0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Grzegorz Skowronek / Agencja GazetaGrzegorz Skowronek /...

Epitet "wenezuelski" po przejęciu władzy przez Prawo i Sprawiedliwość pojawiał się często w debacie publicznej. Zawsze chodziło o to, że PiS kolejnymi transferami społecznymi doprowadzi Polskę do krachu ekonomicznego takiego jak w Wenezueli.

Intuicja u zarania była słuszna, bo rewolucja Jarosława Kaczyńskiego rzeczywiście ma wiele podobieństw do rewolucji boliwariańskiej Hugo Chaveza. Jednak - uprzedźmy fakty - nie napiszemy tu o nieuchronnie nadciągającym kryzysie paraliżującym kraj na wzór załamania w Wenezueli. Polska jest krajem bogatszym, stabilniejszym, z wielokrotnie mniejszym zadłużeniem, a nasza gospodarka nie jest uzależniona od ceny jednego surowca na światowych rynkach. Koronawirusowa recesja będzie dolegliwa, ale nie zabójcza.

Warto się jednak przyjrzeć podobieństwom w mechanice sprawowania populistycznej, autorytarnej władzy w Polsce i Wenezueli. A także błędnym i brzemiennym w skutki strategiom opozycji. Bo zanim Wenezuela po śmierci Chaveza stała się klasyczną dyktaturą, przeciwnicy autorytarnego populisty mieli szansę z nim powalczyć i nie wykorzystali okazji.

Pierwsza lekcja: zbierać kopniaki, kolekcjonować siniaki

Podobnie jak PiS Kaczyńskiego i Dudy - Hugo Chavez uwielbiał patriotyczną tromtadrację, upajał się swoim głosem i retoryczną sprawnością. Tak jak Duda używał dobrze rezonującego frazesu i działającego na wyborców mitu: zamiast narodowo-katolickiego, właściwego dla Polski, rewolucyjno-lewicowego, właściwego dla Ameryki Łacińskiej. Ale oba frazesy, oba mity - i ten wenezuelski, i ten polski - mają dokładnie te same funkcje: pozwalają komunikować się bezpośrednio z ludźmi, którymi się rządzi.

Tak jak i Duda, Chavez rozmawiał z wyborcami z pominięciem liberalnych, niezależnych od władzy mediów. W każdą niedzielę w telewizji państwowej był gospodarzem programu "Aló Presidente", w którym odpowiadał na pytania obywateli, wygłaszał podniosłe mowy, przedstawiał sukcesy i kłopoty rewolucji boliwariańskiej.

Przeczytaj także:

Do złudzenia przypominało to formę wystąpień Andrzeja Dudy z ostatnich wieców wyborczych i wcześniejszego regularnego objazdu miast powiatowych: prezydent niby przemawiał, ale jego język mieszający buńczuczną, wzniosłą formę i mowę potoczną dawał słuchaczom złudzenie dialogu. Zwłaszcza że Duda jak katarynka powtarzał: "Słucham Polaków, słucham Polaków, słucham Polaków".

Pierwsza lekcja dla polskiej opozycji? Musi wyjść z Twittera, z liberalnych mediów, z klimatyzowanych sal wykładowych, jeździć, rozmawiać, zbierać kolejne kopniaki i siniaki w terenie. Musi zapracować na szacunek, nauczyć się rozmawiać w nieprzyjemnym otoczeniu językiem, którego jeszcze nie zna - bez tego nigdy nie będzie autentyczna.

Lekcja 2: nie smagaj populisty elitarnym batem

Chavez tak jak Kaczyński, Morawiecki i Duda nie był człowiekiem z ludu dla ludu. Urodził się w rodzinie klasy średniej, o dzieciństwie opowiadał jako "biednym, ale szczęśliwym", jednak bieda w tej historii nie była jej najbardziej wiarygodną częścią. Biorąc pod uwagę jego karierę wojskowego, jak na wenezuelskie warunki i stosunki społeczne, był bardziej z elit niż z ludu. Jednak świadomie tę elitarność umniejszał, eksponując wątki ludowe.

To przepoczwarzenie nieustannie legitymizowała opozycja, która po dojściu Chaveza do władzy na swoją zgubę smagała go dzień i noc elitarnym batem: że jest nieokrzesany, że zachowuje się jak małpa, że przynosi wstyd krajowi. Jak można się spodziewać - bez skutku.

To druga lekcja dla polskiej opozycji: w starciu z populistą nie można być "lepszym": sześć języków, zagraniczne studia i habilitacja nie pomagają w dotarciu do wyborców, dla których te wszystkie osiągnięcia są poza sferą realności.

