„Nie chcę być nazywana nierobem. Nie chcę być tłamszona. Nie chcę tworzyć publicznej instytucji, kiedy nie mam wsparcia państwa” - mówi OKO.press Barbara Chyłka, dyrektorka szkoły w Chrząstowicach, która z końcem lipca, po 16 latach odchodzi z zawodu. I nie jest jedyna. „W jednej z opolskich szkół 50 proc. kadry składa wypowiedzenia albo idzie na urlop"

Z Barbarą Chyłką, dyrektorką szkoły podstawowej w Chrząstowicach (woj. opolskie), rozmawialiśmy dwukrotnie podczas strajku. „Powątpiewam czy warto zostać w zawodzie. Sądzę, że wiele moich kolegów i koleżanek w najbliższym czasie złoży wypowiedzenie” – mówiła 18 kwietnia.

Dziś, po 16 latach stażu i pracy na każdym etapie edukacyjnym, sama odchodzi z zawodu.


Anton Ambroziak, OKO.press: Pamięta pani pierwszy dzwonek w szkole? Emocje i oczekiwania, które pani towarzyszyły? 

Barbara Chyłka: To było niesamowite. W 2004 roku przyszłam na zastępstwo do gimnazjum. Miałam mnóstwo pomysłów i jeszcze więcej energii. I to się przez długi czas rozkręcało. Garściami czerpałam inspiracje od uczniów, kolegów i koleżanek z pracy i rodziców, ale do czasu.

Jeszcze w trakcie strajku zagrzewała pani kolegów i koleżanki do boju. Co się stało po drodze?

Zmęczenie materiału. Ostatnie dwa lata, czyli wdrażanie reformy edukacji, były wyjątkowo wymagające dla nauczyciela i dyrektora. Ale najbardziej dobił mnie sposób traktowania nauczycieli przez rządzących i społeczeństwo. Używając miłych i dyplomatycznych słów było to nieeleganckie. 

W którym momencie pomyślała pani, że doszła do ściany; że w takiej szkole nie da się pracować?

Pamiętam jak czytałam komentarze pod wywiadem, którego wam udzieliłam. O nauczycielach w mojej szkole mówiłam per bohaterowie. W reakcji na to przeczytałam stek nienawistnych komentarzy. Jak to jest, że ktoś mnie nie zna, nie wie jak bardzo kocham uczyć, jak wiele poświęcam, żeby robić to co robię i pozwala sobie anonimowo mnie oczerniać?

Wtedy pomyślałam, że coś jest nie tak, że muszę powiedzieć stop. Ten proces we mnie kiełkował. Wiem, że muszę zawalczyć o siebie jako człowieka.

Nie chce być nazywana „nierobem”. Nie chce być tłamszona. Nie chce tworzyć publicznej instytucji, kiedy nie mam wsparcia państwa.

Nie chcę też uczyć w szkole, która nie ma czasu na dzieci i młodzież. A oni dziś zamiast przepastnych treści nauczania potrzebują więcej uwagi i wsparcia. Wiem, że jeśli nie zmieni się nic, to takich przypadków jak w Warszawie na Wawrze – młodych ludzi, którzy w odpowiednim momencie nie otrzymali pomocy psychologiczno-pedagogicznej – będzie więcej.

I po ostatnie, nie chcę uczyć w szkole, w którą wpycha się coraz więcej ideologii.

Strajk tylko przypieczętował decyzję o odejściu?

Tak, myślałam o tym znacznie dłużej. Oczywiście, miałam wyrzuty sumienia, że zostawiam szkołę. Szczególnie że udało nam się stworzyć coś fantastycznego: prawdziwą relację i współpracę pomiędzy dyrekcją, nauczycielami, rodzicami i uczniami.

Ale strajk obnażył wszystko, co w oświacie nie gra i czego ja sama – Basia Chyłka – nawet z najwspanialszym zespołem nie zmienię. Dzieci w siódmych i ósmych klasach są przeładowane. Nie mają czasu, żeby zgłębiać swoje pasje. Zamiast rozwijać spontaniczność i kreatywność, funkcjonują jak roboty. Złapałam się na tym, że im po prostu współczuję, bo co innego mogę zrobić?

A jakie nastroje panują w pokojach nauczycielskich? 

W mojej szkole jest spokój. Strajk nas zintegrował, wzmocnił. Za to w Opolu jest fatalnie. Nauczyciele masowo odchodzą z zawodu, część idzie na świadczenia kompensacyjne albo emerytury. Inni chcą skorzystać z urlopu dla poratowania zdrowia. W jednej ze szkół w centrum miasta takie postawy przejawia ponad 50 proc. kadry.

Nauczyciele są pokiereszowani. Po strajku zostaliśmy zostawieni sami sobie, bez żadnego wsparcia psychologicznego. Część zespołów jest też skłócona. U nas udało się zakopać różnice światopoglądowe, bo na pierwszym miejscu były jasne cele. Nie tylko te związane z podniesieniem wysokości wynagrodzenia, ale wynikające z refleksji nad sensem nauczycielskiej pracy.

Niestety strajk pokazał, że dla Polek i Polaków się nie liczymy. Jesteśmy miejscem opieki nad dziećmi, przechowalnią. Ostatnio ze względu na wysokie temperatury musiałam skrócić lekcje do pół godziny. W zamian usłyszałam: „najpierw strajkowali, potem skrócili rok szkolny, a teraz dzieci szybciej ze szkół wyganiają”.

A do jakiej szkoły by pani wróciła, jeśli w ogóle? 

Chciałabym wrócić do szkoły, która pozwala na błędy. Takiej, która uczy krytycznego myślenia i wychowuje człowieka na kogoś dobrego. Marzę o szkole otwartej na nowości, bo dziś żyjemy w anachronicznej rzeczywistości XIX wieku. Jak słyszę, że szkoła ma być konserwatywna to nie wiem co mam myśleć, mimo że sama siebie uważam za konserwatystkę. Albo to puste słowa albo przyznanie, że polska szkoła nie dopuszcza nowinek.

A przede wszystkim chciałabym uczyć w szkole, w której dzieci się uśmiechają, a ich głównymi przeżyciami nie są strach, zmęczenie, osamotnienie. 

A co teraz?

Zajmę się edukacją nieformalną. Będę współpracować ze szkołami, ale na innych zasadach. Może teraz uda mi się zmienić świat.


Dziennikarz, aktywista, filozof bez dyplomu. Publikował m.in. w "Gazecie Wyborczej" i "Codzienniku Feministycznym". Laureat nagrody "Pióro Nadziei 2018" przyznawanej przez Amnesty International za dziennikarstwo zaangażowane. Nominowany do nagrody "Zielony Prus" Stowarzyszenia Dziennikarzy RP za wyróżniający start w zawodzie. W OKO.press pisze o edukacji, prawach człowieka, społeczeństwie obywatelskim i polityce społecznej.


Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press