Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Albert JawłowskiFot. Albert Jawłowsk...

Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.

Przejdź do ankiety

Dwaj rozczarowani etnografowie z Jakucka złożyli statyw, ostrożnie umieścili w ochronnej torbie profesjonalny aparat z szerokokątnym obiektywem i kamerę. Nie odprawiono żadnych obrzędów. Zwierzę zarżnięto szybko i bez ceregieli. Podwórze nasiąkło błotnisto-krwawą breją, teraz rozdeptywaną przez kilkanaście osób – gospodarza, jego żonę i matkę, kilku sąsiadów i grupkę studentów z uniwersytetu w Jakucku, którzy zaliczali letnie praktyki terenowe.

Gospodarz potrzebował pieniędzy na już. Za kilogram młodej, kruchej koniny można było dostać około czterysta rubli. Serce, płuca, kawałki żołądka i innych wnętrzności trafią do wielkiego aluminiowego gara, a potem zostaną zmielone na farsz. Z krwi zrobi się kaszankę. Z sąsiadami od razu zabrał się za zdejmowanie skóry z jeszcze ciepłego ciała. Z pyska odciętej końskiej głowy ostrożnie wyciął język. Potem wzięli się za obdarty ze skóry korpus. Sprawnie rozdzielali go na tusze, ważące mniej więcej od pięciu do siedmiu kilogramów.

Słodkawy zapach krwi, świeżego mięsa i ścięgien kręcił w nosie. Na podmokłej ziemi walały się kopyta i końska głowa z wytrzeszczonymi, wciąż przerażonymi oczami. Podzielony na kawałki koń przestał być cierpiącą istotą. Zamienił się w pokarm i towar na sprzedaż, dzięki któremu gospodarz kupi paliwo i naprawi ciągnik. Przez następne tygodnie będzie kosił i suszył siano, by zimą wykarmić kolejne konie i krowy. A zima przyjdzie szybko. Pierwsze przymrozki złapią już we wrześniu. Potem tęgi mróz ściśnie ziemię, unieruchomi rzeki i jeziora. Zamieni powietrze w unoszący się nad ziemią marznący, zatykający oddech blady grynszpan. Grząska latem, kilkumetrowa warstwa ziemi przykrywająca wieczną zmarzlinę stanie się twarda jak beton. Wreszcie nastanie ciemność i długa polarna noc.

Końska tusza została podzielona na kawałki. Skórę przygotowano do suszenia, krew spuszczono. Studentów odesłaliśmy do namiotów.

Gospodarz poszedł się myć, a gospodyni zachęcała, żeby spróbować jeszcze ciepłej, gęstej krwi.

Warto, przekonywała, spróbować kilka łyków końskiej juchy. Jest zdrowa i świetnie koi głód. Nic tak nie rozgrzewa i nie dodaje siły – zachwalała. Wymówiłem się kubkiem herbaty. Jakuccy etnografowie przyjęli wyzwanie.

Kiedy wyszliśmy, było już po północy, ale mijając głębokie błoto na drodze, nie potrzebowaliśmy latarek. Pąsowa smuga przecinała szafirowe niebo. Słońce bezskutecznie próbowało schować się za szarą linią lasu. Kiedy już wydawało się, że osiągnie swój cel, ponownie szło w górę. Po kilku godzinach wyprażało pokryte papą i azbestowymi płytkami dachy.

Transformacje wsi Tandy

Projekt badawczy nosił typowo grantową nazwę: „Społeczno-kulturowe transformacje jakuckiej wsi w początkach XXI wieku”. Za jednym zamachem spełniał warunki badania etnograficznego i projektu dydaktycznego, bo brali w nim udział studenci uniwersytetu w Jakucku. Spełniał też wymogi tzw. umiędzynarodowienia badań. Temu służyło zaproszenie dwóch Polaków: kolegi z Polskiej Akademii Nauk i mnie. Był rok 2014. Od przełomu czerwca i lipca poruszaliśmy się po równinnym interiorze centralnej Republiki Sacha (Jakucji), głównie po porośniętych północnymi lasami borealnymi ułusach (rejonach) Ust-Ałdańskim i Miegino-Kangałaskim.

