– W jakim niby stopniu chrześcijanie oddają się poczuciu wolności? Żyją według dogmatów. Rozkazów. Na kolanach modlą się do swojego Pana. My modlimy się, stojąc. Stawiamy nasze bóstwa na równi z nami – fragment nowej książki Macieja Grzenkowicza o neopoganach w Europie
Maciej Grzenkowicz rozmawiał z pogańskim papieżem z Rzymu, niderlandzkimi feministkami, którym marzy się pomnik poświęcony wiedźmom i z polskim narodowcem, który wspiera Rosję przeciwko Ukrainie. Wszystko po to, żeby zrozumieć, skąd w Europie renesans kultów pogańskich. Owocem tych rozmów jest książka „Wnuki. Poganie, którzy sobie przypomnieli", wydana właśnie nakładem Towarzystwa Naukowego im. Stanisława Andreskiego.
Publikujemy rozdział o pontifeksie Giuseppe Barberze, najwyższym kapłanie tradycyjnej rzymskiej religii.
Mało kto wie, że w Rzymie jest dwóch papieży. Pierwszy w Watykanie, drugi w okolicy metra Torre Gaia.
Torre Gaia to po włosku Wieża Gai. Paradoksalnie prym wiedzie tam Jowisz, bóg nieba. Ma tam swoją świątynię. Przejął Wieżę Gai niedawno: świątynia powstała w roku 2012.
W ogródku jednego ze stosunkowo licznych nowych szeregowców znajduje się mała konstrukcja, która przypomina antyczną świątynię, chociaż zmieściłoby się w niej maksymalnie kilka osób, i to ściśniętych. Prowadzi do niej krótka droga od furtki. Po obu stronach ścieżki stoją niewielkie ołtarzyki i artefakty. Wszystko jest przemyślane. Żadna rzecz nie została tu postawiona przypadkiem.
Przypadkiem też nie może nikt wejść do samej świątyni.
Wstęp jest zakazany, bo to miejsce święte. Są jednak wyjątki. Wejść mogą kapłani, nie tylko rzymscy, ale i innych religii, a także dzieci i zwierzęta. Te ostatnie mają przekazywać obecnym tam wolę bogów. Na przykład, kiedy świątynię Jowisza odwiedzał bramin z Indii, do wewnątrz wszedł kot papieża, Perseusz, wziął do pyszczka dwa kawałki kadzidła i położył je u stóp kapłana.
— Jowisz chce ci pokazać, że cię tu akceptuje — powiedział wtedy zarządca świątyni.
Zastanawiam się, czy Jowisz zaakceptowałby mnie. Raczej nie miałby ku temu powodu, bo nie jestem ani kapłanem, ani dzieckiem, a zwierzęciem w takim samym stopniu, jak wszyscy inni ludzie.
Ale papież katolicki kapłanem już jest. Czy Jowisz mógłby go przyjąć? Czy Jowisz mógłby wybaczyć tysiące lat prześladowań ze strony chrześcijańskich księży? Poniżanie? Zabójstwa wiernych?
Pogański papież ma wątpliwości.
— W tym momencie łatwiej byłoby zbudować relację z Żydami niż z chrześcijanami.
ROMA to od tyłu AMOR. Kto atakuje Rzym, atakuje wieczną miłość. A kto zamierza się na miłość, niech nie liczy na miłosierdzie.
Ardea to miasteczko na przedmieściach Rzymu. Leży jeszcze w Lacjum, ale to część tego regionu, w której Włochy tracą swoją szlachetność. To nie są bogate przedmieścia. Kiedy rozglądam się po okolicy, mieszkańcy pytają mnie, czego tu szukam — bynajmniej nie z troski. Niemniej jedna z głównych ulic miasta nazywa się, pogodnie, Nuova Florida. Przy odchodzącej od niej anonimowej uliczce znajduje się świątynia Apolla.
21 grudnia 2021 roku kłębi się w niej wielu wiernych, bo to dzień przesilenia zimowego, jedno z ważniejszych świąt w kalendarzu rzymskich tradycjonalistów. Jak czytamy w Manuale per la pratica religiosa romana oggi (Podręczniku praktykowania religii rzymskiej dzisiaj) autorstwa Giuseppe Barbery:
„21 GRUDNIA — DIVALIA — Z okazji przesilenia zimowego obchodzi się Divalia, święta poświęcone Słońcu i Bogini Angeronie. Tego dnia w świątyniach mogą mieć miejsce misteria solarne. Od tego momentu dzień jest krótszy niż kiedykolwiek w ciągu roku, przez następne trzy dni. Od 25 [grudnia] jest już o kilka minut dłuższy i dni będą rosnąć, aż do pokonania ciemności. W ten sposób honoruje się Słońce-młodzieńca”.
Czytam z uwagą. To słowa papieża.
Rodziny większości, jeśli nie wszystkich spośród tych, którzy przyjechali do Ardei, są katolickie. Kilka dni później będą robić mniej więcej to, co Polacy: jeść i kłócić się przy stołach z okazji umownej rocznicy narodzenia Jezusa. Poganie przecież w to nie wierzą, ale z rodziną spotkać się trzeba. Dlatego to Divalia są dla nich Wigilią. Wszystko, co najlepsze. Wspólnota, jedzenie, nawet małe prezenty. Bez jedynego problematycznego aspektu: chrześcijaństwa.
Przecież wszyscy są Włochami, ewentualnie Szwajcarami z włoskojęzycznego kantonu Ticino. Prawie wszyscy odebrali katolickie wychowanie. Jak tu teraz tak nagle bez Wigilii? Wiadomo, że samo Boże Narodzenie odbywa się 25 grudnia, bo Kościołowi było wygodnie je tak umiejscowić właśnie ze względu na odbywające się wtedy święta pogańskie. Aby przejście z pogaństwa na chrześcijaństwo było bezbolesne. Co za tym idzie, również przejście z chrześcijaństwa na pogaństwo nie sprawia problemów.
Z zewnątrz świątynia Apolla nie wygląda wcale jak świątynia. Co więcej, nic w okolicy nie wskazuje na to, że znajdujemy się przy miejscu kultu. To senna dzielnica stosunkowo niedawno wybudowanych, choć nie luksusowych domów, które same w sobie manifestują rzymskość na różne sposoby — na przykład poprzez kolumienki.
Dom znajdujący się pod wysłanym mi adresem niczym się nie wyróżnia. Duży, jednorodzinny. Obchodzę go dokoła. Cicho i ciemno. Mam wrażenie, że się gdzieś przypadkiem włamałem.
Widzę nagle mężczyznę.
— Pietas to tutaj? — pytam.
— Jasne — odpowiada. — Chodź pomóc.
Idziemy do jego samochodu, wrzuca mi na ręce opakowane folią aluminiową blachy z tiramisu i wysyła do pomieszczenia, które z zewnątrz przypomina garaż. Wchodzę.
Garaż nie jest garażem, a ogromną salą bankietową, w której uwija się kilkadziesiąt osób. Divalia będą duże. Ludzie pielgrzymują od bagażników samochodów do lodówek w kuchni, rozstawiają stoły, krzesła, dekorują. Ten chaos jest dobrze zorganizowany. Wszyscy wiedzą, co mają zrobić, ale nikt nie wie, co robią inni. Szukam Barbery — mówią, że „gdzieś się tu kręci”.
Czekając, rozmawiam trochę z Kevinem. Młody, postawny, w marynarce z zielonymi motywami i schludną brodą. Pewny siebie. Z Mediolanu. Od razu widać.
— Jest różnica między chrześcijaństwem i religią rzymską — tłumaczy mi przy okazji. — Bo semickie religie są brutalne. A rzymska: humanistyczna.
Chaos powoli się stabilizuje. Na stołach jest już jedzenie i wino, według tego wyznania — święte. Jeszcze nie siadamy do stołów. Ustawiamy się w półokręgu. Na środek wychodzi lekko zgarbiony mężczyzna w średnim wieku. Ma dość długie, czarne włosy i również długą, choć lekko posiwiałą brodę. Robi się cicho.
Pontifex Maximus jest lekko pochylony i spokojny do stopnia, który można wziąć za zmęczenie. Nie mówi zbyt głośno. Nie popisuje się retorycznie. Mówi tak, jakby rozmawiał z kimś twarzą w twarz, chociaż przemawia do tłumu wiernych.
Daje wykład o momencie przejściowym. Starożytni uważali, opowiada, że poprzedni rok się już skończył, ale następny jeszcze się nie zaczął. Parę dób, w trakcie których dzień jest najkrótszy; noce, które zapowiadają zwycięstwo, odrodzenie się światła. Niedługo dzień znowu zacznie się wydłużać. Skończy się pora ciemna. Przyjdzie, ponownie, moment zasiewów, a potem zbiorów. Ale to dopiero później. W tych parę dni, najkrótszych, najciemniejszych, nasi przodkowie stwierdzali, że trzeba jeść, pić, cieszyć się, aby jakoś to przetrwać — potem już będzie lepiej.