Lekcja 3: mniej o zagranicy, więcej o nepotyzmie i niekompetencji urzędników

Podobnie jak władza PiS, Chavez próbował kreować Wenezuelę na regionalne mocarstwo, a w chavistowskiej propagandzie rolę Niemców i roszczeń żydowskich grały Stany Zjednoczone oraz ich wrogie knowania (choć homofobiczne oraz antysemickie szczucie państwowych mediów również bywało w grze, zwłaszcza w 2012 roku podczas starcia Chavez-Capriles).

Im bardziej opozycja odwoływała się do zagranicznych autorytetów, rządów, organizacji pozarządowych, tym bardziej Chavez podkręcał retorykę. Jeszcze skuteczniej niż robi to PiS w Polsce, bo historia amerykańskich interwencji w regionie była i jest o wiele bardziej żywotna niż historia II wojny światowej w Polsce.

Tak jak w Polsce polityka PiS, tak polityka społeczna Chaveza bazowała na prostych transferach socjalnych i tak jak w przypadku rewolucji Kaczyńskiego i Dudy, rewolucja boliwariańska borykała się z ogromnymi problemami kadrowymi, zasypując kolejne stanowiska rojem nieudaczników. Stworzyła tym samym skorumpowany, nieudolny i klientystyczny system kierowania państwem, budząc coraz większy gniew coraz szerszych kręgów społecznych.

Problem w tym, że do czasu zupełnego załamania gospodarki wenezuelskiej po spadku cen ropy, opozycja nie była w stanie w pełni zagospodarować tego gniewu.

Lekcja trzecia dla polskiej opozycji: nie przesadzaj z zagranicznymi autorytetami, uderzaj w reżim tam, gdzie narusza on interesy i oburza obywateli na co dzień.

Lekcja 4: poczuć ból i ulgę małych miast

Do momentu krachu naftowego wskaźniki w Wenezueli pod rządami Chaveza wyglądały nieźle, a w porównaniu do poprzedzającej dekady po prostu dobrze, w pierwszej dekadzie jego rządów od 1999 do 2009 roku:

  • bezrobocie spadło z 14,5 proc.do 7,8 proc.,
  • ubóstwo zmniejszyło się o 50 proc.,
  • skrajne ubóstwo - o 70 proc.,
  • skokowo wzrósł procent PKB przeznaczany na edukację i zdrowie.

A wszystko to po katastrofie rządów neoliberalnych, gdy odsetek Wenezuelczyków żyjących w ubóstwie wzrósł w ciągu 11 lat (od 1984 do 1995 roku) z 36 do 66 proc.

W Polsce od przejęcia władzy przez PiS w 2015 roku:

  • ubóstwo skrajne spadło z 6,5 proc. do 4,2 proc (2019),
  • ubóstwo relatywne z 15,5 do 13 proc. (2019),
  • ubóstwo ustawowe - z 12,2 do 9 proc. (2019),
  • płaca minimalna wzrosła z 1750 do 2,6 tys. zł (2020),
  • bezrobocie rejestrowane spadło z 9,7 do 5,5 proc. (w 2020 roku tuż przed wybuchem pandemii, dziś wynosi ok. 6 proc.),
  • realny dochód najuboższych 20 proc. społeczeństwa wzrósł w latach 2015-2019 aż o 48 proc.

Wszystko to po rządach Platformy Obywatelskiej i PSL, które miały wiele sukcesów, zdławiły kryzys 2008 roku, unikając recesji. Zostawiły po sobie wiele inwestycji infrastrukturalnych, ale także wspomnienie ekonomicznej deprywacji wśród dużych grup społecznych, zwłaszcza na wsi i w małych miasteczkach. Nie chodzi przy tym o to, czy poczucie krzywdy było obiektywnie uzasadnione, czy nie, rzecz w tym, że było i jest subiektywnie prawdziwe.

Lekcja czwarta: Jeśli opozycja chce podjąć walkę z PiS, musi uznać tę krzywdę i fakt, że PiS ją ukoił. To uznanie nie może być tylko deklaratywne - to robił już podczas kampanii Rafał Trzaskowski - ale autentyczne. Potrzeba empatii, aby poczuć ten ból i późniejszą ulgę - bez tego nie opowie się wyborcom ze wsi i małych miast niczego interesującego. I opozycja będzie dalej przegrywać.

Co konkretnie można zrobić? Już, od zaraz, nie miesiąc przed wyborami, tworzyć centra społeczne, świetlice, cykliczne spotkania, imprezy, pokazy filmowe w każdej małej gminie, gdzie na zachodzie Polski Duda zdobył więcej niż 50 proc. głosów: w wielkopolskim Sompolnie, w zachodniopomorskich Pyrzycach, w kujawsko-pomorskiej Kcyni, w lubuskiej Wschowie, etc. Inaczej nie da się zbudować wiarygodności, nie ma drogi na skróty.

