrażenie, że w trzeciej fazie porodu działa jakaś potężna siła, rodząca się jej poddaje, „odpływa" także od nas (co dla męskiej miłości i próżności bywa nawet przez chwilę rozczarowujące).

Poród pod tym względem przypomina seks, oddajesz część kontroli, odpływasz do innego świata. Oczywiście tu dochodzi ból (jeśli nie było znieczulenia). Ale akt porodu - tak jak akt seksualny - wymaga poczucia, że nikt tego z zewnątrz nie zakłóci. Tylko w warunkach intymności i bezpieczeństwa właściwe przeżycie emocjonalne, duchowe, rodzinne będzie możliwe.

To dotyczy całej ciąży. Wszystko ulega zakłóceniu, kiedy czujemy, że to my powinniśmy sprawdzać, jakie są wyniki badań, stan płodu, przebieg porodu. Zastanawiać się, czy zastosowane procedury są optymalne. Nawet WHO mówi wprost, że kobiety muszą mieć prawo do profesjonalnej opieki i pozytywnego doświadczenia ciąży i porodu, które są przecież wyzwaniem dla każdej z nas. Tworzenie prawa, które w konsekwencji wprowadza dodatkowy lęk o swoje życie to...

Brakuje mi słowa, jak to nazwać, to coś, jak z opowieści „Podręcznej", do głowy by mi nie przyszło, że coś takiego zdarzy się w Polsce.

Nie chcę oskarżać lekarzy, winę widzę w politykach, którzy uznali, że wiedzą lepiej, jak kobieta ma rodzić, jak ma żyć. Negatywną presję wywierają także fundamentaliści - tzw. obrońcy życia np. spod znaku Kai Godek. Władze twierdzą, że zakazując aborcji uprawiają politykę pronatalistyczną i prorodzinną, co urąga tym nazwom. Płacimy za to my, kobiety.

Fundacja Rodzić po ludzku ogłasza zbiórkę na fundusz interwencyjny. „Musimy wzmocnić nasze działania, bo sytuacja na porodówkach jest zła".

Rozmawiamy głównie o konsekwencjach wyroku tzw. TK, ale dochodzą do tego fatalne skutki pandemii. Jak wiemy z ponad 10 tys. ankiet kobiet, które urodziły w 2020 roku, standardy rodzenia po ludzku, o których mówiłeś i które dzięki naszym działaniom znalazły się w rozporządzeniach rządowych, były często naruszane. Już wcześniej były z tym kłopoty, ale nie takie jak teraz.

Akcja „Rodzić po ludzku” (1994-1995) a potem działania fundacji o tej samej nazwie, odmieniły polskie porodówki. Przyjęte w 2012 „standardy opieki okołoporodowej” były sukcesem ruchu w obronie praw rodzących. Wprowadzenie standardów opieki okołoporodowej rozporządzeniem Ministra Zdrowia z 20 września 2012 r., było efektem wielu lat starań o godne rodzenie. Prace nad nimi ministerstwo zdrowia zainicjowało w czasach prof. Zbigniewa Religi. Powołany w 2007 r. przez Religę Zespół Ekspertów (położnicy i neonatolodzy, położne oraz „strona społeczna” reprezentowana przez Fundację Rodzić po Ludzku) stworzył dokument, którego celem było ograniczenie nadmiernej medykalizacji porodu fizjologicznego i przestrzeganie praw pacjentek.

W zespole starły się racje lekarzy, w tym konserwatystów stojących na stanowisku, że lekarz wie lepiej, i ruchu Rodzić po Ludzku, który broni opinii, że poród to nie kolejny zabieg medyczny, a rodząca kobieta nie jest „pacjentem”. Społeczniczki przekonały oponentów – przyjęte standardy w znacznym stopniu wyrażały postulaty ruchu Rodzić po ludzku.

Standardy opisywały szczegółowo prawa kobiet do porodu, w którym mają maksimum swobody i traktowane są podmiotowo. Personel ma je traktować jak partnerki, pytać o opinie, ograniczać ingerencje do niezbędnego minimum.

Zapewniają prawo do wyboru pozycji rodzenia, obecności osoby towarzyszącej, pełnej informacji i możliwości odmowy rutynowych zabiegów, niezakłóconego kontaktu z dzieckiem. Standardy skłaniają personel do podmiotowego traktowania rodzącej.