W ułusie Ust-Ałdańskim utknęliśmy w wiosce Tanda. Siedzieliśmy tam dłużej niż przewidywał szczegółowo zaplanowany i opisany grantową nowomową grafik badań. Jednym z pierwszych miejsc, do których udaliśmy się po przyjeździe do Tandy, była siedziba administracji. Rozmowa z urzędniczką miała trochę rytualny charakter. Na podłodze ułożonej z szerokich desek, grubo pociągniętych wodoodporną brązową farbą, stało biurko. Za plecami zastępczyni przewodniczącego wisiało oprawione w sklejkę godło państwowe. Dwugłowy rosyjski orzeł zwracał się jednocześnie w lewo i w prawo. Patrzył na przybite gwoździkami do ściany biało-niebiesko-czerwoną flagę państwową po jednej stronie i regionalną flagę Republiki Sacha – białe słońce na błękitnym tle unoszące się nad trzema pasami w kolorach białym, czerwonym i zielonym – po drugiej. Nad bizantyjskim orłem wisiały portrety prezydenta Putina i naczelnika republiki Borysowa.

Przeczytaj także:

Urzędniczka referowała jak na rejonowym zebraniu kierowników terenowych: – Miejscowość liczy siedmiuset mieszkańców. W większości narodowości Sacha, to jest Jakutów. Część z nich na zimę przenosi się do krewnych w Jakucku. Liczba stałych mieszkańców jest więc niższa, szczególnie w okresie mrozów, mniej więcej w okresie od października do końca kwietnia. Ogólnie liczba mieszkańców spada. W porównaniu z ostatnią dekadą ubiegłego wieku można powiedzieć, że spadła dwukrotnie. Na terenie miejscowości znajdują się szkoła, przychodnia, muzeum krajoznawcze oraz punkt pocztowy. Jest również posterunek Ministerstwa Nadzwyczajnych Sytuacji, znaczy się straż pożarna.

Normy średniego poziomu życia

– Co się tyczy materialnego stanu mieszkańców wsi, można powiedzieć, że około 10 procent żyje dostatnio. Można powiedzieć, że 20–30 procent ludności spełnia normy średniego poziomu życia przyjętego przez władze Republiki Sacha. Ok. 30 procent żyje poniżej średniego poziomu, lecz powyżej progu biedy. Pozostali niestety nie radzą sobie dobrze. Co wynika z ich nieumiejętności przystosowania się, niedbałości o zdobycie źródła dochodu w celu zapewnienia sobie należytego poziomu życia – wygłosiła wyuczoną formułkę i zamknęła skoroszyt. Po czym wstała i wyszła zza biurka. Odetchnęła i zupełnie normalnym tonem zaczęła doradzać, z kim i o czym najlepiej byłoby porozmawiać. Podała kilka adresów. Wyjaśniła, jak dojść. Muzeum zazwyczaj jest zamknięte, ale jutro przyjdzie ktoś z kluczami.

Wyszliśmy z biura. Teraz rozmowa toczyła się zupełnie swobodnie. Staliśmy przed wielokątnym, niemal okrągłym, parterowym budynkiem administracyjnym, przykrytym półkolistą, blaszaną kopułą. Nad wejściem pięły się w górę dwa rachityczne maszty, na których powiewały wypłowiałe od wiatru i deszczu flagi – państwowa i regionalna Republiki Sacha.

Okrągły budynek z dachem przypominającym spodek UFO. Wokół półwiejski krajobraz
Budynek lokalnej administracji we wsi Tanda, Republika Sacha (Jakucja), Rosja. Fot. Albert Jawłowski

W głębi tajgi

Najpewniejszym zasobem mieszkańców Tandy jest skromna liczba etatów opłacanych z budżetu państwowego. Stanowiska podzieliły między sobą cztery rodzinne grupy. Nie jest to wiedza tajemna. Każdy w Tandzie o tym wie. Stała konstrukcja tzw. siedzenia na budżecie gwarantuje stabilny ład społeczny. Pierwszy „klan” kontroluje etaty w miejscowej szkole, drugi ma lokalne muzeum krajoznawcze. Są tam tylko dwa etaty, ale za to muzeum daje możliwość pozyskiwania dofinansowania na różne akcje edukacyjne. No i pozwala dystrybuować zlecenia remontów, sprzątanie, konserwacje, ekspertyzy itp. Trzecia rodzina opanowała przedszkole. Czwarta i najważniejsza, stojąca ponad pozostałymi, ma w ręku posady w wiejskiej administracji. To oczywiście daje nie tylko największy wpływ na życie wioski, ale pozwala na pozyskiwanie i rozdzielanie najtłustszych dotacji. Nepotyzm nie jest tutaj traktowany jako patologia. Jest po prostu mechanizmem organizowania i trwania mikrostruktury społecznej.