Bez resetu zostaje czekanie na cud. Podział pół na pół trwa mimo katastrofy

Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że opozycja wobec Chaveza była wzorem dla polskiej. Negowała jego mandat, kiedy był demokratyczny. Negowała realne osiągnięcia, kiedy wielu obywateli realnie czuło je w kieszeni. Odwoływała się do abstrakcyjnych kategorii demokracji liberalnej, atrakcyjnych tylko dla klasy średniej i wyższej.

Chavez od 1999 roku wygrywał kolejne głosowania (w 2007 roku przegrał referendum konstytucyjne i uznał porażkę), a opozycja bezskutecznie zarzucała mu fałszerstwa. Kiedy w końcu zaczął realnie kupować głosy za wydrukowane bez pokrycia pieniądze i przykręcał autorytarną śrubę, była bezradna - zbyt często wcześniej krzyczała o wilkach, kiedy nie nadchodziły.

Tak jak polska opozycja, ta w Wenezueli zbyt późno zmieniła strategię: gdy zaczęła w retoryce chwalić niektóre osiągnięcia socjalne Chaveza, miała już duży problem z wiarygodnością, a

społeczeństwo podzieliło się na pół. I pozostaje podzielone, mimo bezprecedensowego kryzysu politycznego, gospodarczego i kraju na skraju upadku, do którego przyczynił się kryzys naftowy, krótkowzroczność Chaveza i kompletna już nieudolność jego następcy Nicolasa Maduro.

W Wenezueli władzą obozu Chaveza zatrząsł kryzys naftowy, PiS z całą pewnością zachwiałby się w efekcie polexitu. I właśnie dlatego zrobi wszystko, żeby nigdy do niego nie dopuścić.

Do tego Polską rządzić łatwiej niż Wenezuelą: nasz ład gospodarczy, pozycja w strukturach europejskich i ciągle mimo wszystko względna stabilność systemu politycznego powodują, że populistom bazującym na - jak to ujął publicysta Jakub Majmurek - feudalnym odruchu wdzięczności poddanego dla dobrej władzy, rządzić jest o wiele łatwiej.

Tak czy inaczej, żeby myśleć o odebraniu władzy PiS, opozycja musi zacząć od nowa, od samych podstaw, od fundamentów. Mniejsza przy tym o takie czy inne partyjne szyldy i etykiety, chodzi o wymyślony od nowa sposób działania. Bez resetu poruszanie się po starych koleinach to tylko czekanie na cud. A cudów nie ma.

PS. To oczywiście nie jest tak, że opozycja wobec PiS nic nie rozumie, nie zmienia się i nic nie robi. Kampania Rafała Trzaskowskiego, zwłaszcza przed drugą turą, była w dużym stopniu wymyślona idealnie: kandydat uciekał od elitarnego wizerunku, koncentrował się na tym, co można zrobić w kraju, a nie co może zrobić dla polskiej demokracji Unia Europejska. Oddawał też sprawiedliwość wielu zmianom socjalnym, przedstawiał się jako polityk rozumiejący lokalne społeczności, częściej piętnował "po ludzku" nepotyzm i korupcję władzy niż pryncypialnie łamanie demokratycznych standardów.

Trzaskowski bardzo dobrze odgrywał to, co powinien, by mieć szansę na zwycięstwo. Za trzy lata, za pięć, za siedem politycy opozycji nie mogą już jednak tylko odgrywać ról, muszą mieć za sobą kilka lat wytężonej roboty, tak, by podczas kolejnej ustawionej debaty TVP w Końskich, zignorować telewizję i bez obaw wejść w tłum. To dużo ważniejsze i trudniejsze, niż kolejne partyjne przetasowania i kłótnie o to, w ilu blokach opozycja powinna iść do wyborów - jednym, trzech czy pięciu. Od samego mieszania herbata nie zrobi się słodsza.

;

Udostępnij:

Michał Danielewski

Wicenaczelny OKO.press, redaktor, socjolog po Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych UW. W OKO.press od 2019 roku, pisze o polityce, sondażach, propagandzie. Wcześniej przez ponad 13 lat w "Gazecie Wyborczej" jako dziennikarz od spraw wszelakich, publicysta, redaktor, m.in. wydawca strony głównej Wyborcza.pl i zastępca szefa Działu Krajowego. Pochodzi z Sieradza, ma futbolowego hopla, kibicuje Widzewowi Łódź i Arsenalowi

Komentarze