Otacza go kilkadziesiąt osób. W większości są to młodzi mężczyźni, ale są też starsi i sporo kobiet. Przyjechali z różnych części Włoch. Przedstawiciele Sycylii — świeżo po otwarciu swojej własnej świątyni w Palermo — przywieźli tradycyjny deser ze słodkiego sera i kaszy. Z Mediolanu jest nie tylko elegancki Kevin, ale i projektant Manuele. Jest też żona Barbery, Naomi, przeciwieństwo pontefice. Ekstrawertyczna, energiczna i wysoka. Bardzo uduchowiona. Kiedyś była buddystką. Uważa, że rzymski tradycjonalizm to włoski buddyzm. Nie jest w tym zresztą jedyna.
Przy Naomi Barbera sprawia wrażenie tetryka. Ma jednak niewytłumaczalną charyzmę, która sprawia, że tłum postawnych mężczyzn czeka w skupieniu, aż Pontifex skończy, a potem bije brawo.
Naomi odbiła go jego poprzedniej dziewczynie. Teraz mają córkę, która mówi o sobie, że jest „małą westalką” — kapłanką bogini Westy.
— Giuseppe mówi prosto, ale głęboko — twierdzi — tak, aby wszyscy rozumieli.
Pontifex Maximus Gentium Pietatis Hermes Helios lub, po włosku, Giuseppe Barbera. Pontifex Maximus, czyli papież. Ale nie w linii od świętego Piotra, a od rzymskiego cesarza Oktawiana Augusta.
O tym, że ma zadatki na pogańskiego papieża, usłyszał po raz pierwszy od taty na przełomie wieków. Jego ojciec, Gianfranco Barbera, był aktywny w środowisku rzymskich tradycjonalistów — pasjonatów rzymskiej historii próbujących odtworzyć antyczną wersję imperium.
W latach dziewięćdziesiątych takich osób nie brakowało, a ich mekką był Neapol. Wtajemniczeni wchodzili tam w kręgi, w których, podobno, z pokolenia na pokolenie przekazywano rzymskie praktyki religijne. W ukryciu, żeby nie przyciągać za dużo uwagi. Wrogów rzymskiej tradycji nie brakowało nigdy.
Neapolitański ezoteryczny miks był dość niejednorodny. Wiara w bogów mieszała się tam z hermetyzmem, synkretycznym ruchem religijnym łączącym wierzenia greckie z egipskimi. Nie chodziło więc o czysty, rzymski panteon, ale panteon wzbogacony o pewną specyficzną, mistyczną tradycję. Do hermetyzmu jeszcze wrócimy.
Odtwarzanie starożytnych rytuałów nie było łatwe. Znany tradycjonalista, Roberto Corbiletto, po przeprowadzeniu rytuału na cześć Jowisza w 1999 roku został, według legendy, porażony piorunem i zginął. Inny — Sebastiano Recupero, przyjaciel Gianfranca — po podobnych próbach umarł na zapalenie trzustki. W duchu bardziej starotestamentowym niż rzymskim na kolejnego śmiałka Gianfranco wyznaczył swojego syna.
Odtworzenie religii to niebagatelna misja, ale jego ojciec był, de facto, świętym i szlachcicem. Szlachcicem istryjskim, skąd jego matka, markiza, musiała uciekać po końcu drugiej wojny światowej i powstaniu Jugosławii. Świętym — lokalnym, sycylijskim, bo babcia i dziadek papieża osiedli w Palermo. Krążyły opowieści o cudach, których dokonał. Miniaturowych i raczej spoza sfery sacrum: temu znalazł pracę, tego odciągnął od narkotyków. Dla małej społeczności były to jednak cuda fundamentalne. Traktowali go jak świętego.
Jak więc odmówić?
Giuseppe pierwszy raz uczestniczył w rzymskim rytuale, gdy miał szesnaście lat. To było przesilenie zimowe, święto Apolla. Giuseppe odkrył wtedy nowy świat.
— Byłem chłopczykiem, nie wiedziałem, że poza chrześcijaństwem jest jeszcze jakiś sposób na zbliżenie się do świętości. Niemniej właśnie w tym momencie obudziła się we mnie iskra.
