Tysiące Romów w Ukrainie żyje bez dokumentów. Jeśli Ukraina chce wejść do Unii Europejskiej, musi coś z tym zrobić. Na razie próbują prawnicy i aktywiści
Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.
Przejdź do ankiety(Na zdjęciu powyżej romscy uchodźcy w ośrodku w Mukaczewie, który prowadzi Rada Kalandiia – stoi w środku. Fot. Bela Varadi).
Diana Balog zapisuje mi swój adres na nadgarstku. Spotykamy się w centrum miasta, żadna z nas nie ma kartki papieru. Litery są krzywe, nazwę ulicy trudno rozczytać. Zamawiam taksówkę do taboru. Tabor – tak mówi się na dzielnicę romską w Mukaczewie. Tak mówią i Romowie, i Ukraińcy. W 1956 roku Romowie w całym ZSRR dostali nakaz: zatrzymać tabory. I się zatrzymały.
Taksówkarz wysadza mnie na ulicy Trudowej.
Mukaczewo, o 85 tysiącach mieszkańców, to drugie co do wielkości miasto Zakarpacia. Ten region, graniczący z Węgrami, Rumunią i Słowacją, ma najwięcej romskiej ludności w Ukrainie. Ilu jest Romów w Ukrainie, dokładnie nie wiadomo – ale o tym później. W mukaczewskim taborze, według szacunków, mieszka ich od ośmiu do piętnastu tysięcy. Jak słyszę od Diany, po pełnoskalowej inwazji wielu wyjechało. Inni przyjechali, ze wschodu.
Mukaczewski tabor leży prawie w środku miasta. Łatwo rozpoznać go na mapie. Inne dzielnice pocięte są prostymi liniami ulic. Tu ulice wiją się jak kluski w garnku. Przy Trudowej stoją murowane domy. W bocznych zaułkach architektura jest bardziej tymczasowa. Ulice pokrywa zmarznięte błoto. W dwuizbowych chałupinkach tłoczą się całe rodziny.
Diana bawi się przy piecu z córkami. Pokój ma jakieś osiem metrów kwadratowych. Nad łóżkiem, na którym śpi pięcioosobowa rodzina, wiszą portrety Diany i jej partnera. Chłopak lubi rysować, ale pracuje jako sprzątacz, jak wielu Romów w taborze. Sprzątanie, zbieranie złomu, alternatyw jest niewiele.
Wdzięczne miasto postawiło nawet w 2015 roku pomnik: Rom z miotłą. W kapeluszu, fartuchu. Obok pies, merda metalowym ogonem.
Pytam Dianę, co myśli o tym pomniku. Nie zwraca na niego uwagi. – Mój mąż wolałby pomnik Roma ze skrzypcami – wzdycha.
Mukaczewo lubi pomniki. W centrum stoi jeszcze kominiarz z kotem.
Diana nie pracuje, ktoś musi zajmować się córkami. Uczesane, ubrane, są przeciwieństwem tego, co media lubią pokazywać na zdjęciach z taboru: błoto, kałuże, zasmarkana i bosa dzieciarnia. To nie u Diany. Tu panuje porządek, nawet jeśli bogato nie jest. W pokoju łóżko, szafa i piec. W kuchni stół i parę krzeseł, na kuchence garnek z makaronem, bez sosu.
Nie ma wody bieżącej ani kanalizacji. Dom podłączony był do prądu, ale elektrownia twierdzi, że rodzina zalega z rachunkiem na 70.000 hrywien (7 tys. zł). Diana nie wie, czy tyle zużyli. Zabiera mnie na ulicę. Pokazuje liczniki prądu umieszczone na słupach, wysoko nad ziemią – jak budki dla ptaków i jeszcze zabezpieczone od dołu metalowym kołnierzem. Nie da się sprawdzić, czy rachunki pokrywają się z faktycznym zużyciem.
Elektrownia odcięła prąd, kazała spłacić długi. Najpierw rodzina żyła po ciemku. Potem przeciągnęli linię od sąsiada. Długów nie są w stanie spłacić. Partner Diany zarabia 5000 hrywien (420 zł) w miesiącu, to i tak dużo.
Diana wyciąga z szafy teczkę, z niej dowód osobisty, jej pierwszy w życiu. Nazwisko w dowodzie Balog.
– Mam dwadzieścia cztery lata. Przez dwadzieścia trzy myślałam, że nazywam się Kulcsár.