We wsi działa kilka przydomowych sklepów. Najlepiej schodzą papierosy, makaron, ryż, herbata, cukier, sól, majonez, musztarda, ocet i słodycze. W ramach walki z alkoholizmem wiejskie sklepy nie dostały koncesji na sprzedaż alkoholu. Jeśli ktoś miałby ochotę się napić, to z pozyskaniem samogonu nie będzie miał większych problemów. Każdy wie, do kogo się zwrócić. Warzywa, mięso i mleko ludzie produkują we własnym zakresie. Czasem sprzedają nadwyżki na zewnątrz, czasem wymieniają się między sobą. W barterze działają też usługi i rzemiosło. Jest tu niewielka piekarnia. Przynosi mały dochód, bo sprzedaż nie przekracza potrzeb mieszkańców Tandy. Nie zaopatruje innych wiosek, bo najbliższa miejscowość leży kilkadziesiąt kilometrów stąd, a drogi bywają trudne do pokonania. Gdyby z jakiegoś powodu piekarnia padła, ludzie byliby w stanie przejść całkowicie na wypiek domowy.

Felczer jest, weterynarza nie ma

W Tandzie lepiej nie chorować. Można pozwolić sobie na grypę czy przeziębienie, ale nic poważniejszego nie wchodzi w grę. W razie złamania nogi czy ręki we wsi jest felczer. Facet potrafi gipsować, może też zajrzeć do gardła i zmierzyć temperaturę. I tyle. Weterynarza nie ma. Najbliższy gabinet, w którym praktykuje wykształcony specjalista, znajduje się w centrum rejonu w Bogoroncach, nieco ponad 40 km na zachód. Miejscowi uważają, że sami znają się na zwierzętach najlepiej. Od dziecka mają przecież do czynienia z końmi i bydłem.

Najbardziej przydatną umiejętnością jest improwizacja. Zwłaszcza techniczna. Na tak zwanych fachowców z zewnątrz rzadko kiedy można liczyć. Jeśli zdarzy się poważniejsza awaria, trzeba czekać na przyjazd ekipy z Bogoronców. Jeśli wiatr zerwie linię energetyczną, woda podmyje słupy albo letni pożar tajgi niebezpiecznie zbliży się do granic wsi, do akcji rzuca się miejscowe pospolite ruszenie. Najpewniejszym łącznikiem ze światem jest nieśmiertelny radiotelefon. Sieć komórkowa łapie słabo. Bywa, że sygnał znika na całe dnie. O szybkim internecie lepiej zapomnieć.

W centrum wioski, niedaleko budynku administracji, stoi drewniana stodoła. Przerdzewiała tabliczka informuje, że jest to sztab lokalnego oddziału Ministerstwa Nadzwyczajnych Sytuacji Federacji Rosyjskiej. Z braku innych zajęć na podwórzu przed sztabem całymi dniami przesiaduje grupka miejscowych kawalerów. Raczej niezbyt gramotnych, bo ci sprytniejsi albo już dawno wyjechali, albo są pochłonięci swoimi sprawami. Strażacy mają na wyposażeniu kilka siekier, bosaków, wiadra oraz piłę spalinową.

Zamieszkany świat kończy się za budynkami szkoły i internatu.

Dalej jest już tylko porastający tysiące kilometrów kwadratowych las, który na północy zamienia się w sięgającą brzegów Oceanu Arktycznego tundrę. W trakcie roku szkolnego do internatu wprowadza się niewielka grupka dzieciaków z oddalonych o kilkadziesiąt kilometrów od Tandy siół Beerijz i Tiit Ary.

Dzieci w mundurach, generalissimus w cerkwi

Człowiek z kluczami do szkoły z przyszedł z samego rana. Kręciliśmy się bez konkretnego planu po pustych korytarzach. Szkoła jak szkoła. Podłogi grubo pociągnięte wodoodporną farbą, tu i ówdzie wyściełane cienką warstwą linoleum. Gabinetowi dyrektora dodawały powagi portrety naczelnika Borysowa, no i oczywiście odległego naczelnika wszystkich naczelników – Putina.

