„Wychowuję syna w duchu wrażliwości i tolerancji, nie zgadzam się, żeby uczniowie szkoły, do której chodzi, byli zachęcani do odgrywania scen eksterminacji” - mówi OKO.press Tomasz, jeden z rodziców oburzonych kształtem tzw. żywych lekcji historii

„Doświadcz historii za pomocą ciekawych opowieści i rekwizytów. Nauka przez dramę i zabawę” – zachęcają na stronie internetowej członkowie Bractwa Rycerskiego Kerin, organizatorzy „Żywych Lekcji Historii”.

Jak przekonują, na kilka godzin zabierają uczniów w podróż do przeszłości, by ci mogli poczuć się jak starożytni Persowie, rycerze na dworach polskich, szlachcice albo poplecznicy Józefa Piłsudskiego. Od września 2019 roku wśród nowych modułów znalazła się też historia II wojny światowej.

Na przebieg lekcji zwrócili uwagę rodzice uczniów Szkoły Podstawowej nr 92 w Warszawie. 6 marca 2020, po całym dniu zajęć, dyrekcja umieściła na facebooku i stronie internetowej relację fotograficzną.

Na jednym ze zdjęć widać trójkę dzieci ubranych w pasiaki przypominające stroje, które nosili więźniowie Obozów Zagłady. Na przeciwko nich stoi chłopiec ubrany w hełm i mundur, na ramieniu ma przewiązaną przepaskę ze swastyką, a w dłoniach trzyma replikę broni.

Reszta dzieci siedzi na podłodze, obserwuje i słucha.

 

„Słyszeliśmy, że dzieci nauczą się kim była szlachta. Kto by się na to nie zgodził? Gdy zobaczyłem zdjęcia byłem porażony.

Wychowuję syna w duchu wrażliwości i tolerancji, nie zgadzam się, żeby uczniowie szkoły, do której chodzi byli zachęcani do odgrywania scen eksterminacji”

– mówi OKO.press Tomasz, jeden z rodziców oburzonych kształtem lekcji historii.

„Po zajęciach spytałam córkę czy jej się podobało. Była w grupie, która inscenizowała Potop Szwedzki. »Całkiem nieźle« w ustach nastolatki to prawdziwy komplement. Jednak gdy zajrzałam na stronę szkoły zamurowało mnie. Granice zostały poważnie przekroczone” – dodaje Marta, mama uczennicy SP nr 92 w Warszawie.

Po publikacji materiałów z warsztatów wewnętrzne kanały komunikacji rodziców rozgrzały się. Po kilku godzinach zdjęcia ze scenek przedstawiających rekonstrukcję II wojny światowej zniknęły z facebooka. Nie ma ich też na stronie internetowej szkoły.

OKO.press o zajęciach chciało porozmawiać z dyrektor, jednak ta w pierwszej kolejności poleciła nam skontaktować się bezpośrednio z organizatorami „żywych lekcji”. W sekretariacie usłyszeliśmy, że w szkole trwają spotkania dotyczące rekrutacji i najwcześniej dyrektor znajdzie dla nas czas w czwartek, 12 marca.

Historyk: Epatowanie to nie empatia

Zdziwieni oburzeniem rodziców są organizatorzy żywych lekcji historii. Kamil Prabucki z Kerinu w rozmowie z OKO.press mówi, że podobne zajęcia odbywają się w szkołach w całej Polsce i nikt wcześniej nie zgłaszał żadnych wątpliwości.

„Metoda, którą stosujemy jest taka sama dla wszystkich epok. Oczywiście historia drugiej wojny światowej jest o tyle wyjątkowa, że jest świeża, a świadkowie zbrodniczego systemu hitlerowskiego wciąż żyją. Nie ma jednak sensu uciekać od symboli czy scen, które nawiązują do wydarzeń sprzed kilkudziesięciu lat”

– wyjaśnia Prabucki.

Gdy dopytuję czy nie widzi nic niestosownego w przebieraniu dzieci w stroje gestapowców i więźniów obozów koncentracyjnych irytuje się.

„Jakoś nikt nigdy nie zwrócił uwagi na templariusza czy turka pod Wiedniem, a tutaj próbuje się nam wmówić brak powagi. Sensem tej konkretnej sceny na zdjęciu jest upamiętnienie zbrodni oświęcimskiej. Uczniowie dowiadują się, w jaki sposób żyli więźniowie, jak byli ubrani. Rekwizyty mają potęgować grozę tamtych doświadczeń.

Można by w ramach poprawności politycznej zrezygnować z symboli, ale przecież nie chodzi nam o propagowanie tych znaków, tylko budowanie podstawowej świadomości historycznej”

– mówi Prabucki.

Inne zdanie ma dr Jakub Lorenc, historyk, nauczyciel w prywatnym liceum ogólnokształcącym im. J. Monneta w Warszawie.

„Pomiędzy poprzednimi epokami a dwudziestym wiekiem, jest zauważalna różnica. Przede wszystkim wciąż w rodzinach mamy świadków śmierci ofiar dwudziestowiecznych reżimów, tragiczne historie ciągle są żywe i dla wielu ważne” – mówi. I dodaje, że głównym zadaniem dramy, formy bliskiej teatrowi, w podejściu dydaktycznym jest uwrażliwienie na zagadnienia historyczne. „Anglicy też mają w zwyczaju przeginać. Na przykład wykorzystują dramę do zainscenizowania targu niewolników.

O ile istotne wydaje mi się uruchamianie empatii i kształtowanie emocji, o tyle odtwarzanie niewolnictwa czy Holokaustu, jest dla mnie epatowaniem przemocą. A to nieuchronnie prowadzi do trywializacji przekazu”

– mówi Lorenc.

Historia może i żywa, ale sztampowa i pełna ofiarności

Historyk uważa, że nic tak nie otwiera wyobraźni i emocji, jak czytanie świadectw ofiar i ocalałych z Holokaustu.

„Lektura tekstu pozwala na indywidualne kształtowanie wrażliwości ucznia. W wersji proponowanej przez Bractwo wszyscy dostają jedną, zbrutalizowaną narrację o przeszłości. Czy mają okazję ją przeżyć? Nie sądzę. Raczej skupiają się na zadaniu, na tym żeby dobrze wypaść na scenie” – dodaje Lorenc.

Z czego składa się taka „żywa” lekcja najbardziej dramatycznego okresu XX-wiecznej historii? Prabucki wymienia: geneza konfliktu, kampania wrześniowa, pakt Ribbentrop-Mołotow, historia obozów zagłady, polskie jednostki na frontach II wojny światowej, bitwa pod Monte Cassino, Rotmistrz Pilecki i historia żołnierzy wyklętych, a więc „patriotycznej walki o Polską niepodległość”.

„To dość typowa, jednostronna, polsko-centryczna, nastawiona na martyrologię, a nie odkrywanie sekwencji”

— komentuje Lorenc.

Uważa też, że jeśli lekcja jest o wszystkim, to jest o niczym. A metodę dramy poleca raczej w tematach, w których można wykorzystać śmiech. „Naturalnie, z szacunku dla ofiar, jest to niemożliwe, gdy rekonstruujemy historię drugiej wojny światowej. W wersji, którą proponują organizatorzy żywych lekcji historii, jest to kontrskuteczne i w moim odczuciu niesmaczne”.

„Dyrektor i tak zrobi, co uważa”

Nieszczęśliwa inscenizacja to nie wpadka. Tak przynajmniej uważa, część rodziców uczniów SP nr 92. Winna ma być dyrektor Magdalena Rupniewska, która rządzi żelazną ręką. Pozoruje dialog ze szkolną społecznością, a decyzje podejmuje sama, kierując się własnym światopoglądem.

O szkole na Przasnyskiej głośno jest bowiem nie pierwszy raz. To właśnie w żoliborskiej podstawówce odbyły się warsztaty profilaktyczne „Archipelag skarbów”, podczas których do rąk nastolatek i nastolatków trafiła skandaliczna książka francuskiego księdza Jean-Benoit Castermana „Życie na maksa. Poradnik uczuciowo-seksualny”. Treści powielały kulturę gwałtu. W skrócie: jeśli dziewczyna ubiera się w minispódniczki, spodnie biodrówki czy odsłania plecy, to kusi los i sama jest sobie winna; osobie, która molestuje należy się szacunek; a ratunku przed przemocą seksualną można szukać tylko w modlitwie.

W salach i na korytarzach szkoły na ul. Przasnyskiej rozgrywał się też dramat Kacpra, jednego z bohaterów głośnego reportażu Janusza Schwertnera „Miłość w czasach zarazy„. Kacper, jako nienormatywny chłopak, doświadczał homofobicznego bullyingu ze strony kolegów i koleżanek, a dyrekcja – mimo interwencji mamy chłopca – nie pomogła. W rozmowach z OKO.press potwierdzili to inni rodzice i przyznali, że to nie jedyna taka sytuacja. „Piszemy wewnętrzne pisma, ale jesteśmy zbywani. Dyrektor i tak zrobi, co uważa” — opowiadają.

Mały powstaniec zamiast Jana Brzechwy

„Przypadki dyskryminacji są zamiatane pod dywan. Najważniejsze, żeby w szkole było patriotycznie” — mówi OKO.press jeden z rodziców. „Dyrektor nie liczy się z naszym zdaniem. Autorytarnie zarządza szkołą i pcha ją w konkretnym kierunku światopoglądowym. A wersja patriotyzmu, którą proponuje naszym dzieciom jest wypaczona” — dodaje mama uczennicy klasy siódmej.

Gdy pytam o przykłady nieznane opinii publicznej, dostaję długi wykład. „Proszę zerknąć na zdjęcie na profilu w szkole. Tam najlepiej widać jak dyrektor na raty zmienia patrona szkoły” – mówi Tomasz.

Oficjalnie nad szkołą wciąż czuwa Jan Brzechwa, klasyk literatury dziecięcej w Polsce. Jednak dyrektor od 2015 nachalnie promuje postać „Jędrusia” Szwajkerta, 11-latka, który zginął w trakcie Powstania Warszawskiego. Szwajkert był członkiem Szarych Szeregów. W 1944 roku pomagał rodzinie w prowadzeniu punktu sanitarnego, który znajdował się w ich mieszkaniu, przy ul. Mickiewicza 20 na warszawskim Żoliborzu. Podczas ewakuacji ludności cywilnej został raniony odłamkiem pocisku i wyniku odniesionych obrażeń chłopiec zmarł przed końcem Powstania.

Na zdjęciu: mural upamiętniający Jędrusia Szwajkerta

Już piąty rok społeczność szkolna opiekuje się grobem chłopca, a od 2016 roku organizuje memoriał Szwajkerta. W oficjalnych komunikatach dyrekcja przedstawia dziecko jako

bohatera ofiarnej walki Polek i Polaków o niepodległość, najmłodszego żołnierza Powstania, wzór do naśladowania.

Na wydarzenia zapraszani są komandosi, a także grupy rekonstrukcyjne, a wydarzenia mają „wojskową oprawę”. Można posmakować chleba ze smalcem i grochówki z koszarów. Dzieci mogą też wziąć udział w turnieju piłki nożnej albo zrobić swoją przepaskę powstańca. Tak szkoła świętuje w weekend, a jeśli rocznica wypadnie w dzień szkolny? Lekcje są odwołane, a uczniowie czczą pamięć „małego bohatera” biorąc udział w mszy. Jeśli ktoś nie uczestniczy w praktykach religijnych, spędzi czas w świetlicy.

Większość rodziców wolałaby, żeby patronem szkoły pozostał Brzechwa.

„Nie wiem, czy to bohaterstwo, gdy na wojnie ginie dziecko”

– mówi OKO.press Tomasz.

Cmentarz z Piontkowskim zamiast Tęczowego Piątku

Jako ostentacyjne rodzice uznali zachowanie dyrektor podczas „Tęczowego Piątku„, akcji do której od czterech latach zachęca Kampania Przeciw Homofobii. W październiku 2019 roku Ministerstwo Edukacji Narodowej zorganizowało konkurencyjną do szkolnego święta różnorodności akcję. Szef resortu Dariusz Piontkowski zachęcał, by tego dnia uczniowie odwiedzili groby poległych bohaterów. Zamiast wsparcia osób LGBT w społeczności szkolnej, MEN zaproponowało patetyczne, żałobne, narodowo-patriotyczne wydarzenie. Dyrektor Rupniewska ten dzień spędziła z samym szefem resortu edukacji.

Na zdjęciu: Minister Dariusz Piontkowski, dyrektor Magdalena Rupniewska (po lewej stronie) i uczniowie SP nr 92 podczas akcji „Szkoła Pamięta”, 25.10.2019

Nieoficjalnie od osoby z warszawskiego magistratu słyszymy, że pokłosiem zażyłości dyrektor Rupniewskiej z władzą, jest bezkarność. „Rodzice boją się składać oficjalne skargi do kuratorium. Jeśli interweniują to wewnętrzną komunikacją” – opowiada. Magdalena Rupniewska zasiada bowiem w Odwoławczej Komisji Dyscyplinarnej dla Nauczycieli przy Ministrze Edukacji Narodowej.

Dyrektor Rupniewska miała też sabotować szkolny strajk nauczycieli, który wybuchł w kwietniu 2019 roku. Na antenie Telewizji Publicznej mówiła, że w jej szkole nauczyciele strajkować nie będą, wiedząc już, że większość pedagogów wzięła udział w referendum i zagłosowała za przystąpieniem do protestu. „Większość kadry wzięła udział w strajku wbrew woli pani dyrektor. Widziałam, że jest to źle widziane, a ci którzy mimo wszystko strajkowali musieli wykazać się żelazną odwagą” – mówi Marta.

***

Przed publikacją tekstu pytam Tomasza o nastroje wśród rodziców. Będą pisma? Interwencje w kuratorium? „Większość stara się zadbać o to, by dziecko zdało z klasy do klasy. »Nie wiadomo czego można spodziewać się po dyrektorce« piszą do mnie inni przestraszeni rodzice” – odpowiada.

Imiona rodziców zmienione.

"Takie będą rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie"
OKO pisze o edukacji. Wesprzyj nas.

Dziennikarz i reporter. Laureat nagród: "Pióro Nadziei 2018" przyznawanej przez Amnesty International za dziennikarstwo zaangażowane i "Korony Równości 2019". Nominowany do nagrody "Zielony Prus" Stowarzyszenia Dziennikarzy RP za wyróżniający start w zawodzie. W OKO.press pisze o edukacji, prawach człowieka, społeczeństwie obywatelskim i polityce społecznej.


Komentarze

    • Krzysztof Skladanowski

      Co sądzisz o inscenizacji zaganiania Żydów do szopy i jej podpalenie? Gdzieś tam inscenizują spalenie i wymordowanie polskiej wsi na Wołyniu przez Ukraińców. To może i to?

        • Jerzy Pawelski

          Tzw. "inscenizacje historyczne" nie służą niczemu. Grupki facetów, którzy nigdy nie wyrośli z krótkich spodenek i lubią zabawy pistolecikami (tratatata, hende hoch, trafiłem, nie żyjesz! i takie tam), znaleźli sposób na zarabianie na tym. W dobie infantylizacji kultury i mody na pseudopatriotyzm znajduje to nabywców. Takie tyjatrum dla prostego ludu. O ile w przypadku np. bitwy pod Grunwaldem można przymknąć na to oko, bo było to dawno temu i można to zrobić w konwencji zabawy, z kiełbaskami z grilla, muzyczką itp., o tyle rycie beretów małym dzieciom z okazji ludobójstwa, które jest jeszcze żywe w ludzkiej pamięci, to kryminał.

