Raport Millera z 2011 roku "jest nieważny i zostaje anulowany" - ogłosił Antoni Macierewicz. Jego eksperci przygotowali cały zestaw pośrednich argumentów, dowodząc, że musiało dojść do kilku wybuchów, a jednocześnie zbrodniczą akcję prowadzili rosyjscy kontrolerzy lotu. Stawiając zarzut zamachu, Macierewicz twierdził jednak, że tego nie robi

Podkomisja smoleńska Antoniego Macierewicza przedstawiła kolejną wersję katastrofy smoleńskiej. Dziennikarzom na konferencji prasowej pokazano – tak jak w 2017 roku – film i wręczono kopię „Raportu Technicznego”.

Tym samym – co oznajmiła podkomisja w Raporcie Technicznym – raport Millera z 2011 roku „jest nieważny i zostaje anulowany”.

„To, co powiedział Macierewicz nie ma żadnego oparcia w polskim systemie prawnym” – stwierdził krótko obecny na konferencji dr Maciej Lasek, członek komisji Millera, a od  2012 do 2016 przewodniczący Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych.


 


Nie dość że wybuchło, to jeszcze naprowadzali na śmierć

Według najnowszych ustaleń ekspertów Macierewicza, przyczyną katastrofy były eksplozje w przynajmniej dwóch miejscach Tu-154M. Pierwsza (pierwsze?) – w lewym skrzydle. Wybuchy zniszczyły sloty, żebra i dźwigary oraz poszycie, rozrzucając je na obszarze o wymiarach 400 na 30 metrów. Macierewicz mówił o „taśmie z materiałem wybuchowym”, która spowodowała oderwanie końcówki skrzydła, na około 900 metrów przed progiem pasa lotniska Smoleńsk Siewiernyj.

Druga eksplozja nastąpiła tuż przed uderzeniem samolotu w ziemię: w lewej części kadłuba, blisko trzeciej salonki. „Fala uderzeniowa wyrwała lewe drzwi pasażerskie, wysadziła pierwszy i trzeci dźwigar lewego centropłatu, a ciała kilkunastu pasażerów trzeciej salonki zostały zniszczone i rozrzucone na przestrzeni ponad 100 m”.

Jak pisze „Wyborcza” eksplozja w salonce prezydenckiej jest hipotezą szczególnie kiepską, bo „salonka była wręcz jednym z najlepiej zachowanych fragmentów samolotu. Żadnych śladów opaleń, szyby w burcie przy kanapie nie zostały wybite, drewniana podłoga nie nosi śladów działania temperatury, a drzwi luków w kadłubie pod salonką nie zostały wypchnięte na zewnątrz”.

Poza opowieścią o wybuchach Raport Techniczny przesądza jednocześnie, że szczególną rolę w katastrofie odegrali także rosyjscy nawigatorzy ze smoleńskiego lotniska. „Rosyjscy kontrolerzy ruchu lotniczego na lotnisku Sewiernyj w Smoleńsku w porozumieniu z dowódcą wojsk transportu lotniczego generałem W. Benediktowem w Moskwie konsekwentnie podawali błędne informacje załodze samolotu Tu-154M podczas podejścia do lądowania 10 kwietnia 2010 roku”.

W filmie pada nawet stwierdzenie, że kontrolerzy lotu dostali zadanie, by doprowadzić do rozbicia samolotu ok. 1 km przed lotniskiem.

Piloci niewinni, bo polscy

Opisując podłożone ładunki wybuchowe i zbrodnicze zamiary rosyjskich nawigatorów Macierewicz zdjął ciężar odpowiedzialności za wypadek z barków polskich pilotów Tupolewa.

„Jeśli ktoś broni raportu Millera, broni również tego, aby oskarżać polskich pilotów o spowodowanie tej katastrofy” – uniósł się fałszywym „patriotyzmem”.

Anulowany przez Macierewicza raport Millera, a także późniejsze ustalenia, wskazują jednak na kilka wręcz zdumiewających  błędów popełnionych przez załogę samolotu:

  • podchodzenie do lądowania w warunkach, które na to nie pozwalały;
  • zlekceważenie  ostrzeżeń systemu TAWS („TERRAIN AHEAD! PULL UP!”), co znaczyło, że samolot jest na kursie kolizyjnym z ziemią;
  • decyzja odejścia przy użycia autopilota, który na takim lotnisku jak Smoleńsk (brak systemu ILS) nie działał. W ten sposób załoga straciła 5 sekund, nim poderwała maszynę do góry, ale było za późno;
  • zamiast korzystać z wysokościomierza barycznego (który powinien zostać wyzerowany na poziomie lotniska), załoga posługiwała się wysokościomierzem radiolokacyjnym, który mierzy wysokość nad powierzchnią ziemi i nie zdając sobie sprawy, że leci nad jarem głębokim nawet na 60 metrów, ale poniżej poziomu lotniska.

OKO.press analizowało te błędy wskazując na ich kontekst psychologiczny, m.in. presję, jaką wywierano na pilotów (plus wspomnienie historii z odmową – pomimo rozkazu prezydenta Kaczyńskiego – lądowania w Gruzji w 2008 roku). Ilustrowaliśmy to nagraniami rozmów w kokpicie.