Personel powinien „aktywizować rodzącą do czynnego udziału w porodzie poprzez pomoc w wyborze sposobu prowadzenia porodu i zachęcanie do stosowania różnych udogodnień i form aktywności (…) takich jak spacer, ćwiczenia z piłką czy workiem sako, rozciąganie przy drabinkach, immersja wodną (kąpiel), znajdowanie optymalnych pozycji podczas całego porodu”.

Standard stwierdza, że rutynowe zabiegi – jak golenie włosów łonowych czy lewatywa, a także nacinanie krocza – można zrobić tylko na wyraźne życzenie rodzącej i za jej zgodą.

W czasach rządów PiS standardy opieki okołoporodowej stały się przedmiotem dwuletniego sporu społeczniczek z ministrem zdrowia Konstantym Radziwiłłem

W 2020 roku aż 62 proc. kobiet nie mogło - choć chciało - rodzić w obecności bliskiej osoby. Względy epidemicznego zagrożenia, często wyolbrzymione, sprawiły, że nie pozwolono, by podczas tak ważnego wydarzenia w życiu miały obok kogoś, kogo kochają i z kim chcą te chwilę przeżyć. Prawie 15 procent kobiet zmuszono do porodu w maseczce!

Wrócił też koszmar, jaki był udziałem rodzących w PRL i potem jeszcze w latach 90. Aż co piąta kobieta podczas porodu doświadczyła przemocy słownej. Ktoś na nią krzyczał, ktoś kpił lub pozwalał sobie na niestosowne komentarze.

Pamiętam, że w pierwszych listach i ankietach w akcji Rodzić po ludzku kobiety przysyłały przerażające przykłady odzywek personelu.

Teraz też: "Zrobiłaś sobie tatuaże, to i poród wytrzymasz"; "Czego ona tak wyje?", "Po co się tak drzesz, przecież dziecko rodzisz, bębenki w uszach mi popękają". Ograniczono podmiotowość rodzącej, wykonywano zabiegi medyczne bez jej zgody, nie pozwalano decydować o pozycji rodzenia. W przypadku zakażenia COVID-19 matkom wbrew ich woli - i wbrew zaleceniom medycyny światowej - odbierano dzieci, uniemożliwiano karmienie piersią. A kobieta ma przecież prawo podejmować decyzje dotyczące siebie i swojego dziecka!

Dyrektorzy niektórych placówek żądali zaświadczeń o szczepieniach od rodzących lub ich rodzin, choć nie ma takich zaleceń konsultantów krajowych. Można w tym widzieć sens, ale jest to zarazem dyskryminujące, bo nie żąda się takich zaświadczeń od pasażerów zatłoczonego tramwaju, nauczycieli, fizjoterapeutów czy klientów supermarketu. Nagle okazuje się, że paszport covidowy obowiązuje tylko w niektórych szpitalach porodowych.

Stres personelu wywołany epidemią cofnął nas do czasów sprzed "Rodzić po ludzku"?

Na szczęście pamiętamy, że mamy prawo do poszanowania naszych decyzji, do porodu rodzinnego, do pełnego kontaktu z dzieckiem, tuż po porodzie i potem, do rodzenia bez stresu i ze znieczuleniem, jeśli ból jest zbyt duży. Tej świadomości nie uda nam się nikomu odebrać. Są też szpitale, wcale niemało, które nadal próbują przestrzegać standardów okołoporodowych.

Jako fundacja mamy poczucie regresu, musimy znowu walczyć o podstawowe prawa kobiet. Nauka się rozwija, coraz więcej wiemy o tym jak bezpiecznie rodzić, jak zapewnić, by poród był wydarzeniem pozytywnym i rodzinnym, a my wracamy do tego, co wydawało się już utrwalone, do prawa do bezpiecznego porodu, w którym szanowane są nasze prawa i nasza podmiotowość.

Udostępnij:

Piotr Pacewicz

Naczelny OKO.press. Redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze” (1982–1989), przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. Współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”. Autor książek "Psychologiczna analiza rewolucji społecznej", "Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu" (z Martą Konarzewską); "Pociąg osobowy".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne