Legislacyjny bałagan, który zostawiła po sobie min. Anna Zalewska, skazał dziesiątki, a może setki dzieci z niepełnosprawnościami na naukę w domach. MEN po interwencji RPO po raz kolejny robi unik: zrzuca winę na dyrektorów i odmawia ujawnienia danych o skali zjawiska. To fikcja, która zakrywa fakt, że coraz mniej dzieci korzysta z edukacji integracyjnej

Nauczanie indywidualne było jedną z form wsparcia uczniów i uczennic ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi. Dawało gwarancję prawa do pełnego uczestniczenia w życiu szkoły niezależnie od stanu zdrowia czy stopnia sprawności. Od września 2018 roku stało się jednak przekleństwem dla dzieci z niepełnosprawnościami.

To wtedy w życie weszły dwa rozporządzenia MEN (9 sierpnia 2017  i 28 sierpnia 2017), które miały „uporządkować” przepisy dotyczące organizacji nauki indywidualnej. MEN chciał uniemożliwić dyrektorom wypychanie z klas dzieci, np. z Zespołem Aspergera i ADHD, z którymi nauczyciele po prostu sobie nie radzili.

Minister Anna Zalewska postanowiła więc maksymalnie ograniczyć możliwość nauczania indywidualnego, zastrzegając, że od tego momentu będzie odbywać się tylko w domach, a nie na terenie szkoły jak do tej pory. Tak sztywne granice może ograniczyły lawinę niepotrzebnych orzeczeń, ale równolegle skazały wiele dzieci z OSK (orzeczenia o specjalnym kształceniu) na izolację.

Zamiast uczyć się w szkole w grupie rówieśników, dzieciaki całe dnie spędzają samotnie w domach.

Tracą szansę na socjalizację, naukę i równy start.

Szczególnie dotknęło to grupę uczniów z niepełnosprawnościami w okresie dojrzewania. Jak tłumaczy OKO.press Monika Mamulska – aktywistka, mama niepełnosprawnego Tomka, która po zmianie przepisów wywalczyła synowi prawo do nauki w szkole – właśnie wtedy młodzież zmaga się dodatkowo z zaburzeniami osobowości, depresjami, kryzysem tożsamościowym. Nauczanie indywidualne jest wtedy dla nich przejściowym wyjściem awaryjnym.

Ale prawo dotyka też inne dzieciaki np. chorujące na poważną depresję czy fobie społeczne, które mogłyby uczestniczyć w życiu szkoły w niepełnym wymiarze godzin.

Jeśli w domu zostaje dziecko, to oznacza, że obowiązki opiekuńcze spadają w 100 proc. na rodzinę. Rodzice – szczególnie matki – często muszą dziś rezygnować z aktywności zawodowej.

Część rodziców rezygnuje z diagnozowania dzieci

We wrześniu 2019 roku Rzecznik Praw Obywatelskich zaniepokojony informacjami o wykluczaniu dzieci z niepełnosprawnościami ze szkół polecił MEN sprawdzić, jak działają nowe przepisy.

Ze statystyk ministerstwa przesłanych RPO 18 października wiemy, że

liczba orzeczeń o nauczaniu indywidualnym drastycznie spadła – z 45 836 w roku szkolnym 2017/2018 do 26 180 w roku szkolnym 2018/2019.

Część rodziców decyduje się na desperacki krok – w obawie przed zamknięciem w domach rezygnuje z diagnozowania dzieci.Inni, przenoszą dzieci do szkół specjalnych albo prywatnych. Tym, którym sprzyja dyrekcja i którzy mają siłę na walkę, udaje się wywalczyć miejsce w szkole. Ale wiele osób staje przed faktem dokonanym.

Ile z 20 tys. dzieci z orzeczeniem o nauczaniu indywidualnym realizuje naukę w domach i jaki odsetek to dzieci z niepełnosprawnościami? Takich danych MEN – wygodnie – nie zbiera.

Wgląd w ich sytuację daje nam raport „Wykluczone i odrzucone” przygotowany przez Monikę Mamulską we współpracy z Akcją Demokracją i OKO.press.

Tylko do kwietnia 2019 roku Mamulska przeprowadziła kilkadziesiąt interwencji w całym kraju. Wynika z nich, że zamknięcie w domach odbija się na zdrowiu psychicznym młodych, tak jak w wypadku licealisty Mateusza Giemzy z Sosnowca. Po przeniesieniu nauki ze szkoły do domu

Mateusz załamał się, a nawet podjął próbę samobójczą. Udało mu się wrócić do zdrowia, ale był zmuszony powtarzać klasę.