Ściany szkolnych korytarzy standardowo ozdabiały gabloty z pucharami i dyplomami za wyniki w sporcie i nauce. Niedaleko salki gimnastycznej dumnie puszyła się długa tablica Wojenno-Patriotycznego Klubu „Orłan”, pełna zdjęć umundurowanych jakuckich dzieci, pozujących w wojskowych beretach, rozkładających i składających kałasznikowy, ćwiczących czołganie, przecinanie zasieków, musztrę na placu i tak dalej. Chłopcy mocujący się podczas lokalnych zawodów zapaśniczych i dziewczęta zakładające opatrunki. W kąciku patriotycznym dowiedzieliśmy się, że dziadkowie kiedyś już pokonali faszystów.

Trzeba być jednak czujnym. Faszyści mogą chcieć się zemścić, a wtedy niewykluczone, że wysadzą desant w okolicznych zaroślach.

Poza tym nie należy palić ognia w pobliżu butli z propanem-butanem, a tytoń i alkohol szkodzą zdrowiu.

Do miejscowej cerkwi poszliśmy z przewodniczącą Rady Kobiet Marfą Michajłowną. Przewodnicząca rady kobiet przyprowadziła ze sobą staruszkę. – To jest Turantajewa Interna Dmitrijewna, 1935 rok urodzenia – oznajmiła przewodnicząca żensowieta – przyszła na świat w tej cerkwi. Musicie z nią porozmawiać.

Interna Dmitrijewna miała kłopoty ze słuchem. A może po prostu nie chciała słyszeć i opowiadała o tym, co sama uznała za godne uwagi. Na wstępie pochwaliła się szóstką dzieci. Wszystkie mieszkają w Jakucku, mają wyższe wykształcenie i pracują na stanowiskach. Na zimę dzieci zabierają ją do mieszkania w bloku z centralnym ogrzewaniem, bieżącą wodą i dobrze odbierającą telewizją. Potem Interna Dmitrijewna przeszła do szczegółowej charakterystyki gromadki miastowych wnuków i wnuczek. Staliśmy z przymilnymi uśmiechami. Szybko straciliśmy rachubę, kto jest dzieckiem kogo, kto z kim sąsiaduje, gdzie pracuje i jakie sukcesy życiowe odnosi. Czy ta wnuczka lub prawnuczka, która wygrała konkurs recytatorski, to ta sama, która w lecie spadła z drzewa, a ten urwis, który zna się na komputerach, gra też w siatkówkę, czy może chodzi o jego brata? Wreszcie przewodnicząca Rady Kobiet wtrąciła się, krzycząc jej do ucha, że już wystarczy, bo będziemy teraz zwiedzać muzeum, znaczy się cerkiew.

Marfa Michajłowna przejęła inicjatywę. Wygłosiła krótką przemowę o unikalności świątyni i o tym, że na całej Syberii drugiej takiej nie ma.

Cerkiew, choć drewniana, stoi tutaj nienaruszona od 1903 roku. W czasach wczesnego ZSRR zamieniono ją w klinikę porodową na kilka łóżek.

Ponoć kobiety niezbyt chętnie tu rodziły, ale niewiele miały do gadania. Polecenie przyszło z góry – wszędzie miała być nowoczesna opieka zdrowotna i tyle. Poza kilkoma łóżkami sprzętu położniczego nie dowieziono. Najważniejsze, że w głębokich lasach powstała klinika i nastała nowoczesność, czym chełpiono się w sprawozdaniach i przemowach rad wiejskich oraz rejonowych. Po wojnie w cerkwi urządzono świetlicę kołchozową, którą potem zamieniono na muzeum, dzięki czemu do dziś możemy podziwiać liczne eksponaty.

Patriotyzm wojenny

Marfa Michajłowna przeszła do prezentacji danych liczbowych: – Muzeum rocznie odwiedza dwanaście tysięcy ludzi – wypaliła. – Ilu? – kolega etnograf z Jakucka przerwał jej, nie wierząc własnym uszom. – Dwanaście tysięcy – powtórzyła Marfa Michajłowna bez mrugnięcia okiem. Skonsternowany etnograf pokiwał głową z ironicznym uśmiechem. Studenci zanotowali liczbę odwiedzających.

Ciasną cerkiewną nawę od podłogi po sufit wypełniały chaotycznie rozmieszczone gabloty, obrazy, flagi, tkaniny, narzędzia gospodarcze, broń i dziesiątki pomniejszych przedmiotów. Podłoga uginała się, tworząc nierówną nieckę. Wszystko przez to – wyjaśniła Marfa Michajłowna – że zmarzlina się roztapia. Podłogi siadają, ale ściany wciąż trzymają się solidnie.