Diana objęta została pilotażowym projektem paszportyzacji Romów. Prawnicy znaleźli w dziale ewidencji ludności jej akt urodzenia, ale nazwisko nie zgadzało się z nazwiskiem matki. Bo matka wyszła za mąż, ale nie zmieniła dowodu i Dianę zapisała pod panieńskim nazwiskiem. Potem wyjechała do Niemiec, Dianę zostawiła na wychowanie ciotce.
Ogień buzuje w piecu. Najważniejsze, żeby dziewczynki się nie poprzeziębiały, bo do lekarza nie można pójść bez papierów. Na porodówkę Dianę musieli jednak przyjąć. Wszystkie trzy córki rodziła przez cesarskie cięcie. Lekarze oznajmili, że z powodu choroby nie może rodzić siłami natury. Diana nie wie co to za choroba. Węgierski to jej pierwszy język, lekarze mówili po ukraińsku.
Najstarsza córka ma sześć lat, niebawem powinna iść do szkoły. To dlatego Diana zgłosiła się do projektu. Czeka na akty urodzenia dla dziewczynek.
Takich osób jak Diana i jej córki jest w taborze wiele. Nie wiadomo, ile dokładnie.
Mukaczewski tabor jest największy w Ukrainie, tłumaczy mi Julian Kondur z Roma Women’s Fund Chiricli, z Kijowa, jednej z największych organizacji romskich w kraju. Dlatego wybrany został do pilotażowego projektu paszportyzacji. To też, mówi mi Kondur, jeden z trudniejszych – po Użhorodzie i Berehowie – taborów pod względem ogólnego rozwoju. Wiele gospodarstw domowych nie ma wody, z prądem jest różnie.
Projekt współfinansuje Rada Europy, bo rozdział 23 w negocjacjach akcesyjnych Ukrainy do UE obejmuje kwestie wymiaru sprawiedliwości i praw podstawowych, w tym ochrony praw mniejszości narodowych.
Mediatorki zatrudnione do projektu zaczęły szukać ludzi bez dokumentów. Zebrano wnioski od trzystu czterech osób. Kondur: – Chodziło o stworzenie typologii przypadków, by przygotować państwo do ich właściwej obsługi.
Niektórzy mieli kiedyś dokumenty, ale zgubili lub stracili w inny sposób. Inni nie mieli nawet aktu urodzenia. Do dziś 158 osób otrzymało dokumenty, w tym Diana. Reszta czeka.
– Wszyscy jesteśmy ludźmi, tak czy nie? – Pyta Rada Kalandiia w restauracji Feniks przy Dworcowej. Zgrzytają koła pociągów, właśnie odjeżdża wieczorny do Kijowa. – To ja bym chciała, żeby w Ukrainie Romów traktowano jak ludzi.
Na Zakarpacie Kalandiia przyjechała w marcu 2022 roku. Jest z Wuhledaru. Kiedy zaczęła się pełnoskalowa inwazja, najpierw zeszła z rodziną do piwnicy. Gotowała dla wszystkich, ludzie dzielili się jedzeniem. Choć byli i tacy, co przynosili z góry kawałek kiełbasy i zjadali po cichu pod kurtką.
– To nie nasz styl – mówi jej mąż, Edward.
Z ich piwnicy nie dało się dojść do punktu ewakuacji. Ostrzał był brutalny. Rada dodzwoniła się do Kijowa, do Chiricli. Nazywa to cudem. Julian Kondur wysłał po nich auto, podjechało pod sam budynek. Ewakuowali wszystkich poza mężem Rady.
Edward został pilnować domu, wychodził tylko chować zmarłych.
– Kurwa mać, tymi rękami ludzi grzebałem. – Pokazuje dłonie, na palcu sygnet z rubinem i inicjałami. – Nie na cmentarzu, bo tam stała artyleria, ale na placu zabaw. Rozebraliśmy drabinki i karuzele. Chowaliśmy nie głębiej niż metr. Po wojnie trzeba przecież będzie tych ludzi wykopać.
W końcu i Edward się ewakuował. Któregoś dnia uderzyło tak blisko, że poszła mu krew z uszu. To nie jest pierwsza wojna Edwarda. Ta abchaska, w 1992 roku była pierwsza. Miał dwanaście lat, kiedy trafił do abchaskiej niewoli. Pytam, kogo nienawidzi bardziej, Abchazców czy Rosji. – Najpierw Abchazców, potem Rosji. Są siebie warci.