Takich historii w raporcie znajdziemy dziesiątki, np.:

  • Emilia została zamknięta w domu i dopiero po 3 miesiącach mogła wrócić do szkoły;
  • Jagodę pozbawiono szkolnego asystenta. Była zmuszona nosić pampersy podczas lekcji, ponieważ nie miał jej kto pomóc;
  • Emilka chorowała przez całe wakacje, gdy powiedziano jej, że czeka ją nauka w domu;
  • Rafał został pozbawiony indywidualnego wsparcia w maturalnej klasie, przydzielono mu jedynie 6 godzin w tygodniu;
  • Magda musiała zmienić szkołę i codziennie dojeżdża 50 km – rodzina musi się przeprowadzić;
  • Syn Natalii jest leczony psychiatrycznie – szkoła wymusza naukę w domu pomimo braku warunków mieszkaniowych;
  • Dzieci Aleksandry uczą się na terenie szkoły jedynie dzięki życzliwości dyrekcji.

MEN: wszystko w rękach dyrektorów

MEN twierdzi, że dyrektorzy w myśl nowych przepisów mają możliwość uruchomienia „indywidualnej ścieżki nauczania”, a kuratoria prowadzą szeroką akcję informacyjną skierowaną do pracowników szkół i przedszkoli oraz rodziców. I to ma wystarczyć.

W rzeczywistości, indywidualna ścieżka nauczania (to nie to samo co „nauczanie indywidualne”) nie jest realizowana, bo MEN nie zapewnił żadnych środków na jej wprowadzenie. Monika Mamulska mówi OKO.press: „Większość rodziców, którzy zgłaszali się do mnie nie dostała pozwolenia ścieżkę. Najczęściej negocjują z dyrektorami każdą lekcję osobno. Szkoła czy dom? Jeśli dyrekcja nie wspiera rodziców albo samorząd nie ma pieniędzy, dziecko cały czas siedzi w domu”.

Rozwiązaniem nie są też szkoły specjalne. „Trafiają do nich dzieciaki, które z powodzeniem mogłyby się uczyć w publicznych placówkach. Kilka miesięcy w szkole specjalnej często oznacza regres” – tłumaczy Mamulska.

„A brak diagnozy to początek szkolnego konfliktu. Jeśli dziecko ze specjalnymi potrzebami nie dostaje wsparcia, godzin indywidualnych, czy asystenta, w końcu przestaje sobie radzić. Często pojawia się agresja, trudności z rówieśnikami. Wtedy do akcji wkraczają inni rodzice, a opuścić szkołę musi dziecko, które wymagało po prostu większej uwagi i specjalnego programu” – dodaje Mamulska.

Na nowym prawie tracą wszyscy. Izolacja działa w dwie strony, bo tak jak uczniowie z niepełnosprawnościami uczą się życia w społeczeństwie, tak (pełnosprawne) społeczeństwo uczy się życia z nimi. Rezygnacja z tej możliwości to rodzaj podwójnej – i zupełnie niepotrzebnej – izolacji. A w perspektywie: wykluczenia.

100 tys. podpisów to za mało. Pomoże PE?

Mimo oczywistej krzywdy dzieci, rząd jest bezczynny. Nie pomogły ani protesty zrozpaczonych rodziców, ani ponad 100 tys. podpisów złożonych pod petycją ws. zmiany przepisów. „Coraz mniej dzieci korzysta z edukacji integracyjnej. Polski rząd opowiada o edukacji włączającej, ale taka nie jest możliwa, jeśli dzieciom ze specjalnymi potrzebami nie zapewnia się wsparcia. To fikcja” – mówi Mamulska.

Dlatego w kwietniu 2019 roku Monika Mamulska przedstawiła sytuację dzieci z niepełnosprawnościami na forum Parlamentu Europejskiego. Sprawą zajmują się trzy komisje. PE zobowiązał się, że zapyta polski rząd o to, w jaki sposób realizowane jest kształcenie dla uczniów i uczennic ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi.

"Takie będą rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie"
OKO pisze o edukacji. Wesprzyj nas.

Dziennikarz i reporter. Laureat nagród: "Pióro Nadziei 2018" przyznawanej przez Amnesty International za dziennikarstwo zaangażowane i "Korony Równości 2019". Nominowany do nagrody "Zielony Prus" Stowarzyszenia Dziennikarzy RP za wyróżniający start w zawodzie. W OKO.press pisze o edukacji, prawach człowieka, społeczeństwie obywatelskim i polityce społecznej.


Komentarze

Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press