Zamach? Jaki zamach?!

Przedstawiwszy jednoznaczną wersję katastrofy Macierewicz powiedział rzecz zaskakującą: „Ja na temat zamachu się nie wypowiadałem i nie sądzę, żeby ktokolwiek z członków komisji wypowiadał się na temat zamachu, ani też w materiale filmowym nie było ani słowa na temat zamachu […] W prezentacji raportu komisji nie było ani jednego słowa o zamachu. Takie wnioski mogą wyciągać tylko śledczy”.

To już piętrowa kombinacja, której normalny umysł nie ogarnie.

Jeśli przyjąć tezę podkomisji smoleńskiej, że rosyjscy nawigatorzy w porozumieniu – bądź bezpośrednio instruowani – z rosyjskim gen. Benediktowem sprowadzili Tupolewa z właściwego kursu, to pozostaje zadać pytanie: po co to zrobili? Dla zabawy? Bo byli nie w pełni władz umysłowych?

Trzeba też dodać, że to wyjaśnienie zachowania smoleńskich nawigatorów nie jest nowe. W dokładnie takiej samej formie przedstawiano je rok temu, przy okazji prezentacji poprzedniej wersji zamachu, której główną bohaterką była bomba termobaryczna.

Pytanie, czemu Macierewicz nie stawia kropki nad i? Być może w grę wchodzi taktyka. Zapowiada „raport ostateczny” za mniej więcej rok, trzeba więc dać podkomisji okazję do kolejnych ustaleń przesądzających, co się „naprawdę wydarzyło”. Ponadto

rzecz jest delikatna politycznie: oficjalne stwierdzenie, że to Rosjanie przeprowadzili zamach – podkładając ładunki, a także sprowadzając samolot na śmierć – domagałoby się interwencji polskich władz.

Może rząd nie chce się na razie narażać i/lub ośmieszać?

Skąd te eksplozje?

Wybuchy były, ale: nie wiemy jak do nich doszło, kto je detonował, a przede wszystkim skąd wzięły się ładunki.

Tegoroczna wersja eksplozji jest z jednej strony mocno wybrakowana. W 2017 roku przynajmniej podano hipotezę (?) o tym, jaka to była – bądź mogła być – bomba (termobaryczna). Teraz otrzymaliśmy jedynie deklarację, że podkomisja nie wyklucza różnych opcji. Termobarycznej też nie.

Rozbudowano natomiast wątek wewnętrznego wybuchu  lewego skrzydła.

Zastanawiające jest natomiast to, dlaczego podkomisja nie odniosła się do przedstawionej kilka dni temu teorii jej wiceprzewodniczącego prof. Wiesława Biniendy. Stwierdził jednoznacznie, że ładunek wybuchowy został ukryty w lewym skrzydle samolotu, w tzw. slotach, w 2009 roku podczas serwisowania maszyny w Rosji. Wybuch odstrzelił te sloty, i to właśnie – wbrew wersji pancernej brzozy – sprawiło, że samolot się obrócił.

Założenie ładunków w slotach „musiało być zrobione w Rosji, ponieważ w Polsce nikt nie ma dostępu do środka tych slotów. Tam może być cokolwiek, może latać przez pół roku, rok i nikt nie jest w stanie się tego dowiedzieć”.

Binienda skądś wiedział, że w czasie remontu TU 154M w zakładach Aviakor w Samarze „te części zostały odłożone, gdzieś zawiezione a następnie – te same? inne? – przywiezione z powrotem”.

Brak, czyli nadmiar wyjaśnień

Nowa teoria Macierewicza cierpi na tradycyjny już dla ustaleń tego umysłu brak, którym jest nadmiar wyjaśnień. Zamiast jednego ładunku – kilka. Zamiast jednej formy zamachu – dwie: i wybuch, i zbrodniczy kontrolerzy. Przecież każda z tych form wymagała skomplikowanych przygotowań, które groziły dekonspiracją.

Skoro rosyjskim nawigatorom udało się skutecznie ściągnąć Tupolewa z właściwego kursu, to kto i po co wysadzał ładunki? Dla pewności? By na pewno nikt nie przeżył? A może zamach był prowadzony przez dwa niezależne rosyjskie ośrodki?

***

Agnieszka Holland mówiła 11 kwietnia 2018 w radiu TOK.FM o mitologii smoleńskiej, że wyrasta z przekonania, że za tak straszny wypadek nie mogą odpowiadać zwykłe zdarzenia: braki wyszkolenia, umiejętności i nawyków, fatalna pogoda…

Polskim odruchem jest sięgnięcie po „bycie ofiarą”. Katastrofa lotnicza staje się w obsesyjnym ujęciu PiS kolejną klęską i cierpieniem narodu, co nadaje nam, Polakom wartość. Z tych samych względów „musimy odzyskać pozycję głównej ofiary II wojny światowej i nie możemy się zgodzić, by Żydzi byli główną ofiarą”.

 

Dziennikarz i publicysta. W OKO.press pisze o ochronie przyrody, łowiectwie, prawach zwierząt, smogu i klimacie oraz dokonaniach komisji smoleńskiej. Stały współpracownik miesięcznika „Dzikie Życie”.


Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press