To w kulcie Apolla odkrył prawdziwą świętość.
— Nic innego nie było tak mocne. Tak potężne.
Giuseppe rozpoczął swoją duchową drogę i był pojętnym uczniem. Inicjowany do różnych ezoterycznych tradycji, wraz z grupą ludzi skupionych wokół ojca prowadził badania na temat rekonstrukcji rytuałów. Pierwszych rekonstrukcji dokonali na początku lat dwutysięcznych i, jak mówi Giuseppe, otrzymywali pozytywne rezultaty.
— Jak je testowaliście?
— Cóż, przeprowadzając je samemu.
To właśnie Giuseppe przypadła najistotniejsza funkcja: badanie kalendarzy. Na ich bazie ustalano, kiedy mają mieć miejsca poszczególne święta i jak mają być obchodzone. Wtedy po raz pierwszy została mu nadana rola de facto papieska. W tym czasie był jeszcze może bardziej p.o. papieża, bo ich wiara nie miała jasnej hierarchii. Rozpoznano w nim już jednak przywódcę o wyjątkowych umiejętnościach interakcji z bogami. Intuicja ojca się sprawdziła.
— Z grupą inicjowanych odprawialiśmy rytuały. Od razu zobaczyliśmy korzyści. To, o co prosiliśmy, nadchodziło. Kontakt z bogami stawał się oczywisty.
Na przykład rytuał Wodnika świętuje się na wiosnę przez czternaście dni. Czemu tyle? Bo to 1,4 razy dziesięć. Dziesięć symbolizuje dekadę, a 1,4 to pierwiastek kwadratowy z dwóch, co wywodzi się z twierdzenia Pitagorasa. Samo to twierdzenie łączy się z kluczową dla osób z tego środowiska metaforą kwadratury koła: utrzymania harmonii w czterech ciałach ludzkich. Historię mnoży się przez geometrię i wychodzi rzymski tradycjonalizm.
Znany włoski mistyk, Marco Massai, po spotkaniu z Giuseppe powiedział:
— Według mnie jesteś reinkarnacją starożytnego rzymskiego pontefice.
Pontefice, czyli po polsku biskup. W Rzymie pojęcie pontefice mogło być szersze. Zwykły pontefice był kapłanem religii rzymskiej. Największy pontefice, czyli pontefice massimo, od czasów Oktawiana Augusta był też władcą Rzymu: cesarzem.
— A ja w to nie wierzyłem. Bo te rzeczy wydawały się tak odległe, tak niemożliwe.
Miał też w tym czasie sen. Schodził ze szczytu wzgórza i widział zniszczone, antyczne świątynie, z których zostały tylko pęknięte kamienie. Patrzył na nie z rozpaczą. Zobaczył figurę Wenus rozbitą na kawałki. Zmasakrowanych bogów. Zaczął płakać.
— Widziałem, jak z mojego płaczu świątynie się odbudowują. Odzyskują życie.
Potem przyszedł Merkury i zabrał go do innego wymiaru.
Opowiedział swojemu mistrzowi ten sen. Mistrz stwierdził, że Giuseppe postawi świątynie na nowo.
Barbera jest szefem Associazione Tradizionale Pietas, Stowarzyszenia Tradycyjnego Pietas, które gromadzi dwa tysiące osób wyznających rzymski tradycjonalizm. Świątyń zarządzanych przez Pietas, takich jak ta Jowisza, jest kilka, chociaż to właśnie świątynia najważniejszego rzymskiego boga stanowi odpowiednik Bazyliki świętego Piotra.
Mniej ważna świątynia znajduje się w Ardei. To właśnie świątynia Apolla, w której zaraz będziemy świętować Divalia.
Zaczyna się rytuał. Wychodzimy na zewnątrz.
Zaaferowany poganin Alessandro, koło którego usiadłem przy stole, prosi mnie, abym robił mu dużo zdjęć. To jego pierwsze święto jako poganina. Jest chyba starszy od Barbery i lekko łysiejący, ale bardzo podekscytowany.
Zanim wyszliśmy, zainicjowani przebrali się w togi. Szaty niektórych z nich były całkowicie białe, inne zdobione różną liczbą czerwonych pasków. Im więcej pasków, tym wyższa pozycja w hierarchii inicjowanych.