Zakarpacie to najbezpieczniejszy region Ukrainy, w 2022 roku zalała je fala wewnętrznej migracji. Państwowe statystyki mówią, że 400 tysięcy uchodźców wewnętrznych osiadło tu na stałe. Kalandiia zatrzymała się w Użhorodzie. Działa tam ośrodek Blaho Eleonory Kulczar, który przyjmował Romów. Bo nie wszyscy przyjmowali, podkreśla Rada: – Do pociągu ewakuacyjnego w Dnipro nie chcieli nas wpuścić. Wagonowa twierdziła, że nie ma miejsca. Wepchaliśmy się na chama. Okazało się, że wagon był pusty.
W Wuhledarze Rada działała w organizacji Romen, którą założył w 2014 roku jej ojciec. Pomagali Romom uciekającym z Krymu, z wojny na Donbasie. Załatwiali dokumenty, prowadzili kampanie edukacyjne, robili wszystko: – W romskich NGOsach trudno mieć konkretny profil, bo potrzeby są tak różne.
W Mukaczewie Rada znalazła restaurację Feniks, ta udostępniła jej pomieszczenia, też mieszkalne, najpierw za darmo, teraz za opłaty. Powstał ośrodek dla Romów uciekających od wojny. Jako mediatorka zaczęła zbierać ankiety do projektu Chiricli, namawiała Romów, by występowali o dokumenty.
– Tu na Zakarpaciu dzieje się jakiś dramat – mówi. – Poziom dyskryminacji jest dziesięć razy wyższy niż na wschodzie Ukrainy.
Z Mukaczewa do granicy z Węgrami jest jakieś 20 km. Przed 1918 rokiem Zakarpacie było częścią Austro-Węgier. W 1920 roku przeszło w ręce Czechosłowacji, w 1939 zajęte zostało przez Węgry, by w 1945 przypaść Ukrainie. Romowie w Mukaczewie mówią o sobie, że są „madziarscy”. Węgierski to ich pierwszy język, po romsku mówią niektóre starsze osoby. Znajomość ukraińskiego jest nikła.
W urzędach to nie pomaga. Rada chodzi z Romami do urzędów.
– Jak mi urzędniczka w okienku wyjeżdża z tekstem, „Czemu oni nie mówią po ukraińsku?” albo „Czemu nie umieją czytać i pisać?”, to mówię: „Jak Pani ma czas, to proszę pójść z naszym klientem na kawę i podyskutować sobie na ten temat. My tu przyszliśmy w konkretnej sprawie, a nie roztrząsać historię czyjegoś życia”.
To okienko to strefa pierwszego kontaktu między państwem a obywatelem. W tym okienku dzieje się źle.
– Urzędnikom nie chce się obsługiwać Romów, bo są nieogarnięci, czasem brudni. A jak mają być czyści, jak nie mają wody bieżącej? Jak mają zrobić pranie, jak ledwie mają prąd? I to w środku miasta!
Urzędnicy kantują Romów, tak twierdzi Kalandiia.
– Normalne państwo powinno wydać ci dokument w trybie zwyczajnym i za opłatą urzędową. Ale od Romów urzędnicy żądają więcej. A Rom nie zna swoich praw. Pieniędzy też nie ma. Idzie więc do barona, bierze pożyczkę. Na procent, ale o tym nie wie.
Rada zaczyna się denerwować, zapala kolejnego papierosa przed drzwiami Feniksa. Uważa, że miasto ma układ z baronem.
– Łatwo się śmiać z Romów, że są głupi. A ilu jest nie-Romów, którzy łapią się na piramidy albo uzależniają od chwilówek. Ale u Romów wszystko lepiej widać. Jak bogaty to źle, jak biedny to też źle. Najlepiej, żeby nas w ogóle nie było.
To, że od Romów urzędnicy żądają więcej, potwierdza Roman Bigunets, prawnik z NEEKA Region Karpat, z siedzibą w Mukaczewie. Z okien biura widać ratusz i Aleję Chwały, galerię portretów poległych obrońców ojczyzny, wśród nich trzech Romów.