      • Agnieszka Charzynska

        A dlaczego pozwolić dzieciom czytać Ogniem i mieczem, w którym są opisy tortur kozackich? A Azja wbijany na pal – to nie jest drastyczne? A np. Sprawa pułkownika Miasojedowa – patriotyczna i bogoojczyźniana książka z bardzo, bardzo drastycznym zakończeniem? Na pewno polecana przez bardzo wielu konserwatywnych polonistów, zresztą słusznie.
        A cała literatura wojenna – Borowski, Nałkowska itd.? Przecież to wszystko są materiały pełne przemocy, tortur itd.

        • Jan Helak

          Jak dobrze pamiętam, Borowskiego czy "Medaliony" Nałkowskiej przerabialiśmy dopiero w klasie maturalnej, a więc już jako pelnoletni albo tuż przed pełnoletniością. Trylogia Sienkiewicza – jeżeli już, to dopiero w 7 albo 8 klasie, albo też dopiero w liceum, dokładnie nie pamiętam. A dzieci na zdjęciu to na moje oko 5-6 klasa. OK., dziś dzieci mając internet dojrzewają szybciej niż my w latach 70., kiedy byłem licealistą, ale są chyba granice możliwości. Zaś co do postaci takich, jak Jędruś Szwajkert, proponowałbym, by z uczniami podyskutować na taki temat: dlaczego Jędruś i jemu podobne dzieci musiały bezsensownie zginąć na nie swojej wojnie rozpętanej przez dorosłych, zamiast w spokoju ukończyć szkołę, studia i w końcu zasłynąć jako naukowcy, lekarze, artyści albo odkrywcy? Kto i dlaczego odebrał tym dzieciom szansę na to, by w swoim życiu mogły stworzyć coś użytecznego dla wszystkich? Oto temat na lekcję historii…

          • Andrzej Maciejewicz

            @Helak: Dziś w ręce dzieci ze szkół podstawowych z ogromną łatwością dostaje się obsceniczna, pełna przemocy literatura, gry komputerowe, komiksy, pornografia itp. Reakcja władz TV, internetu, jakiejś rady mediów, handlu i większości rodzicow jest prawie żadna. Tak też reagują szkoły, udając że nie ma problemu. Podobnie jest z narkomanią i przemocą w szkołach. Dlatego m in mam krytyczne zdanie na temat strajków nauczycieli, środowiska demoralizujacego się szybciej niż cała nacja między Bugiem i Odrą.

          • Agnieszka Charzynska

            Panie Janie, prawda i nieprawda. 100% racji, że ci młodzi żołnierze nie powinni ginąć, tylko chodzić do szkoły. I ten, kto wysyła nieletnich do wojska, popełnia zbrodnię wojenną. Strasznie to brzmi, ale takie są fakty. A dzieci nie powinny ginąć na wojnach.
            Natomiast zakładając, że wszystkie dzieci / większość dzieci, które zginęły w nie swoich wojnach, zostałyby wybitnymi naukowcami itd., popełnia Pan błąd logiczny. Otóż, zawsze to, co tracimy, wydaje się nam bardziej cenne – to normalne. Natomiast trzeba pamiętać, że gdyby te osoby przeżyły wojnę to żyłyby w takich realiach, jakie wtedy miały miejsce (wczesny PRL, odbudowa, bieda, rodziny bez ojców, zburzone szkoły, represje polityczne). A nie we współczesnej Kanadzie czy Norwegii. Tak, to wszystko były skutki wojny – ale przyjmując, że wojna musiałaby nastąpić, a nie walczyłaby w niej młodzież, jest to logiczny tok myślenia.
            I nawet z grupy synów przedwojennych inteligentów tylko niewielka grupa zrobiła jakąś spektakularną karierę. Przepraszam, jeżeli zniszczyłam Panu mit z młodości – ale początki PRL były takie, a nie inne. I snując fantazje o poległych uczniach, zostających po wojnie doktorantami Sorbony, należy mieć również i te realia na uwadze.
            To samo dotyczy młodych Afrykanów, ginących w nie swoich wojnach – tak, to nigdy nie powinno nastąpić. Ale znowu ten, kto zakłada że zabity nieletni kongijski żołnierz gdyby dorósł zostałby najlepszym koszykarzem świata, zupełnie lekceważy afrykańskie realia. Jest niewielka szansa, że ten chłopak nauczyłby się czytać – a co dopiero szansa, że zostałby wybitnym sportowcem.
            Żeby ktoś źle nie zrozumiał – uważam, że nieletni nie powinni walczyć i ginąć w wojnach. Po prostu założenie, że grupa dzieci ginących na wojnach jest jakąś wybraną grupą geniuszy i przyszłą wymordowaną elitą, jest błędne. Tak, też czytałam Kamienie na szaniec. Ale czytałam też wiele innych książek…