Nabożeństwo jest precyzyjnie zorganizowane i obliczone. Wszyscy znają swoje miejsce. Im więcej pasków, tym bliżej ołtarza. Najbliżej — sam Pontifex Maximus. On też poprowadzi modlitwę, ale wcześniej osobiście przechodzi między wierzącymi i przestawia ich tak, aby — w miarę możliwości — naprzemiennie stali mężczyźni i kobiety. To dla harmonii. Nie można badać rytuałów bez badania numerów. Kapłanka z Sycylii tłumaczy mi, że systematyczność jest podstawą. Kiedy wylicza poszczególne warunki do spełnienia przed rytuałem, widzę przed oczyma coś na kształt matematycznego, logicznego wzoru albo kodu; nie można o niczym zapomnieć, bo program nie zadziała. Jeden przecinek w złym miejscu — i ze wszystkiego nici.
— Musisz być w konkretny sposób przygotowany — opowiada. — Czystość seksualna. Dieta wegetariańska. Musisz mieć czysty umysł. Dokonać ablucji. Oczyścić ciało. Musisz przeprowadzić rytuał o konkretnej godzinie, konkretnego dnia, robiąc to, co jest zapisane, bez dodawania żadnych przesądów, i wtedy rytuał zadziała. I praktyka zadziała. I będziesz bardziej oświecony.
— Różnica między tradycjonalistą pogańskim a monoteistą manifestuje się w respekcie wobec słowa — interpretuje inny wierny. — Tak jak dzisiaj: my ci oferujemy kadzidło, wznosimy dla ciebie świątynie — i ty nam coś daj.
Ja ci daję to — ty mi daj tamto. Ja dotrzymuję swojego słowa. To matematyczne.
W rytuale bierze udział około trzydziestu osób. Podczas modlitw, w których mieszają się włoski i łacina, wierzący w białych kapturach podnoszą co jakiś czas ręce, a czasem przelatuje nad nimi samolot. Niektórzy są boso. Alessandro regularnie zerka, czy na pewno robię zdjęcia.
Po zakończonym nabożeństwie wszyscy składają sobie życzenia, wykrzykując „Auguri!”, „Wszystkiego najlepszego!”, otrzymują świeczki i gałązki choinki. Wznoszą toast za słońce. Bo świeci dla wszystkich: bogatych i biednych, pięknych i brzydkich.
Po rytuale leje się wino — chociaż kupione w Lidlu, to przyprawione tak, że aż ostre — i panuje gwar. Dziesiątki pogan, już z powrotem ubranych po cywilnemu, dyskutują o religii.
Chłopak: Nadszedł moment, w którym nie umiałem już dłużej odnaleźć się w monoteizmie. Giuseppe wytłumaczył mi podstawy kultury tradycyjnej. Opowiedział, jak inaczej podejść do rzeczywistości. Poczułem, fizycznie, płomień w sercu.
Dziewczyna: Chrześcijanie, kiedy się modlą, to zawsze dlatego, że czegoś chcą. Kiedy to robią, to nie dlatego, że czują miłość do Boga, do Marii, czy dla kogokolwiek, ale mają jakiś interes. Nigdy nie widzę moich krewnych modlących się dlatego, że kochają się modlić. Przywołują imię Boga — co, swoją drogą, według Biblii byłoby grzechem — tylko po to, aby prosić. Daj mi pieniądze! Daj mi jedzenie! Daj mi to i tamto!
Manuele: Szukałem takiego systemu wierzeń, w którym wegetarianizm byłby nie tylko zalecany, ale wymagany. Znalazłem to w Hare Kriszna. Poznałem ich w Mediolanie. Bardzo mi się podobało, oprócz jednego aspektu — pasywności. Brak akcji. Bierność w oczekiwaniu na wydarzenia. A ja czułem wewnątrz impuls, że właśnie chciałbym działać.
Chłopak: Przeszedłem przez okres ateizmu. Ignoranckiego ateizmu. Wierzyłem w naukę. Kiedy odkryłem, że tradycja też może wszystko wyjaśnić, uświadomiłem sobie, że nauka nie musi być sprzeczna z religią. A mówimy o czasie dwa, trzy tysiące lat temu, jeśli nie wcześniej. To z tego powodu tradycja popchnęła niektóre ludy do większego rozwoju. Straciliśmy to w średniowieczu.