Na jednej ze ścian umieszczono sporo etnograficznych artefaktów. Kolekcję tradycyjnej odzieży jakuckiej, biżuterii, tabakierek, myśliwskich noży z misternie zdobionymi rękojeściami, starych łuków, kilka sztucerów i inne myśliwskie akcesoria. Na specjalnym podeściku leżało misternie wykonane jakuckie siodło. Piękna robota.

Po drugiej stronie cerkiewnej nawy urządzono ekspozycję patriotyczno-wojenną. Spory portret Stalina, na tle pomarańczowo-czarnej wstęgi świętego Jerzego. Znalazło się również miejsce dla kilku gipsowych popiersi Lenina i Feliksa Dzierżyńskiego. Obok „Żelaznego Feliksa” zawieszono pepeszę z czasów Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Dalej ustawiono gablotę, w której złożono kilka bagnetów, rewolwer i kolekcję orderów – w większości powojennych przyznawanych za osiągnięcia na froncie pracy.

W miejscu po ikonostasie wisiały reprodukcje obrazów propagandowych i reprinty sowieckich plakatów zagrzewających lud do walki z faszyzmem. Obok zaś kilka prawosławnych ikon z czasów schyłkowego imperium Romanowów. Całość uzupełniały zdjęcia miejscowych weteranów, lokalnych działaczy partyjnych i niewielka kolekcja fotografii Tandy oraz okolic, w większości z okresu breżniewowskiego ZSRR.

Pradawni herosi

Po dwudziestu minutach znów staliśmy na zewnątrz. Kolega z PAN-u i ja wpatrywaliśmy się w – jak mogło się wydawać – pozostałości po starożytnej cywilizacji, która w środku pustkowia zostawiła po sobie posągi tajemniczych bogów. Może za jakiś czas pojawią się kolejni spryciarze kupczący teoriami, że monumenty w głębinach eurazyjskiego interioru są niezbitym dowodem lądowania Obcych?

Tak naprawdę jeden z nich nazywał się Jegorow, drugi Antonow. Obydwaj byli weteranami Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Pochodzili z rejonu Ust-Ałdańskiego. W czasach Breżniewa ktoś w jakuckim komitecie partyjnym wpadł na fantasmagoryczny pomysł, żeby odlać ich żeliwne popiersia i zataszczyć je na lawetach w głąb lasów. Na cześć zwycięstwa nad faszyzmem i w dowód zwycięskiego podboju nieokiełznanej natury przez cywilizację ludzi radzieckich. Jeżeli dekadę wcześniej człowiek radziecki mógł polecieć w kosmos, to tym bardziej był zdolny do ustanawiania ładu, tam gdzie rzekomo wcześniej panował chaos. I tak w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku regionalny komitet partyjny dowiódł, że niemożliwe nie istnieje.

Wielkie popiersia bohaterów wojennych, Antonowa i Jegorowa. Przed nimi stoi mężczyzna. W tle las
Wielkie popiersia bohaterów wojennych, Antonowa i Jegorowa, przed dawną cerkwią, obecnie muzeum, we wsi Tanda, Republika Sacha (Jakucja), Rosja. Fot. Albert Jawłowski

Czy po rozpadzie ZSRR próbowano przywrócić cerkiew do jej pierwotnej funkcji? To pytanie Marfa Michajłowna zbyła krótką informacją, że czasem przyjeżdża jakiś kapłan z miasta. Coś ogląda, modli się. Co prawda ludzie pytani o owego kapłana zgodnie odpowiadali, że sami go nie widzieli, ale wiadomo, że był. Mówi się, że był, to pewnie był. Słysząc pytania o przywrócenie parafii, mieszkańcy Tandy sprawiali wrażenie zdziwionych. Twierdzili, że, owszem, są przywiązani do drewnianego budynku, bo budowali go miejscowi cieśle i stoi, odkąd pamiętają. Ale parafia? Przywracanie parafii w Tandzie nie ma sensu, bo cerkiew kazali pobudować Ruscy. A potem też Ruscy, tyle że czerwoni, kazali ją zamknąć. Pewien bardziej wylewny facet rzucił półżartem, że cerkiew powstała, bo tak było trzeba. A teraz już nie trzeba, więc nikt jej nie przywraca. Ale jak będzie trzeba, to muzeum się zamknie, poświęci się ikony i znów w cerkwi będzie cerkiew. Co za różnica? Ludzie i tak nigdy nie byli tutaj prawosławni.