        • Jerzy Pawelski

          O wbijaniu Azji to jednak CZYTALIŚMY (nie w wieku 11 czy 12 lat jak ci na zdjęciu, tylko znacznie później). Nikt nam nie kazał strugać kołka i wtykać go w zadek któregoś z kolegów w ramach "inscenizacji", która miałaby pogłębić nasze zrozumienie Trylogii.

      • Remigiusz Mikuta

        Nie ma na to szans. Niejaki Rybak za podobną "inscenizację" został skazany. Wielkanocna kukła Judasza też zrobiła międzynarodową karierę. Potencjalni statyści zostali skutecznie wystraszeni a i kaskaderów nie znajdziesz. Zbyt duże ryzyko.

  1. Mateusz Głazowski

    Takie "nauczania" przerażają mnie dorosłego. Gdyby moje Córeczki poddano takiej edukacji poszedł bym z bejsbolem na "twórców". A komentowaniem tekstu, wcześniej niż ja, zajęły się same trolle.

  2. Andrzej Maciejewicz

    To wszystko dzieje się w Warszawie, jakoby elicie elit. Nie przypuszczam, aby to był pierwszy wybryk "ciała pedagogicznego". Chciałbym się dowiedzieć jak zareagowali rodzice, komitet rodzicielski itp. Samorząd warszawski jest jeszcze względnie liberalny i istnieje szansa na przegnanie tych światłych pedagogów. Ale trzeba ruszyć d… co jest niestety trudne dla kanapowców.

  3. Andrzej Goryński

    W moim przedszkolu było pobożnie. Pamiętam jasełka na których leżałem w "żłobku", jako dzieciątko Jezus. Miałem taką aureolę z abażurku od lampki (druty od niego, owinięte srebrnym staniolem). Chyba mi się nie "przyjęło" bo w rezultacie bardzo prędko zostałem bezbożnikiem. Ciekaw jestem wymiany zdań na smartfonach tych Dzieciątek.

      • Agnieszka Charzynska

        Panie Krzysztofie, to było trochę inaczej:
        – ty do gazu, a zwłoki spalimy
        – ty do ciężkiej pracy, a potem albo umrzesz, albo cię zabijemy.
        Tak, były takie sytuacje, że jakiś sk… wrzucił Żyda do pieca. Szmaglewska np. o tym pisze. Ale zasadniczo metodą zabijania było duszenie – Żydów, wieszanie i rozstrzeliwanie — pozostałych. Plus złe warunki i choroby zakaźne.
        Poza tym takie żarty są co najmniej niestosowne.

        • Krzysztof Skladanowski

          Mój wpis był w odpowiedzi poprzednikowi, a dowcip usłyszałem, gdy byłem w wieku tych dzieci ze zdjęcia, ale w czasach, gdy w polskiej świadomości narodowej nie istniało jeszcze pojęcie Holocaustu.

Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press