Kapłan: Kiedy kończysz osiemnaście lat, chcesz wiedzieć o sobie więcej. O swojej historii. Zacząłem szukać drogi najbardziej spójnej z moją tożsamością. Przyjechałem do Rzymu, studiowałem tam socjologię. I znalazłem Pietas. Poznałem Giuseppe dziesięć lat temu.
Maciek: Czujesz się Rzymianinem?
Kapłan: W sensie? Że moi przodkowie?
Maciek: Twoi przodkowie pewnie po prostu byli Rzymianami.
Kapłan: Z nimi to jest bardziej skomplikowana sprawa. Sycylia była często podbijana. Ludzie z każdego miasta mają trochę inne korzenie.
Maciek: A ty?
Kapłan: Ja jestem z Palermo, czyli z zachodu. A w zachodniej części, historycznie, mieszkańcy byli trojańskimi Grekami. Może my się czujemy bardziej Trojanami. Ale to bardzo skomplikowane. W kontekście wierzeń — nieistotne. Chodzi tylko o to, aby poznać samego siebie.
Ze wszystkich możliwych miejsc wierzący szukają samych siebie w tym Rzymie, który został zniszczony przez chrześcijaństwo.
Symboliczny jest dla nich moment zgaszenia wiecznego płomienia w świątyni Westy. Chociaż na samym początku istnienia chrześcijaństwo było w cesarstwie prześladowane, po czterech wiekach sytuacja wyglądała już całkiem inaczej. Teodozjusz I, cesarz rzymski sprawujący władzę od 379 roku, był radykalnym chrześcijaninem znanym ze swojej niechęci wobec pogaństwa — szczególnie po 390 roku, kiedy arcybiskup Ambroży z Mediolanu go ekskomunikował za udział w masakrze w Tesalonice. Choć Teodozjusz wcześniej był dość tolerancyjny wobec pogan, najwyraźniej postanowił dokonać pokuty. W dekretach wydawanych przez kolejne dwa lata zakazał wyznawania religii rzymskiej. W związku z tym płomień, który stale palił się w świątyni Westy na Forum Romanum, został zgaszony.
Zgaszenie płomienia jest cezurą, po której wszystko zaczęło się psuć. Przekonanie, że chodzi o czyn niedopuszczalny, przebija z książek Barbery. To po zgaszeniu płomienia Westy cesarstwo zaczęło się rozpadać. Dopiero potem barbarzyńcom udało się podbić Rzym. Niecałe sto lat później zachodnia część Cesarstwa Rzymskiego upadła. Koniec wartości pogańskich był końcem właściwego Rzymu.
Chociaż ta teza brzmi dość odważnie, rzymscy tradycjonaliści nie są w jej stawianiu odosobnieni. Jedna z najsławniejszych, klasycznych prac na temat upadku Rzymu, The History of the Decline and Fall of the Roman Empire (Historia rozkładu i upadku Cesarstwa Rzymskiego, po polsku ukazała się tylko połowa tego dzieła opatrzona innymi tytułami), napisana przez oświeceniowego historyka Edwarda Gibbona, prezentuje identyczne stanowisko. Według Gibbona to przyjęcie chrześcijaństwa było jednym z głównych czynników, które doprowadziły do upadku Rzymu. Szczególnie istotna była rozlewająca się wśród obywateli idea pacyfizmu, która, według autora, jasno wynikała z etyki chrześcijańskiej. Gibbon wspomina też chociażby o negatywnym wpływie poświęcania sporych sum z budżetu państwa na utrzymywanie stanu duchownego — te pieniądze trzeba było, jego zdaniem, przeznaczyć na armię.
Barbera cytuje Gibbona. Niechęć do chrześcijaństwa ze strony wierzących rzymskich tradycjonalistów jest ewidentna. Wierni wskazują na różne wybrakowane aspekty tego wyznania, ale szczególnie kontrowersyjna jest instytucja spowiedzi. Kiedy człowiek może popełnić grzech, a potem się wyspowiadać i ten grzech anulować, przestaje być odpowiedzialny za swoje czyny.
Dla osób w Ardei najważniejszą wartością jest samo pietas. To starożytna cnota, miłość i szacunek do rodziny, do społeczności i do siebie samego. Pietas stoi w opozycji do instytucji spowiedzi. Szacunek do innych wymaga odpowiedzialności za swoje czyny, którą chrześcijańska spowiedź rozmywa. Ale, jak Barbera podkreśla w rozmowie ze mną, istotą ich religii jest też wolność. To mnie dziwi: tradycja zazwyczaj kojarzy się jednak z wtłaczaniem ludzi w konkretne schematy.