Duchy lasu, święci prawosławni

Tymczasem miniatury ikon w tandyjskich domach nie były rzadkością. Szczególne miejsce na domowej półeczce jednej z kobiet zajmowała ikonka przedstawiająca świętego Ilję (Eliasza), opiekuna światła, ognia i kowalstwa. Święty Ilja pełni podobne role w folklorze wschodnich Słowian. Kobieta przyznała, że wcześniej o tym nie słyszała. Ale nie była szczególnie zdziwiona. Ogień jest najpotrzebniejszym, najbliższym człowiekowi żywiołem, stwierdziła. Bez ognia człowiek nie przetrwa, bez ognia człowiek nie jest nawet człowiekiem. Zwierzę może wytrzymać bez ognia, człowiek nie. Duch ognia jest dobry, bo odpędza inne złe duchy. Daje światło, ciepło i życie. Wiedzieli o tym nasi przodkowie i teraz też nie należy o tym zapominać, zwłaszcza tu, gdzie przez sporą część roku trwa noc i morderczy mróz.

Inni zbywali pytania o miniaturowe ikonki życzliwym, trochę ironicznym uśmiechem. Jeśli podejmowali rozmowę, o chrześcijańskich świętych opowiadali jak o duchach opiekuńczych. Na domowym ołtarzyku, za miniaturami prawosławnych ikon kryły się „duchy domowego ogniska”, „pana słońca”, „pani księżyca” czy „ducha lasu”. W slangu miejscowych etnografów i religioznawców często nazywa się to „synkretycznym jakuckim prawosławiem”, czyli tak naprawdę ani prawosławiem, ani dawną wiarą przodków.

W okolice cerkwi – muzeum, którą rzekomo odwiedza dwanaście tysięcy ludzi rocznie, nikt z miejscowych nie chodzi bez potrzeby. Ludzie omijają zwłaszcza ten kawałek łąki, na którym w drugiej połowie ubiegłego wieku władze regionu ustawiły monumentalne popiersia Jegorowa i Antonowa. Dlaczego? Kiedyś był tam cmentarzyk. Powstał, kiedy zjawili się Ruscy, a wraz z nimi obrzędy pogrzebowe i przycerkiewne cmentarze. Miejscowi do dziś uważają odwiedzanie cmentarzy za dziwactwo. Lepiej tam się nie kręcić. Niepokojenie tych, którzy odeszli, może się źle skończyć. Po tym, jak niewielka grupka tutejszych Ruskich wyprowadziła się do miasta, przycerkiewny cmentarzyk porósł wysoką trawą, spod której na pierwszy rzut oka nie widać już zapadniętych nagrobków. Nieliczni Ruscy, którzy zostali, przystosowali się do miejscowych wyobrażeń, jak należy komunikować się z duchami przodków, światem niebiańskim i podziemnym.

Martwy orzeł i półwiecze Związku Radzieckiego

Nad wsią góruje porośnięta lasem skarpa, zwisająca niegdyś nad starorzeczem tutejszej rzeki, która też nazywa się Tanda. Jeśli wejdzie się w las w odpowiednim miejscu, można trafić na ledwie wydeptaną ścieżkę. Wąska i zarastająca dróżka łagodnie pnie się w górę ku niewielkiej polance nazywanej kiriesteeh hajna (wzgórze krzyża). Prześwit między drzewami pozwala przyjrzeć się wiosce, osamotnionej wysepce na jednolitej, leśnej równinie. Wszyscy mieszkańcy wsi znają opowieść o tutejszych dzieciakach, które dawno temu, głęboko za horyzontem bezpośredniej pamięci najstarszych ludzi, znalazły na polance ciało martwego orła. Ponoć orzeł sam wybrał to miejsce na śmierć, by dać się odnaleźć ludziom.

Kiedy przeszło sto lat temu Ruscy zbudowali cerkiew, prawosławny kapłan odprawił nad grobem orła panichidę. W miejscu dawnych obrzędów ustawiono kilkumetrowy krzyż. Z czasem krzyż zbutwiał, wreszcie wywróciła go wichura. Ludzie twierdzą, że jeszcze w połowie XX wieku dało się znaleźć wgłębienie po krzyżu i skrawki przegniłego drewna. Dziś po krzyżu nie został nawet ślad; jest za to kamienna płyta, ustawiona w 1972 roku, na cześć 50-lecia powstania ZSRR.