By uzyskać dowód osobisty w Ukrainie, potrzebny jest akt urodzenia, numer RNOKPP (odpowiednik PESEL), meldunek i drobna opłata. W przypadku Romów lista życzeń bywa dłuższa. Urzędy chcą zobaczyć dowód osobisty rodziców. Albo w ogóle każą przyjść z rodzicem.
Teoretycznie to może mieć sens, wyjaśnia Bigunets: – Do 1991 roku Ukraina była w ZSRR i żeby dostać obywatelstwo, trzeba spełnić określone warunki: ktoś z najbliższej rodziny powinien urodzić się lub mieszkać na stałe na terenach dzisiejszej Ukrainy. Zważywszy mobilność Romów, urząd może mieć wątpliwości, czy tak było.
Młodzi Romowie i Romki nie mają z kim pójść do urzędu, bo matka wyjechała, zmarła albo straciła dokumenty, a ojciec nigdy nie był wpisany w papierach.
Urzędnik potrafi też odmówić wydania dowodu osobistego. Odsyła klienta z kwitkiem, choć właściwie… bez kwitka. Bigunets:
– Odmowa jest wydana ustnie, a to wbrew przepisom. Nie da się jej zaskarżyć do sądu. Przecież sąd nie uwierzy Romom na słowo.
Gorzej jeszcze, że urzędy żądają od Romów opłat za pominięcie tych dodatkowych wymogów. Czy to jest w ogóle legalne? Bigunets rozkłada ręce.
Dlatego wielu Romów nie występuje o dowód osobisty. Bo po co użerać się z państwem, które traktuje cię per noga? Ale wielu nie może też o dowód wystąpić, bo nie ma nawet aktu urodzenia.
Ukraińskie porodówki muszą przyjąć każdą kobietę, niezależnie z dowodem czy bez. Jeśli bez, to do karty urodzenia szpital wpisuje to, co powiedziała rodząca. Imię, nazwisko, nie wiadomo, czy poprawne. W karcie zostaje data narodzin i płeć dziecka. To często jedyny ślad istnienia nowej obywatelki albo obywatela.
Winny jest brak obycia z państwową biurokracją, mówi Bigunets. Podkreśla jednak, że winę ponoszą nie tylko Romowie: – W romskich nazwiskach urzędnicy mylą się nagminnie. Mieliśmy klienta, który trzy razy był w więzieniu. Za każdym razem inaczej zapisano jego nazwisko.
Pytam, skąd to się bierze. Bigunets wzdycha: – To zdumiewające, że osobę bez dokumentów tak łatwo można wsadzić do więzienia. Ale sądy nie przykładają się do weryfikacji danych. Zależy im, by szybko na kogoś wydać wyrok. Najłatwiej jest z kimś, kogo nie stać na prawnika i kto jest niepiśmienny. Szczęście w nieszczęściu, że zostaje ślad w papierach.
Prawnicy z NEEKA łapią się wszystkiego, by udowodnić czyjąś tożsamość. Choć w sumie to udowodnić istnienie.
Akt urodzenia można wyrobić bez problemu przez cały pierwszy rok życia dziecka. Potem też można, tyle że potrzebne jest poświadczenie od lekarza domowego, że dziecko jest pod opieką lekarską, oraz meldunek. I tu zaczynają się schody.
Wielu Romów nie ma meldunku, ich osiedla – całe ulice w taborze i wsie – nie są w żadnej ewidencji. Budynki wznoszono bez pozwolenia na budowę, z punktu widzenia państwa są nielegalne. Jak miałyby być legalne, skoro ich właściciel nie ma papierów. Koło się zamyka.
Do lekarza nie można pójść bez numeru RNOKPP, a ten otrzymuje się z aktem urodzenia. Koło znów się zamyka.
Kiedy odwiedzam Radę Kalandiię w styczniu, na choince palą się lampki. Na stole leżą kołacze, talerze z galaretką z nóżek i śledź.
Prawosławny Kościół Ukrainy przeszedł w 2023 roku na kalendarz gregoriański, przynajmniej dla świąt stałych, od tej pory Boże Narodzenie obchodzić powinno się w grudniu. W praktyce każdy obchodzi jak chce. W Mukaczewie połowa sklepów zamyka się w grudniu, połowa w styczniu.
– Dla nas Jezus urodził się pod starą datą – mówi mi Konstantin Kuznicow, 61-letni Rom ze Słowiańska. Siedzi za stołem razem z dziesiątką innych uchodźców ze wschodu.