— Wolność w konserwatyzmie?
— Problem jest w tym, że konserwatyści są chrześcijanami. Kropka. W jakim niby stopniu chrześcijanie oddają się poczuciu wolności? Żyją według dogmatów. Rozkazów. Na kolanach modlą się do swojego Pana. My modlimy się, stojąc. Stawiamy nasze bóstwa na równi z nami. Szanujemy matematyczność. Odnosimy się do nich z takim samym respektem, jak kobieta do swojego mężczyzny, mężczyzna do swojej żony, przyjaciel do przyjaciela. To jest ten sam, identyczny szacunek. Jeśli nie jesteśmy w stanie szanować osób wokół nas, nie jesteśmy w stanie szanować bogów.
To jedna z rozmów, które przeprowadzimy już później, przy stole jadalnianym w jego mieszkaniu w Rzymie, parę metrów od świątyni Jowisza.
Giuseppe opowiada o początkach Rzymu. Twierdzi, że pierwszym działaniem Romulusa po założeniu Rzymu — działaniem duchowym w swoim wymiarze — było uporządkowanie praw i ich podział na prawo religijne, cywilne i karne. To nie tylko kwestia organizacji społecznej, ale i tworzenia lepszego człowieka.
Rzymska koncepcja praw, zdaniem Giuseppe, związana jest z mitem złotego wieku. Saturn, według mitologii rzymskiej, po wygnaniu z niebios osiada w Lacjum, gdzie tworzy Saturnia tellus, czyli ziemię Saturna. Na tej ziemi Latyńczyków uczy się tajemnic rolnictwa. Dzięki nim wszyscy ludzie stają się wolni i równi, żyją w dostatku i dobrostanie, wszyscy dzielą wszystko między sobą. Wszyscy mogą oddać się nauce, filozofii, rozwojowi.
— Mit złotego wieku jest mitem ważnym. Bo jego treść mówi o przeszłości. Ale, w rzeczywistości, jego największa aspiracja dotyczy przyszłości.
Dzisiaj chcemy lecieć w kosmos i kolonizować inne planety, mówi Giuseppe, ale zapominamy o naszej najważniejszej aspiracji. Nikt nie chce złotego wieku. Pietas jest zaproszeniem do jego odnowienia.
— Do współtworzenia społeczności, w której istnieją zdrowe wartości rzymskie.
Interpretuje etykę pitagorejską: sensem życia nie jest zdobycie bogactw. Sensem życia jest być świadomym. Uczyć się. Działać. Bo końcem życia jest śmierć, a celem doktryny pitagorejskiej jest zrozumieć, co będzie po śmierci.
Śmierć jest wyjściem duszy ze skorupy. Każdy z nas przeżył już jedną śmierć. Kiedy się rodzimy, umieramy w życiu macicznym, aby zacząć nasze obecne życie. Cały czas jesteśmy tymi samymi ludźmi, ale innymi. W związku z tym samo słowo „śmierć” zmienia znaczenie.
— Etyka pitagorejska jest etyką tych, którzy rozumieją, że śmierć nie istnieje. Istnieje tylko transformacja. Zmiana stanu bycia.
Również Rzym nigdy nie umiera. Ale się zmienia. Rzymu Barbery już nie ma.
Badacz TikToka na Uniwersytecie w Groningen (Niderlandy). Zajmuje się fact-checkingiem na platformie w kontekście taktyk argumentacyjnych dziennikarzy. Pisał m.in. dla „Gazety Wyborczej", Działu Zagranicznego, czy Ha!-Artu, prowadził też audycje muzyczne i podróżnicze w Radiu Nowy Świat. Autor reportażu „Tycipanstwa. Księżniczki, Bitcoiny i kraje wymyślone" (Wydawnictwo Poznańskie 2021).
Badacz TikToka na Uniwersytecie w Groningen (Niderlandy). Zajmuje się fact-checkingiem na platformie w kontekście taktyk argumentacyjnych dziennikarzy. Pisał m.in. dla „Gazety Wyborczej", Działu Zagranicznego, czy Ha!-Artu, prowadził też audycje muzyczne i podróżnicze w Radiu Nowy Świat. Autor reportażu „Tycipanstwa. Księżniczki, Bitcoiny i kraje wymyślone" (Wydawnictwo Poznańskie 2021).
Komentarze