Rocznicowa płyta ma kształt tradycyjnego jakuckiego naczynia, czoronu, którego znaczenie można z grubsza porównać do rogu obfitości. Czoron jest symbolem dobrobytu, bogactwa, rodzinnego i domowego szczęścia. Napis wykuty w kamiennym naczyniu z roku na rok staje się coraz mniej wyraźny. Tu i ówdzie pojawiają się pęknięcia po zimowych mrozach. Kamienną głowę Lenina i jubileuszową liczbę 50 wciąż widać w miarę dobrze. Ale za kolejne dziesięć, może dwadzieścia lat płyta może zapaść się pod ziemię. Tak jak krzyż poświęcony kiedyś przez popa.

W końcówce XX wieku próbowano nazwać świętą polankę „wzgórzem zakochanych”. Miejscowy zdun, a przy okazji człowiek cieszący się autorytetem znawcy lokalnych dziejów, zwięźle wyjaśnił, jak się rzeczy mają. – Bzdura. Ludzie tam nie łażą ot, tak sobie, kiedy im się podoba. Orzeł jest świętym ptakiem. Kiedyś odbywały się tam obrzędy, tam na wzgórzu, kamłali szamani. Teraz też nie chodzi się tam bez celu i nikt nie będzie o tym opowiadał. Zbyt poważna sprawa. Poza tym ludzie tracą już orientację, modlą się do ikon, do portretów Lenina. Patrzą na jedno, a widzą coś zupełnie innego. Miesza im się w głowach i zaczynają sami wymyślać różne bzdury… Wzgórze zakochanych, nie ma co gadać…

Tak więc w Tandzie wiele rzeczy nie jest tym, czym wydają się na pierwszy rzut oka.

Sama nazwa miejscowości jest tylko administracyjnym terminem. Miejscowi posługują się nią w oficjalnych sytuacjach, albo w kontaktach z ludźmi z zewnątrz. Między sobą nazywają swoją osadę Bajabantaj Tuołbete. Taka nazywali ją ich przodkowie, zanim przyszli Ruscy, wcześniej niż powstała prawosławna parafia, a potem kołchoz.

Dzień, w którym w telewizji mówili o kijowskiej juncie

Ajaana spędza lato na wsi, zimą wyjeżdża do miasta, gdzie szyje na zamówienie tradycyjną jakucką odzież. W zależności od możliwości finansowych zamawiającego może uszyć niedrogi, ale solidny strój. Jeśli ktoś ma odpowiednie zasoby, umie wyczarować coś, co odpowiada etnograficznym kanonom, a przy tym dizajnersko jest bardzo na czasie. A do tego ukrywa wady i ujawnia zalety sylwetki zamawiającego. W Jakucji szycie tradycyjnych strojów nie jest zabawą obliczoną wyłącznie na potrzeby hobbystów czy rekonstruktorów. To nie najgorszy fach. Strój ludowy to coś w rodzaju drugiego garnituru. Ludzie zakładają go przy okazji świąt, rodzinnych imprez, wesel, czasem nawet podczas oficjalnych akademii ku czci albo po prostu wtedy, kiedy uznają, że warto podkreślić wagę jakiegoś wydarzenia.

Siedzieliśmy w domu Ajaany w Tandzie. Pokazywała nam niedawno uszyte i jeszcze nie sprzedane kobiece spódnice, wspominała o matce i jej rodzinie. Telewizor w dużym pokoju, gdzie miała stół do pracy, odbierał tak sobie. Ajaana opowiadała o znaczeniu kobiecego stroju, zwłaszcza srebrnej biżuterii jakuckiej. W tle słychać było głos spikerki rosyjskiej państwowej telewizji. Mówiła o tym, że „kijowski reżim” odpowiada za zestrzelenie nad Donbasem pasażerskiego samolotu malezyjskich linii lotniczych z Amsterdamu do Kuala Lumpur. Zginęli cywile, pasażerowie; było ich tylu, a tylu. Faszyści odpowiedzą za wszystko, światowa opinia publiczna pozna prawdę o zbrodniczym obliczu kijowskiej junty… Ajaana wyłączyła telewizor.

Zaczęła się druga połowa lipca 2014 roku. Od kilku miesięcy trwała wojna, której nikt nie chciał nazywać wojną. Dla ludzi żyjących tysiące kilometrów od miejsca walk był to po prostu kolejny odległy lokalny konflikt zbrojny. Byli przyzwyczajeni, że ich państwo od zawsze toczy jakieś pograniczne wojny, z których nie wszyscy wracają. Nic nowego – XXI wiek nie przyniósł fundamentalnej zmiany.