Jest tu z żoną i wnukami, dzieci wyjechały do Niemiec. Ich dom nadal stoi, mieszkają w nim ukraińscy żołnierze. „Nasi chłopcy”, mówi o nich błękitnooki Konstantin. – Za nich i za zwycięstwo – wznosi toast w papierowym kubeczku, zagryza śledziem.
Rada Kalandiia mieszka razem z uchodźcami. Jest przecież jedną z nich. Jej córka uczy się online, prawie nie wychodzi z pokoju. W budynku jest zimno, pod kołdrą najcieplej. Brama wjazdowa jest zamknięta. Wchodzi się bocznymi drzwiami. Ludzie boją się nalotów z Terytorialnego Centrum Rekrutacji (TCK), odpowiedzialnego za pobory do wojska. Ale w Feniksie i tak jest lepiej niż w taborze, są toalety, prysznice, ciepła woda w kranie.
Rada w Mukaczewie przeżyła szok. – To jest jakiś genocyd. Romowie żyją tu jak w getcie. I to w XXI wieku! – nie przebiera w słowach. Kiedy pytam, czy władze miasta nie wysiedlą taboru, przecież ten grunt może być atrakcyjny pod względem budowlanym, mówi: – W życiu! To są wszystko wyborcy. Wystarczy przed wyborami przywieźć ludziom po worku kaszy gryczanej i masz zagłosowane. Na zachętę zrobisz jakąś mini inwestycję i tyle. A po wyborach, to już hulaj dusza.
Najbardziej hula János Jónás, tak twierdzi Kalandiia. To jedyny Rom w Radzie Miasta. To on powinien dbać o remont dróg, podłączenie wody i kanalizacji, mówi Rada, która tytułuje go „baronem”. Co gorsza, tak twierdzi Kalandiia, ten baron wyłudza od ludzi pieniądze i obiecuje załatwiać dokumenty.
Bigunets, prawnik, przyznaje, że zdarzyło mu się widzieć sfałszowany akt urodzenia. Ktoś komuś takie rzeczy załatwia, ale nie wie, kto.
– Na pewno nie ja – mówi mi Jónás, z którym umawiam się we francuskiej kawiarni w centrum miasta, ratusz pomaga mi załatwić spotkanie. Gładko ogolony 48-latek mówi mi, że zależy mu na prawdzie, a to co mówi Kalandiia to według niego kompletna bzdura. – Ta pani przyjechała z Donbasu i próbuje wprowadzać tu swoje porządki. Nie przyszła nawet się przedstawić. To uchodźczyni, dziś jest, jutro jej nie ma.
Jónás, twierdzi, że żadnym baronem nie jest. Kiedyś, istotnie, społeczność romska miała swojego nieformalnego przywódcę, tzw. barona. Dla władz miasta było to wygodne, ale termin baron wyszedł z użycia. Tak twierdzi Jónás. Wielu Romów nadal go tak nazywa.
Ilu Romów mieszka w Ukrainie, tego nie wie ani Jónás, ani nikt inny. Ostatni spis powszechny, z 2001 roku dał liczbę 47587. Jónás uważa, że Ukraina zaniża liczbę Romów z powodów politycznych:
– Bo im więcej Romów, tym bardziej trzeba by uznać, że powinniśmy mieć odpowiednią reprezentację we władzach.
Tego zdania są właściwie wszyscy moi rozmówcy, panuje tu pełna zgoda.
Rada Europy i Chiricli szacują, że Romów w Ukrainie jest od 250 do 400 tysięcy. Jónás uważa, że to liczba przegięta w drugą stronę. Bo im więcej Romów, tym więcej można zarobić na programach pomocowych. – Wszyscy chcą zarabiać na Romach. A im gorzej żyją, im są mniej wykształceni, tym lepiej. Dlatego nikomu nie zależy na rozwiązaniu problemu.
Idealnym przykładem pseudodziałalności jest dla niego mural na ścianie bloku: Dziewczynka trzyma akt urodzenia. W tle flaga Ukrainy. Autorem jest Tibiu Jónás, romski malarz z Mukaczewa. Wygrał organizowany przez NEEKA konkurs na mural podejmujący wątek nieudokumentowanych Romów.
Jónás: – Tibiu to mój kuzyn, cieszę się z jego sukcesu. Ale wątpię, czy ten mural zachęca Romów do zrobienia porządku z dokumentami. Raczej robi reklamę sponsorom.