W 1991 roku władze w Moskwie proklamowały powstanie Federacji Rosyjskiej. Nad Kremlem opuszczono czerwoną flagę z sierpem i młotem, a w jej miejsce na maszt wciągnięto biesikrę – biało-niebiesko-czerwoną flagę nowej Rosji. Przepoczwarzające się imperium ani na chwilę nie przestało toczyć wojen. Benzyny do ognia dolewano w Naddniestrzu, Tadżykistanie, Abchazji, Osetii, Górskim Karabachu. Jesienią 1993 roku walki uliczne z użyciem broni maszynowej i czołgów wybuchły nawet w samej Moskwie. Potem na północnym Kaukazie wybuchły dwie krwawe wojny czeczeńskie, które pochłonęły życie nawet do stu tysięcy cywilów i wypędziły z domów kilkaset tysięcy uchodźców. W czasie walk poległy dziesiątki tysięcy czeczeńskich partyzantów i rosyjskich żołnierzy. W 2008 roku Rosja najechała na Gruzję.

Czarne tulipany

Wreszcie na początku 2014 roku ludzie usłyszeli o walkach na dalekim Donbasie, gdy w państwowej telewizji wciąż trwał karnawał po zajęciu Krymu. Oczywiście odległego o kilka tysięcy kilometrów Krymu nikt w wioskach centralnej Jakucji nie widział na własne oczy. A 24 lutego 2022 roku Rosja najechała na Ukrainę całą potęgą swojej armii, nie chowając się „ludem Donbasu” i nie przebierając kadrowych wojskowych za donbaskich separatystów.

Wojna, którą da się porównać jedynie z masowymi rzeźniami ubiegłego stulecia, trwa już piąty rok, powoli pożerając Jakucję.

Według rosyjskich danych do końca 2025 roku poległo na niej ponad pół tysiąca żołnierzy pochodzących z Republiki Sacha.

Ponad półtora tysiąca miejscowych odniosło ciężkie rany. Jakucja nie należy do regionów najbardziej wydrenowanych wojną, ale zdaniem jakuckich aktywistów antywojennych oficjalne dane są mocno zaniżone. Nie obejmuje tzw. zaginionych bez wieści, ani poległych w czasie „mięsnych szturmów”, których ciała zostały na polu walki.

Zaniżanie statystyk służy nie tylko propagandzie. Miewa czysto ekonomiczne uzasadnienie. Za zaginionych bez wieści albo tych, których tożsamości nie potwierdzono, nie trzeba wypłacać rekompensat. W sieci można znaleźć wrzucane między innymi przez antywojenną Free Yakutia Foundation dane zaginionych i poległych, nagrania transportów z ciałami na pokładzie tzw. czarnych tulipanów — tak w czasach wojny afgańskiej nazywano samoloty z trumnami. Dokładna liczba poległych jest jednak trudna do ustalenia.

Czy za kilka lat w wioskach takich jak Tanda, obok monumentalnych popiersi poległych w czasie wielkiej wojny ojczyźnianej Jegorowa i Antonowa stanie pomnik bohatera walki z „banderowcami, faszystami i ich natowskimi kuratorami”? Czy masowa jatka rozpętana w trzeciej dekadzie XXI w. przez Rosję stanie się kolejnym wielkim mitem, czy po prostu nowym rozdziałem niekończącej się „wojny z faszyzmem”? Jak wpłynie na dalsze „transformacje jakuckiej wsi”? Kto za 20–30 lat będzie tworzył oficjalne egzegezy najazdu na Ukrainę, a może inne państwa w Europie? Jak na własny użytek zapamiętają to mieszkańcy Tandy? Czy kiedyś przyjdzie pora na głębszą refleksję nad przyczynami powtarzającego się cyklu wojny i śmierci? Kiedy ze szkolnych gablot znikną zdjęcia umundurowanych dzieci?

Póki co, nie wiadomo nawet, jak długo potrwa aktualna wojna. I kiedy zacznie się następna.

;
Na zdjęciu Albert Jawłowski
Albert Jawłowski

Adiunkt w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych UW, badacz terenowy, pisarz. Autor książek, m.in.: „Milczący lama. Buriacja na pograniczu światów" i „Miasto biesów. Czekając na powrót cara".

Komentarze