Na dole muralu logo NEEKA i UNHCR.
W mieście były już wystawy fotografii i billboardy promujące ubieganie się o dokumenty. I tu Jónás wątpi, czy osiągają one swój cel, no może promowaniem wizerunku Roma jako osoby niegramotnej, odstającej od krajowej normy.
– To nie NGOsy powinny zajmować się wyrabianiem dokumentów obywatelom, ale ukraińskie państwo. Ale im dłużej trwa procedura, tym lepiej dla prawników, więc przeciągają to w nieskończoność. Kto to widział, żeby na dowód czekało się miesiące albo lata.
Pod muralem Jónás nie chce się sfotografować. Jak podkreśla, chce żyć dobrze z każdym.
Powinien też żyć dobrze z Radą Kalandiią. Rada organizuje pomoc materialną dla taboru, też z Polski. Romodrom z Czech dał środki na otwarcie zerówki, dzieci mogą tu zjeść darmowy obiad. Jónás zarzuca jej jednak, że miesza się w cudze sprawy. I on i Rada zgadzają się co do jednego, że w romskich projektach powinni pracować Romowie. Tymczasem jedyna mediatorka do spraw romskich w NEEKA to Węgierka, zamężna z Romem, i wcale nie z Mukaczewa.
Jónás: – Odkąd NEEKA zajmuje się tematami romskimi nasze organizacje nie mają szansy na granty.
Bigunets odpowiada: – W praktyce tylko prawnicy są w stanie załatwić wiele z tych spraw. Czy nam się to podoba czy nie, ukraińskie sądy słuchają prawników.
Przed oszkloną ścianą kawiarni, w której rozmawiam z Jónásem, staje czternastoletni Karcsi. „To ten dobry pan baron, co nam zawsze pomaga”, mówi do Béli, fotografa, który też jest Romem, tyle że z Węgier. Wpatruje się przez szybę w Jónása, jakby zobaczył celebrytę.
Karcsi mieszka z ósemką rodzeństwa w taborze. Matka jest za granicą, ojciec ima się prac dorywczych. Wody nie mają, prąd jest. Pytam Jónása, czy zna tego chłopaka.
– Z widzenia znam w taborze wszystkich.
Sam w taborze nie mieszka. W Radzie Miasta zasiada od lat 15. Z ramienia partii Andrija Baloha, burmistrza miasta, tego samego który ufundował pomnik Roma sprzątacza. Jónás nie widzi w nim nic zdrożnego: pomnik honoruje wkład Romów w czystość miasta. W 2023 Baloh zatrzymany był za udział w skandalu korupcyjnym. Sprawa dotyczyła sprzedaży działki w mieście po cenie dziewięciokrotnie niższej niż rynkowa.
Jaki procent mukaczewskich Romów żyje bez dokumentów, próbuję dowiedzieć się od Julii Tajps, zastępczyni burmistrza. – Ukraina nie dzieli obywateli ze względu na narodowość – odpowiada Tajps, z pochodzenia Niemka. Rozmawiamy w Domu Niemieckim, gdzie uczy niemieckiego. Tajps ma 34 lata. Kiedy się urodziła, w dokumentach wciąż wpisywano narodowość. Niepodległa Ukraina odeszła jednak od tej praktyki, rodem z ZSRR.
Tajps posługuje się językiem służbowym. Na dzielnicę romską mówi „obszar zwartego zamieszkania”. Słowa tabor brak w jej słowniku. Choć na Szkołę Ogólnokształcącą Nr 14 mówi się potocznie „szkoła romska”, Tajps tłumaczy, że to zwykła szkoła, tyle że z węgierskim jako językiem nauczania, jedna z dwóch w mieście. A że jest blisko taboru, Romowie posyłają tam dzieci. Inni rodzice swoje dzieci stamtąd zabrali.
Sam fakt nieposiadania dokumentów nie jest, według Tajps, najgorszy. Gorzej, że bez nich nie można korzystać z pomocy medycznej (poza przypadkami nagłymi), chodzić do szkoły (choć te idą rodzicom na rękę), korzystać z pomocy społecznej itd. Z infrastrukturą też jest słabo.
Tajps: – Żeby wodociągi mogły podłączyć wodę, budynek musi mieć świadectwo techniczne i węzeł sanitarny. I trzeba móc stwierdzić, czyj to dom. Poza tym, ktoś musiałby napisać po ukraińsku choć jedno zdanie: „Proszę podłączyć wodę”. A z tym jest trudno.
Tajps szacuje, że jedna piąta taboru nie ma dokumentów. Julian Kondur z Chiricli wierzy, że dziesięć procent. Zależnie od tego, ile osób mieszka w taborze, byłoby to nawet trzy tysiące. W całej Ukrainie, jak wierzy Kondur, takich osób może być trzydzieści tysięcy.
– To ludzie wystawieni na pastwę Viktora Orbana, który chętnie rozdaje węgierskie paszporty obywatelom Ukrainy.
Orban lubi szukać wyborców w krajach ościennych. Już od 2011 roku nadaje obywatelstwo etnicznym Węgrom na terenach, które Budapeszt stracił w 1920 roku po traktacie w Trianon, głównie w Rumunii, Serbii i Ukrainie. Romowie z Mukaczewa mówią po węgiersku, więc się kwalifikują. W ten sposób Orban i Fidesz zdobywają nowy elektorat, a dla ukraińskich Romów węgierski paszport jest cenny, bo mogą na nim jeździć po Europie.
W interesie Kijowa jest rozwiązać ten problem – podkreśla Kondur. Jak? – Trzeba uprościć procedury. Nawet jeśli w czasie wojny to trudne.
Kalandiia: – W przeciwnym razie Orban znowu przyśle autokary po naszych Romów, żeby na niego głosowali na Węgrzech.
Pytam Tajps, dlaczego liczniki prądu w taborze wiszą tak wysoko. W innych dzielnicach są na wysokości wzroku. Tajps dziwi się, nie chodzi do taboru.
Kalandiia: – No kradną prąd. Wiadomo, zdarza się. A mają inne wyjście?
Romska osada Telek leży koło wsi Welyka Dobron, po węgiersku Nagydobrony (bo to wieś węgierska), niecałe 10 km od granicy z Węgrami.
Wzdłuż drogi stoją solidne domy, niektóre murowane. Reszta sklecona z byle czego, trochę cegieł, trochę blachy i gliny. Romowie żyją tu głównie z pracy na roli.
Przed chałupą Feriego Lakatosa marznie na sznurku pranie. W izbie na zydelku Feri wyplata kosze z wikliny. Jeden kosz to zysk 150 hrywien (12 zł) i trzy godziny pracy. Mimo że to groszowy zarobek, Feriemu się opłaca. Wiklina jest na łące, za darmo. Cały kąt izby zawalony wikliną.
Feri ma zwinne palce, kosze zaczął wyplatać jako czternastolatek. Dziś ma lat 54. Dom zbudował sam, w nim dwie izby: zielona i pomarańczowa. Kuchnia jest na podwórku. Pod oknem plastikowa choinka. Na ścianach kolekcja zegarów. Nie wszystkie są na chodzie, z jednego odpadły wskazówki. Na tapczanie pod kołdrą wnuczka bawi się telefonem. Feri dorzuca drwa do metalowego piecyka.
Wnuczka Feriego ma akt urodzenia, bo jego córka też ma. Miała też je jego żona. To szczęśliwy wyjątek od reguły, bo status osoby nieudokumentowanej dziedziczy się głównie w linii żeńskiej.
– Dlatego nasza uwaga koncentruje się na kobietach – mówi Bigunets, prawnik. – Matki często zgłaszały się do projektu z troski o dziecko. Tyle, że jeśli matka nie ma dokumentów, bo nie miała ich też jej matka, to trzeba prostować wszystko od początku. Prawnikom z NEEKA zdarzało się wyrabiać dokumenty kilku pokoleniom wstecz.
Do projektu NEEKA i Chiricli mężczyźni zgłaszali się rzadko. Feri jest wyjątkiem. Ma akt urodzenia, tyle że błędny. – Moja matka była kochliwa, cztery razy wychodziła za mąż, zmieniała nazwiska – tłumaczy przycinając kozikiem wiklinę. – W akcie urodzenia wpisano mi nazwisko Pizsu. A okazuje się, że matka nazywała się wtedy Lakatos. Czyli i ja powinienem być Lakatos.
By Feri mógł dostać swój pierwszy dowód, prawnicy muszą potwierdzić, że jest synem swojej matki. Testu DNA nie da się zrobić, matka nie żyje. Na razie udało się potwierdzić w kilku hromadach, gdzie mieszkali, że kobieta o nazwisku Lakatos istotnie miała syna Feriego.
– Matka obiecywała, że kiedyś to ogarniemy, ale zmarła i tyle. Najgorsze, że nigdy nie mogłem pracować legalnie. Może lepiej by nam się żyło.
Kiedy siedzimy u Feriego, przed chałupą przejeżdża wóz, powozi nim młody Rom. „Uciekł z frontu”, szepcze Feri.
Mężczyźni nie zgłaszali się do projektu, bo jeśli masz dokumenty, jesteś obywatelem i podlegasz mobilizacji.
– Romowie bali się wojska jeszcze przed wybuchem wojny na Donbasie. Pełnoskalowa inwazja tylko to pogorszyła – mówi mi Kondur z Chiricli. Pytam go: To warto mieć dokumenty?
– Wielu Romom zysk z posiadania dokumentów wydaje się wątpliwy. Zysk przewyższa jednak ryzyko.
Zbrojne Siły Ukrainy nie mobilizują mężczyzn z trójką dzieci. Romscy ojcowie zwykle mają więcej niż trójkę, tyle że nie w papierach. Z powodu wysokiego bezrobocia kobiety rejestrują się często jako samotne matki, licząc na świadczenia socjalne. Romscy rodzice żyją w związkach nierejestrowanych. Kondur: – W interesie Romów jest wchodzić w związki rejestrowane i potwierdzać ojcostwo.
Tak samo mówi Wiktor Ilczak, Rom z Użhorodu. Zgłosił się do wojska na ochotnika, jeszcze w 2015 roku. – Zirytowało mnie, że w telewizji gadali, że Romowie nie bronią ojczyzny. W TCK popatrzyli na mnie dziwnie, ale musieli mnie wziąć – opowiada mi. Odsłużył dekadę, walczył pod Wuhledarem i koło Mariupola. Kilkakrotnie był ranny. Wrócił do domu, bo mógł. Ma czwórkę dzieci. Dziś zakłada organizację pozarządową, która pomagać ma romskim weteranom i ich rodzinom. Mówi, że z samego Zakarpacia na froncie jest pewnie z pięciuset Romów.
Przywrócenie Feriemu oficjalnej tożsamości trwa od 2022 roku, prawie tyle, co pełnoskalowa wojna. Ukraina powołuje do wojska do 60 roku życia, Feri mógłby się jeszcze załapać. Pytam więc, czy nie boi się mobilizacji. Feri: – Nie, w końcu to też mój kraj.
Kiedy z aktywistami od paszportyzacji wracamy do samochodu, ktoś nas woła. Kobieta z dzieckiem na ramieniu biegnie przez śnieg. To sąsiadka Feriego. Jej córka jest w ósmym miesiącu ciąży, w Krematorsku. Chce rodzić tam, nie będzie wracać na Zakarpacie. Matka martwi się, że w szpitalu będzie blackout, i nie będą mogli wpisać dziecka do systemu. A chciałaby, żeby wnuczek miał dokumenty.
Wszystkie zdjęcia pochodzą z fotoreportażu Beli Varadiego.
reporterka, doktorka antropologii z Uniwersytetu Humboldtów, zajmuje się Europą Wschodnią i Azją Środkową. Na podstawie badań terenowych napisała książkę „Trading caterpillar fungus in Tibet” (Amsterdam University Press). Laureatka Recherchepreis Osteuropa (2024) i Gliwickiej Nagrody Literackiej (2025) za książkę „Baranie oko”, która ukaże się w Wydawnictwie Czarne. Publikowała m.in. w The Guardian, WOZ: Die Wochenzeitung, New Lines Magazine, Piśmie, Gazecie Wyborczej i Polityce.
reporterka, doktorka antropologii z Uniwersytetu Humboldtów, zajmuje się Europą Wschodnią i Azją Środkową. Na podstawie badań terenowych napisała książkę „Trading caterpillar fungus in Tibet” (Amsterdam University Press). Laureatka Recherchepreis Osteuropa (2024) i Gliwickiej Nagrody Literackiej (2025) za książkę „Baranie oko”, która ukaże się w Wydawnictwie Czarne. Publikowała m.in. w The Guardian, WOZ: Die Wochenzeitung, New Lines Magazine, Piśmie, Gazecie Wyborczej i Polityce.
Komentarze